|
Kilka dni ... Każdy pretekst dobry! Teraz sobie wymyśliłem, że należy ułożyć i wypróbować buty, które zostały mi kupione (przy moim oporze). Poprzednie, o pół numera za małe, uświadomiły mi, że jednak do dłuższych tras, muszą być dobre buty!
Do Śląskiego Domu, nie doszliśmy,(między innymi) bo buciki były za małe. To było w czerwcu, a do tej pory mam fioletowy palec (u nogi). Pod koniec kwietnia wybieramy się zrobić Inca Trail w klasycznym stylu (4 dni, 3 noce), więc trzeba się przygotować. To jest, jednak trochę daleko i nie będzie można, ot tak, sobie zrezygnować. Pani Ela (kochająca góry) całkowicie się ze mną zgodziła! Pojechaliśmy samochodem, bo to i taniej i szybciej i mniej się człowiek umęczy (Pani Ela). Tak pod Krakowem, zaczęło być śnieżnie. Sypać nie sypało, ale leżało tego białego sporo i widać było, że na tych terenach nie żałowało sobie... Jak minęliśmy Kraków, to dopiero zaczęło prószyć i im wyżej jechaliśmy, tym więcej leciało z góry... Wreszcie dojechaliśmy do Bukowiny Tatrzańskiej. Między innymi i tutaj chcieliśmy, bo na Sportowej w Bukowinie powstał kompleks basenów termalnych. Trzeba wypróbować i porównać z basenami we Vrbowie na Słowacji. Kwatera też na Sportowej u znajomych (już od czerwca) gazdów. W czerwcu mieliśmy mieszkać u nich tylko jedną dobę, ale, jak góry nas nie puściły i wypluły, to się ostaliśmy na dłużej...Domek stoi zaraz przy rondzie z brzegu. Wszędzie blisko! Na miejsce dojechaliśmy o 6.30. Troszkę wcześnie, ale jakoś tak wyszło... Zrobiliśmy niespodziankę, bo spodziewali się nas później, ale daliśmy sobie radę. Przecież, tylko trzeba się przebrać i można w GÓRY !!! Co uczyniliśmy... Nad Morskie Oko! Busikiem do samego końca. Niestety! Przy wejściu do lasu stoi poborca myta i zbiera opłaty. W zimie taniej! Płacimy i idziemy. Droga, podobno wyremontowana, czego pod śniegiem nie widać. Drepczemy w grupce takich, jak my , ale powoli wychodzimy na prowadzenie. Widoki są, tyle że śnieżne. Cały czas sypie, ale droga wydeptana, szeroka. Wreszcie dochodzimy do zejścia do schroniska Roztoka. U gospodarzy wypiliśmy tylko herbatę (jeść nie chcieliśmy, bo marzyło nam się śniadanie w schronisku), więc skręcamy na papu. To tylko 10 minut w dół, niedaleko, a warto!!!
 Schronisko bardzo urokliwe, choć nieco jeszcze zaniedbane. Teraz prowadzone jest przez młode małżeństwo Krupów, którzy starają się odwiedzającym dogodzić w miarę swoich możliwości. Takim , jak my to i dużo nie potrzeba. Wzięliśmy po herbatce i ja jajecznicę. Nie obżerać się , bo jeszcze kawał drogi! Pani Ela sięgnęła do zapasów... W  schronisku cisza i spokój. Można odpocząć i nabrać sił do dalszej drogi.I z powrotem na szlak! Dolina Rybiego Potoku. Dłuuuga dolina! Idzie się i idzie! Tu i ówdzie można sobie skrócić drogę, ale jakoś niebardzo nam się chce wspinać po wyślizganych ścieżkach, więc idziemy grzecznie po drodze. Czasami dolatuje nas zapach pieczarkarni. Mijają sanie! Siedzący za konikiem nie maja zachwyconych min. Coś za coś! Wygodnie siedzieć w smrodzie, albo powoli iść do góry. Wybraliśmy świerze powietrze i nie żałujemy... Mimo nieprzespanej nocy, lekkiego zmęczenia, powoli posuwamy się do góry. Do Morskiego Oka. Po drodze, aby mi się nie nudziło Pani Ela tłumaczy co widzimy... Już ja wiem co widzę. Pamiętam!Dolina Białej Wody i Polski Grzebień!!! No cóż. Sił nie stało... Latka, papieroski, brak kondycji... Dochodzimy wreszcie do pawilonu na Włosienicy. Niby niedaleko, bo od Palenicy raptem jakies siedem kilometrów, ale pod górę. jeszcze tylko 10-15 minut i będziemy przy schronisku. A śnieg pada.  Kiedy wreszcie dochodzimy, doznaję zawodu. Szykowałem sie, na sam nie wiem, jak piekne widoki, a tu... Pani Ela natomiast odżywa! Pokazuje jedną, później drugą ścianę i opowiada ile to potu tam wylała... Zamiast wspominek, to by się coś zjadło! Wchodzimy do schroniska. Momentalnie czuję, że już nie jestem głodny. Nie chce się jeść, mam pilne sprawy do załatwienia w Zakopanem, a w ogóle, to wracajmy, bo szkoda pieniedzy! Po ciszy na zewnątrz hałas w schronisku rani uszy. Tłum ludzi walczacych o miejsce przy ladzie, szukający miejsca przy stoliku... Nie dla mnie. jeszcze z głodu nie umieram! Wracamy do Włosienicy! Tam jest pawilon, może tam nas poratują? I poratowali! Piwko! Grzane! Z sokiem! Życie jest piękne! Śnieżek sobie pruszy, a my schodzimy. Na skróty. A co! To znaczy, schodzimy do pierwszego przewrócenia. Później, jak Pani Ela mówi, stosujemy dupozjazd. Po co ciągle wstawać, jak się zaraz człowiek przewróci? Wstajemy tylko wtedy, gdy wyjeżdżamy na drogę. W szybkim tempie jesteśmy na dole. Busik i do Zakopanego na obiad. Kwaśnica i pierogi. I piwo. I drugie piwo. Pełni i zadowoleni wracamy do Bukowiny. Dobrze, że miejsca siedzace, to jakoś wytrzymujemy. Jedziemy prawie godzinę. Szybciutko na kwaterę i spać! taka mała drzemka przed pójściem na basen. Baseny czynne do 22, więc koło 19 namawiam Panią Elę, abyśmy wstali i poszli. To nam na pewno dobrze zrobi! Po jakimś kwadransie, widząc, że nie wygra, uległa mojemu delikatnemu namawianiu (to znaczy zabrałem kołdrę i zagroziłem otwarciem okien). Lekko oszołomieni snem, piwem i "prozą życia". Dotarliśmy do basenów. Wody termalne! Użyjemy! Wypławimy się! Stajemy w kolejce i już po 10 minutach chcemy płacić. Milczenie Pani Eli było bardziej wymowne, niż jej ewentualny komentarz... Najgorsze, to to, że nie ma na kogo zwalić, bo to ja miałem zabrać pieniądze! Ale taki spacerek przed snem, też dobrze zrobił! A śnieg cały czas sypie! |