Warszawa: Pogoda - Wirtualna Polska
Aktualna prognoza pogody dla całej Polski, Europy i Świata. Temperatura, deszcz, Słońce, śnieg, wiatr... o tym się dowiesz w naszej prognozie pogody. Pogoda na lato, jesień, zimę i wiosnę.
Wirtualna Polska S.A. - wp.pl
  • Warszawa

    Częściowe zachmurzenie i bez opadów.
    temp. max: 17°C
    temp. min: 10°C
    Wiatr wsch
    21.6 km/h
    Wsch. słońca 05:58
    Zach. słońca 19:08
                                  więcej>> pogoda.wp.pl

Losowe zdjęcia z galerii

Jemen-3
Image Detail
Jemen-36
Image Detail
Ruskie pierogi... Drukuj Email
Wpisany przez Piotr Wojtkowski   
Spis treści
Ruskie pierogi...
cz.1
cz.2
cz.3
Wszystkie strony

 

 

Czasami jestem złośliwy.

 

 

Pani Ela mówi, że nie tylko czasami,ale ona nie jest obiektywna... Jest moją żoną i do obowiązków żony należy utrzymywanie męża w odpowiedniej kondycji psychicznej i fizycznej. Co stara się robić na swój sposób...

Mając napad złośliwości i chcąc dokuczyć swojej teściowej robię pierogi. Ruskie.

Babcia dobiega setki, ale zachowuje całkiem sprawny umysł i w miarę sprawność fizyczną. Nudzi jej się i stara się, jak może uczestniczyć w naszym życiu, przed czym się bronimy rękami i nogami, uciekając z domu, kiedy tylko możemy.

Jak ja rozumiem Anglików i Holendrów uciekających z domów w nieznane... Dzięki swoim żonom i teściowym podbili kawał Świata... Oczywiście, jest, to moja teoria, z którą można się nie zgadzać, ale i tak nikt mnie nie przekona, że było inaczej. Czy mając w domu dobrze jechałby który na zatracenie?

Ale nie o tym ma być mowa...

Robię pierogi.

Najpierw, dzień przed, intensywnie o tym myślę, mając nadzieję, że dzięki temu same się zrobią.Rankiem, oczywiście, stwierdzam, że te cholerne Krasnoludy, nic nie zrobiły i cała robota spadnie, jak zawsze na mnie.

Życie jest ciężkie! Obieram ziemniaki i gotuję je w osolonej wodzie.

Zanim się ugotują kroję słoninkę, taki płatek 8 na 15  cm. Kroję drobniutko, bo to będzie dodane do farszu. Za jednym zamachem kroję, również i cebulę. Dużą.

Ziemniaki się ugotowały, więc wynoszę je na balkon, aby ostygły. Oczywiście wcześniej odlewam z nich wodę.

 


Kartofelki stygną na balkonie, a ja sobie wrzucam pokrojoną słoninkę i cebulę na patelenkę. Mają się podsmażyć. Jest to bardzo ważna czynność, bo odrobina nieuwagi i cebulka zostanie spalona. Kiedy zaczyna skwierczeć na patelni i zmieniać kolor na ciemnobrązowy, mieszam ją drewnianą szpatułką, tak aby się równomiernie opaliła. Zapach rozchodzi się po cały mieszkaniu...

Zjawia się teściowa i złymi oczkami patrzy się na to co ja robię.

- Pierogi robisz? - pyta

- Pierogi. - stwierdzam.

- Mój mąż nigdy nic nie robił... - mówi

-Trzeba było sobie wymienić. - jestem świnia, ale mam zły dzień, więc się mszczę za winy niepopełnione...

Babcia idzie do siebie i tam mruczy mantry z różańca.

Wyciągam stolnicę. Zaczyna się, to czego nie lubię najbardziej - wałkowanie.

Aby jednak, jak najbardziej oddalić tę chwilę, przynoszę ziemniaki z balkonu i do gara z nimi dodaję stopioną słoninkę z cebulką oraz ser.

Ser powinien stanowić 1/3 zawartości farszu. Oczywiście, tak około, może być troszkę więcej, troszkę mniej. Generalna zasada jest taka, że kartofli ma być więcej niż sera.

Wrzucam ze dwie szczypty soli i duuużo pieprzę!!! Pani Ela lubi popieprzone! Rozdeptuję, to wszystko rozdeptywaczem do ziemniaków, ale nie na równiutko. Robię to niedokładnie, bo powinny być rozpoznawalne gruzełki ziemniaka i sera. Masa zmienia kolor na ciemniejszy w miarę dopieprzania. Oczywiście od czasu, do czasu próbuję, bo muszę wypośrodkować między smakiem Jaśnie Pani, a moim.

 


Kiedy farsz jest już odpowiednio rozdeptany i pachnący cebulkowo-pieprznie-serowo-ziemniakowo, z bólem serca (nie da rady dalej odwlekać) zabieram się za ciasto.

Na stolnicę wysypuję 1/3 zawartości torebki mąki szymanowskiej. Robię dołek i wbijam jajko.

Aby ciasto było cienkie, należy dodać ciepłej wody z mlekiem! Mleka tylko troszeczkę, tak, aby woda zmieniła kolor. Wtedy ciasto jest mocniejsze. Ciepła woda (nie gorąca) pozwala na rozwałkowanie ciasta do grubości takiej, że widać przez nie przysmażoną cebulkę. Oczywiście bez przesady...

Wyrabianie ciasta... Klei się to to do paluchów, trzeba odrywać i ogólnie jest paskudnie. Ale trzeba. Dobrze, że trwa to tylko parę minut. Kiedy już jest w jednej bryłce, międlę je jeszcze jakieś pięć minut, aby miało jednolitą konsystencję. Później odkrawam jedną trzecią (Boh trojcu liubit) i rozwałkowuję.

Wałkuję, myśląc o Pani Eli. Nie,że ją, tylko dla niej. Lepiej idzie. Kiedy sił nie starcza, myślę o Babci. Wtedy robota szybciej idzie... Nacisk się wzmacnia...

Wreszcie ciasto cieniutkie. Nakładam kopiastą łyżeczkę od herbaty farszu. Tak z pięć kupek. Zawijam na nie ciasto i lekko je dociskam, aby przylegało do tego, co najlepsze.

Teraz tylko powykrawać szklanką. Kiedyś wykrawałem kieliszkiem, ale jak mi się nóżka ułamała, zmieniłem wykrawaczkę. Tak sobie wykrawam z dwadzieścia sztuk. Odkładam je na bok i przykrywam ściereczką aby nie obeschły.

Zanim zabrałem się za wyrabianie ciasta, na kuchence postawiłem garnek z lekko osoloną wodą. Na małym gazie. Dzięki temu, woda jest prawie gotująca się, kiedy kończę pierwszą partię pierogów.

Pierogi wykrojone i czekają na dalszą obróbkę. Jeżeli się je tak pozostawi i w takim stanie wrzuci, to porozdziawiają się i wszystko ze środka wypłynie. Trzeba posklejać.

Nauczyłem się tego robić od swojej mamy, która miała dużo cierpliwości (do mnie). Sklejam je kciukiem i palcem wskazującym. Bardzo ładnie wygląda i mocno trzyma. Na 60 sztuk jeden, albo dwa się rozwalą, ale to spowodowane jest najczęściej, nie słabym sklejeniem, tylko zbyt cienkim ciastem. No ale coś, za coś.

 


 

Woda się gotuje, pierwsza partia do gara!

Wrzucam, a właściwie zsuwam je (później muszę powycierać podłogę) do wrzątku i od razu mieszam.

Garnek jest szeroki i napełniony wodą w 3/4 swojej objętości. Pierogi muszą mieć luźno.

Po wrzuceniu pierogów, woda przestaje się gotować. Stoję nad tym garem, jak kat nad dobrą duszą i od czasu do czasu mieszam, kiedy widzę, że opadają na dno. Podkręcam gaz, aby szybciej się zagotowały. Jak zaczynają się gotować, zmniejszam, na taki, aby tylko pyrkotały.

Pyrkoczą ze dwie minuty cały czas pilnowane przeze mnie i delikatnie mieszane.

Po dwóch minutach mogę je wreszcie wyciągać!

Wyjmuję na płaskie talerze, łyżką cedzakową, aby ostygły. Nie mogą leżeć jeden na drugim, bo się posklejają i cała robota pójdzie w diabły...

Klejenie i gotowanie powtarzam aż mi się farsz skończy. Zwykle z 30 dkg sera wychodzi mi około 50-60 pierogów.

Roboty dużo. Zajmuje to jakieś dwie i pół godziny, ale to dlatego, że bardzo mi się nie chce i szukam ciągle pretekstu na przerwę, mając nadzieję, że jednak jakieś Krasnoludy się ujawnią.

Po tym wszystkim - NAGRODA!!!

Jedzenie ! Uśmiech na twarzy Pani Eli ! Mina Babci, która ze złymi oczkami obserwuje, jak ze smakiem pałaszujemy (jej nie smakują - za ostre)

Pierogów jest tyle, że Jaśnie Pani ma jeszcze na dwa dni... Podsmaża je na słonince na brązowo i ze smakiem wchłania, ciesząc się skrycie, że ja już nie mogę. Jestem jednodniowy pierogożerca...