|
Jeden dzień - niedziela - Część pierwsza |
|
|
|
Wpisany przez Piotr Wojtkowski
|
|
JPAGE_CURRENT_OF_TOTAL Kierunek - Szydłowiec! Dojeżdżamy po 12. Na rynku, przy ratuszu, zostawiam samochód i idziemy na zwiedzanie. Do k ościoła nie ma co nawet próbować wejść, widać po samochodach, że pełniutki. Mamy trochę czsu, więc idziemy na zwiedzanie zamku. To znaczy, weszliśmy na dziedzinec i koniec. Jest wejście do biblioteki i kawiarni (i jedno i drugie zamknięte). Zbudowany w połowie XV wieku zasługuje na coś więcej niż to czym jest teraz. Obeszliśmy i objrzeliśmy zamek. Z zewnątrz. Do muzeum nie wchodziliśmy, bo i jakoś ludowe instrumenty mnie nie interesują. Całóść robi raczej przygnębia jące wrażenie... Jeszcze latem, jak zieleń zkryje odpadające tynki, to jakoś to wszystko wygląda, ale teraz... Wracamy na rynek wąską uliczką. Domki z krzywymi ścianami dodają uroku miasteczku. Biednie, ale czysto. Ratusz, aż w oczy kole białością tynku... Nabożeństwo się kończy, ludzie powoli wychodzą z kościoła, a ja, czekając aż będzie można wejść do środka, obchodzę go prawie dookoła. Znajduję zegar słoneczny, który spieszy się dwie godziny, napisy na płytach z piaskowca z 1662 roku... Wreszcie wchodzimy. Piękny ołtarz. Freski. Nagrobek Szydłowieckiego. Sufit. Wspaniale wszystko odrestaurowane i utrzymane. No cóż, ma właściciela, który potrafi zadbać... Jeszcze troszkę powłóczyliśmy się po uliczkach, ale miasteczko malutkie, to i niewiele jest do oglądania.
|