Pitalito

23.01.1014

wtorek

Raniutko wstajemy, przegryzamy bułeczki z nadzieniem popijając kawą. Przed siódmą wychodzimy. Humberto już się kręci po domu. Żegnamy się serdecznie. Z tego wszystkiego zapominamy wymienić u niego dolary na pesety.

Idziemy w stronę centrum miasteczka, gdzie mamy nadzieję złapać jakiś autobus do Pitalito.

Trochę żal wyjeżdżać... Nasz smutek podziela nieznany nam mieszkaniec Berlina, który wielkimi literami wymalował napis na murze: “Que regresen las de Berlin y no salgan las do San Agustin”.

Mamy szczęście! Ze dwie przecznice dalej widzę “colectivo”, które jedzie do Pitalito. Macham ręką. Samochód się zatrzymuje, a my wchodzimy na “pakę”.

Samochód, którym jedziemy, to furgonetka marki nieokreślonej. Posiada szoferkę, w której jedzie kierowca – konduktor, oraz ci lepsi pasażerowie (dwie osoby). Reszta siedzi z tyłu, na pace, gdzie znajdują się dwie ławki wzdłuż burt pojazdu. Ławki są obciągnięte ceratą, więc nie ma obaw, że jakaś drzazga wlezie w siedzenie. Moje. I Pani Eli. I pozostałych pasażerów. Buda jest zadaszona, ale dla lepszego komfortu podróżujących podniesiona jest płachta, która ma za zadanie osłaniać w czasie deszczu siedzących z tyłu.

Pogoda jest piękna. Słonecznie i nie za gorąco. Podziwiamy krajobrazy i drogę.

W Pitalito zostajemy dowiezieni na dworzec autobusowy, gdzie łapiemy autobus do Palestine.

San Agustin
Jaki żal odjeżdżać...
San Agustin
Droga do Pitalito
San Agustin
Droga do Pitalito
San Agustin
Dworzec autobusowy w Pitalito
San Agustin
W autobusie lini lokalnych...

Autobus stał i czekał. Chyba na nas, bo kiedy wsiedliśmy, to zaraz ruszył. Może dlatego, abyśmy się nie rozmyślili? Pierwszy raz czymś takim jadę. Typowy autobus strefy równikowej z klimatyzacją naturalną. Za bilety płacimy po wyjeździe z miasta. W czasie jazdy. Nie byłoby, to dziwne (że w czasie jazdy), gdyby nie fakt, że ławki w tym autobusie ustawione są w poprzek pojazdu i są przytwierdzone do burt, a konduktor musi chodzić na zewnątrz autobusu, bardzo uważając, aby nie spaść na jakimś wertepie. Potrzeba wprawy do takich ewolucji. Patrzę się z ciekawością, czy będę świadkiem wypadku... Nie spadł.

Dojeżdżamy do Palestine. Jest dziewiąta. Cały dzień przed nami! Chcemy pojechać do słynnych jaskiń, które tutaj, niedaleko, są w Parku Narodowym. Czytałem, że warte obejrzenia.

Miasteczko niewielkie. Wyszliśmy na rynku, gdzie jest postój autobusów. Rozglądam się po okolicy. Hmmm... Ciekawie. Jest przystanek autobusowy, to jest i kasa, gdzie sprzedają bilety. Zasięgamy informacji. Tam, gdzie chcemy pojechać, trzeba samemu organizować przejazd.

Pochodziliśmy po rynku, popytaliśmy o podwózkę. Pani Ela nawet znalazła informację turystyczną, gdzie dowiedziała się, że jaskinie są piękne i trzeba je obejrzeć. Obowiązkowo!

Przysiadamy w miejscowej garkuchni, gdzie pijemy wstrętną kawę z mlekiem. Lepsze, to niż nic. Po kawie, życie staje się piękniejsze! Zaczynamy myśleć. Miejscowych pieniędzy mamy niewiele. Kantoru tutaj brak. Banku również. Najbliżej można wymienić w Pitalito, ale jakoś nam się nie chce tam wracać. Dochodzimy do wniosku, że dolar, to dolar i da radę nim zapłacić nawet na jakimś wygwizdówku.

Znaleźliśmy chętnego, który za 35 tys pesetów podwiezie nas do La Mezura. Samochodzik troszkę zużyty wiekiem, ale nie wyglądający, na taki, co się rozpadnie w drodze. Nawet częściowo dostosowany do przewozu ludzi. Na pace są ławeczki. Kierowca i właściciel przed naszym wejściem skrupulatnie te ławeczki powycierał, abyśmy się nie upesklali. No i startujemy.

San Agustin
Uliczka w Palestine
San Agustin
Uliczka w Palestine
San Agustin
Okolica Palestine
San Agustin
Przystanek autobusowy w Palestine
San Agustin
Troszkę kurzymy...

Jak tylko wyjeżdżamy z Palestine, to załapuję, że to jego wycieranie ławeczek, to było tylko na pokaz. Droga jest sucha i nasz samochód, jadąc, wznieca za sobą chmurę pyłu, która zakręcając wpada do środka samochodu. Mijani przez nas miejscowi nie są zachwyceni, kiedy ich mijamy. Czasami, kiedy zwalniamy i pył opada, mamy okazję podziwiać widoki.

Dojeżdżamy do La Mezura. To znaczy zatrzymujemy się przy jakimś baraczku, gdzie widać legowisko, na którym leży ktoś. Niezidentyfikowana osoba, która nawet się nie podniosła. Przy baraczku-szałasie stoi konik z żebrami na wierzchu.

Pan kierowca bardzo zadowolony z siebie mówi, że tutaj mamy wypożyczyć konie. Jesteśmy w La Mezura, która to miejscowość stanowi kilkanaście baraków-szałasów rozrzuconych po okolicznych wzgórzach. W oddali widzę, również na wzgórzu, coś przypominające szkołę. Tam jedziemy.

Przy szkole jest sklep, w którym zasięgamy informacji. Do jaskiń trzeba jechać na konikach jakieś 4 godziny. Później kilka godzin poświęcić na zwiedzanie. Rozmawiający z nami chłopak jest bardzo chętny do jazdy z nami i nie przeszkadza mu brak pesetów. Twierdzi, że na terenie Parku będziemy mogli wymienić dolary.

Gdybyśmy mieli więcej czasu, to moglibyśmy zaryzykować, ale niech coś nie wyjdzie i ugrzęźniemy tam na tydzień, to mogą być problemy... Jakoś tracimy chęć na zwiedzenie jaskiń. Wracamy.

Znowu rynek w Palestine. Wysiadamy lekko obolali po tej jeździe bezdrożami. Lekko obolali, ale za to nieźle zakurzeni. Ostrożnie zdejmujemy plecaki, które stawiamy na chodniku i zaczyna się trzepanie. Najpierw plecaków, a później siebie. Pył jest wszędzie. Dosłownie. Kiedy zdejmuję okulary Pani Ela ma niezłą uciechę, bo wyglądam jak miś panda w negatywie.

Rozliczam się z kierowcą, który zaraz znika z rynku (zarobił dniówkę, więc dosyć pracy na dzisiaj) i doprowadzam do porządku nasze plecaki. Autobus do Pitalito już stoi, więc tylko kupujemy bilety i zaraz ruszamy.

San Agustin
Droga do La Mezura
San Agustin
Troszkę kurzymy...
San Agustin
Troszkę kurzymy...
San Agustin
Troszkę kurzymy...
San Agustin
Przy sklepiku w La Mezura

Koło południa jesteśmy na dworcu autobusowym. Łapiemy taksówkę, którą jedziemy do centrum. W Pitalito są dwa kantory wymiany walut, ale akurat pozamykane. Pozostaje nam bank.

Bank otwarty od 13, więc cierpliwie czekamy, kiedy wreszcie będziemy mogli dorwać się do tutejszych pesetów.

Wreszcie możemy wejść! Obsługa bardzo uprzejma. Mnie, to nawet chciano poczęstować kawą, kiedy siedziałem i czekałem na Panią Elę.

Nie narzekam, bo bank jest klimatyzowany, a na zewnątrz troszkę ciepło. Pitalito leży w dolinie i jest tutaj cieplej niż na wzgórzach Palestine, czy La Mezura.

Pani Ela wymienia dolary. To jest troszkę roboty. Trzeba wypełnić ze trzy arkusze ankiety, w której należy wszystko dokładnie opisać. To znaczy opisać siebie. Swoje dane osobowe, włącznie z miejscem pracy. Po hiszpańsku.

Trafiła na życzliwą panią w okienku, która jest bardzo pomocna. Właściwie, to ona wszystko pisała, a Pani Ela tylko podpisała. Jeszcze tylko zrobić ksero paszportu (ale, to już formalność – punkt ksero mieści się zaraz za rogiem) i zostawić odciski palców (dali papierek do wytarcia). Mamy pieniążki! Wszystko zajęło, raptem, tylko troszkę ponad pół godziny.

Wychodzimy z banku żegnani przez przemiłą obsługę i idziemy szukać miejsca zakwaterowania.

Hotelików nie brakuje. Tyle, że my uparliśmy się, aby była ciepła woda w prysznicu. W dwóch hotelikach powiedziano, że nie ma ciepłej wody, ale dopiero w trzecim, zostaliśmy uświadomieni, że w Pitalito nie ma ciepłej wody. Jest tak ciepło,że po prostu nie potrzeba. Co kraj, to obyczaj. Zostajemy w tym trzecim.

San Agustin
Uliczka w Pitalito
San Agustin
Pitalito
San Agustin
Główny plac w Pitalito
San Agustin
Ozdoby na chodniku w Pitalito
San Agustin
Uliczka w Pitalito

Hotelik jest całkiem przytulny. To znaczy był. Bo jego czasy świetności minęły za mojej młodości. Ponieważ cena jest bardzo przystępna (20 tys), więc nie zwracamy uwagi na takie drobiazgi, jak lekki nieład, czy nieduża warstwa kurzu. Zostajemy na jedną noc i mamy własny prysznic!

Pani Ela zaraz wskakuje pod prysznic. Po wymyciu się, stwierdza, że woda jest ciepła, a nawet gorąca. Dla mnie została tylko letnia, bo to co się na słoneczku nagrzało, to poleciało na moją małżonkę. Ale było bardzo przyjemnie zmyć z siebie dzisiejszy kurz...

Odświeżeni idziemy obejrzeć miasteczko. Mieszkamy przy samym rynku, więc daleko nie musimy iść. Kręcimy się po pobliskich uliczkach.

Poza nami, na ulicach nie widać żadnych białasów. Stanowimy swoiste chodzące ZOO, które jest z ciekawością (i sympatią) oglądane.

Miasto nie jest zbyt bogate, ale ludzie uśmiechnięci i życzliwi. Trafiamy na pięknie położoną kawiarenkę na rynku, gdzie dają dobrą kawę.

Łazimy i oglądamy (oraz jesteśmy oglądani) aż do wieczora, kiedy z jakiś nor i zaułków wypełzają niezbyt ciekawe indywidua. Noc przyciąga przeróżne paskudztwa, z którymi lepiej się nie zadawać, więc znikamy w hotelu.