Warszawa: Pogoda - Wirtualna Polska
Aktualna prognoza pogody dla całej Polski, Europy i Świata. Temperatura, deszcz, Słońce, śnieg, wiatr... o tym się dowiesz w naszej prognozie pogody. Pogoda na lato, jesień, zimę i wiosnę.
Wirtualna Polska S.A. - wp.pl
  • Warszawa

    Pochmurno ale bez opadów.
    temp. max: 16°C
    temp. min: 10°C
    Wiatr pół-wsch.
    14.4 km/h
    Wsch. słońca 05:53
    Zach. słońca 19:15
                                  więcej>> pogoda.wp.pl

Losowe zdjęcia z galerii

Santorini5
Image Detail
Rajastan-24
Image Detail
INDIE - ŚWIAT W PIGUŁCE Drukuj Email
Wpisany przez Piotr Wojtkowski   
Spis treści
INDIE - ŚWIAT W PIGUŁCE
DELHI
JAIPUR
AGRA
KAJURAHO
Droga do Varanasi
VARANASI
BHOPAL
JHANSI
GWALIOR
DHELI
Wszystkie strony

 

 

Indie...

Indie są piękne? Są.

Indie są wspaniałe? Są.

Indie są niesamowite? Są.

Czy chciałbym mieszkać w Indiach? Nie.


Takie pytania i odpowiedzi nasuwają mi się po powrocie z Indii.Szałasy biedoty

Widziałem wspaniałe miejsca, miłych i życzliwych ludzi (czasami nawet nic za to nie chcieli).

Widziałem nędzę nie do opisania, ludzi leżących na ulicach, czekających na śmierć.

Widziałem żebraków i wydrwigroszy.

Widziałem dzieci cieszące się, jak wszędzie - z niczego. Dzieci chude i zagłodzone. Dzieci ufne i miłe, napastliwe i agresywne.

Widziałem brud, szczury, czułem smród zanieczyszczeń w miastach , a na prowincji specyficzny zapach palących się, wysuszonych, krowich gówien.

Widziałem dbałość o czystość.

Jednocześnie czułem się bezpieczny. Jak nigdzie. I nie chodzi o policję i wojsko, ale ludzi tam mieszkających.

A przecież zwiedziłem tylko mały kawałek Indii.

Byłem w wielkich miastach i na prowincji, gdzie stanowiłem swoistą atrakcję do pooglądania.

Trzeba nie mieć serca, albo gruby pancerz na piersi aby tego nie widzieć i przejść nad tym wszystkim do porządku. Jednocześnie nie jest możliwe samemu pomóc.

Człowiek cały czas bije się z myślą: dać, czy nie dać. Parę rupii, to żaden pieniądz, ale kiedy da się jednemu, to zaraz naokoło robi się gęsto od innych potrzebujących.

Widziałem, co widziałem, czułem to co czułem i spróbuję się swoimi wrażeniami i odczuciami podzielić z „czytaczami”.

 

 


 

 

DELHI 25.01.2010 PONIEDZIAŁEK

Do Delhi dotarliśmy o 6.15. Na lotnisku czekał na nas samochód zamówiony w hotelu, który całą naszą piątkę dostarczył niedaleko hotelu Smyle. Jakieś 200 metrów musieliśmy dojść, bo uliczka była taka wąska, że nie miał szanHotel Smyles się zmieścić.

Jadąc do naszej spalni (bardzo dobre opinie u internautów) oglądałem miasto.

Jest wcześnie rano i pierwsze wrażenie jest lepsze n iż się spodziewałem. Przyglądam się, jak wstaje Delhi. Ludzie myją się na ulicach, przed prowizorycznymi szałasami palą ogniska, grzejąc się i gotując sobie śniadanie. Riksze odwożące poubierane w mundurki dzieci do szkoły. W jednej siedziało koło 10-12 sztuk – ludzie tutaj, jak już zdążyłem zauważyć - drobni, to i dzieciuchy mniejsze od naszych i jakoś się mieszczą. Dopiero pod koniec jazdy pojawiają się chude, zabiedzone z wystającymi żebrami krowy i całkiem nieźle wypasione psy.

UlicaW hotelu wymieniliśmy zielone (po 45 rupii za1$) i robimy sobie krótki odpoczynek. Po całonocnym siedzeniu w samolotowych fotelach, dobrze jest wyciągnąć nogi. Wyprostować się...

Koło ósmej śniadanko na dacho-tarasie i mamy cały dzień dla siebie!

W hotelu jest informacja turystyczna, gdzie Pani Ela kupuje bilety do Jaipuru (po 544 rupii za osobę), a przy okazji zostajemy namówieni na wycieczkę po zabytkach za 300 rupii od sztuki. Ale to dopiero po 14, więc mamy czas aby poznać najbliższe okolice naszego miejsca postoju.

Hotel mieści się w starej części Delhi. W plątaninie uliczek, które robią w pierwszym wrażeniu, jakby bezwładnie i byle jak poukładanych. Lecz, to tylko pierwsze wrażenie, bo kiedy się przyjrzeć i troszkę poznać, pochodzić po nich, to nie jest takie trudne odnalezienie właściwej drogi.

Jest już późnawy ranek i miasto zaczyna żyć. Na głównej ulicy część sklepów już pootwierana, inne zaczynają dopiero działalność. Zaczyna się ruch. Sprzedawcy zapraszają do sklepików, żebracy proszą o datek, krowy łażą i wyżerają ze straganów co im się uda. Słabo się jednak udaje, bo ich żebra mało nie przebiją skóry. Widzę, jak jakiś Hindus daje coś krowie, co Ona przyjmuje i je z zadowoleniem. Kiedy krówka przeżuwa, mężczyzna do niej mówi, tłumaczy. Nie rozumiem tego, ale mówi tonem proszącym, pokornym.

Na ulicy ruch się wzmaga, co i rusz przejeżdżają motorowe riksze (tuk-tuki), rowerowe i samochody. Przebijają się przez tłum, który powoli reaguje na bezustanne trąbienia pojazdów. Wraz z ruchem rośnie smród spalin, kurzu, dymu z wielu czynnych garkuchni. W Warszawie jest czyste powietrze!!!

Musimy uważać, bo jesteśmy przyzwyczajeni do prawostronnego ruchu, a tu zmiana!

Kupujemy pomarańcze i banany. Jak wszystko, na warunki polskie – taniocha. Później do Świątynia hinduistówhotelu i na zwiedzanie.

Powożono nas po Delhi.

Pozwiedzaliśmy troszkę, ale nie za dużo, bo i czasu było niewiele.

Obejrzeliśmy Świątynię Hinduistyczną – wielka budowla. Piękna budowla. I oczywiście zostaliśmy delikatnie poproszeni o datek. Dopiero kiedy datek został zaakceptowany, to znikąd pojawił się oprowadzacz. Nie było źle, tyle, że trzeba było chodzić po nasłonecznionych miejscach – rano jeszcze podłoga nie została nagrzana i w stopy troszkę chłodziło (przed wejściem trzeba zdjąć buty).

Trafiliśmy również do Wielkiego Meczetu z najwyższym w Delhi mina retem.

To przedsmak tego co nas czeka!

Po wycieczce, Panie poszły do pokoju, a ja skoczyłem do fryzjera. Na strzyżonko, bo na twarzy jeszcze nie zarosłem. Wszystko za 100 rupii.

Teraz czas na jedzonko i poznanie drogi na stację, aby jutro nie było problemów z dotarciem. Najpierw stacja. Mieści się blisko. Wychodząc z „naszego” zaułku należy skręcić w lewo i po jakiś 500 metrach wychodzi się na budynek stacyjny. Obok budynku, co podziwiam z rozbawieniem – toaleta. Z rozbawieniem, bo tutejsi załatwiają się gdzie popadnie.

Kiedy podchodziliśmy do stacji, jeden z miejscowych usiłował nas zaciągnąć w jakiś zaułek, tłumacząc, że to co widzimy, to wcale nie jest stacja. Pewnie miał tam znajomy sklep... Ale, żeby aż tak !!!

Jeszcze jedzonko za 150 rupii na troje i można wracać do „domu”. Jutro do Jajpuru, wyspać się i wypocząć przed pierwszą jazdą kolejami indyjskimi.

Usiłujemy wziąć prysznic, ale woda zimna – przerwa w zasilaniu. Tylko z lekka się obmywam, przy okazji mycia zębów posmakowałem „kranówy” - jej smak jest „interesujący”, „ciekawy”. Chyba dodają jakiś środków odkażających...



JAJPUR 26.01.2010 WTOREK

Pociąg do Jajpuru przyjechał i odjechał punktualnie. Już zacząłem powątpiewać w opowieści o kolei indyjskiej. Wagon otwarty z siedzeniami potrójnymi po obu stronach. W miarę czysto. Kiedy podano jeszcze śniadanie, to całkiem zmieniłem zdanie! Trzeba samemu poznać, bo ludzie, lubią koloryzować...(tak myślałem) Pozostała część ekipy siedziała dosyć daleko, tak, że nie musiałem słuchać ciągłej gadaniny Maćka, czy Bożenki. A gadane mieli! Jak ja wytrzymam!?

W czasie kiedy nie spali, ciągle gadali. Oni są chyba chorzy na mówienie. Maciek potrafił różne głupoty mówić, a Jago połowica mu potakiwała. Teksty były mniej, więcej tego stylu:

-Ten kamień jest czerwony – Maciek

-Tak, tak. Masz rację, to widać, że jest czerwony.- Bożenka

-Taki czerwony, bo ma barwę czerwoną- wyjaśniał Maciek

-Tak, zabarwił się, dlatego taki kolor - Bożenka

A niech ktoś miał inne zdanie! Na przykład: nie czerwony, tylko karminowy. Zagadywali, zarzucali nawałem słownych decybeli, że zaraz sobie myślałem „po cholerę, ja się odzywałem?”

Myślę, że gdyby Maciek powiedział, że kot , t o pies:

-Tak, trochę dziwny pies, ale pewnie taka rasa, albo genetycznie zmodyfikowany. A tak dziwnie szczeka, bo mu struny głosowe się przestroiły.

Bożenka zawsze popierała swego męża!

Zupełnie, jak z „Misia”, tyle, że rzeczywistość dotykająca mnie osobiście, a to już nie było takie śmieszne...

Pociąg jedzie, mało co widać, bo mgła taka, że na 100 metrów jeszcze jaka, taka widoczność jest, ale dalej – biel, mleko. Dopiero koło dziewiątej się przejaśnia i mogę sobie pooglądać, jak wyglądają Indie .

Wreszcie, koło 11 dojeżdżam y do Jajpuru.

Hotel dosyć szybko znajdujemy – niedaleko stacji. Całkiem niezły, tyle, że drugiej parze niezbyt się podoba. Maciek zaczął nawet utyskiwać, że można było wczoraj telefonicznie coś lepszego znaleźć, a nie tak.

Zaproponowałem, aby nauczył się angielskiego i sam załatwiał. Usiłował mi wytłumaczyć, że będziemy tyle czasu razem, więc musimy się dostosować do siebie. Ciekaw jestem, jak on to sobie wyobraża? Że Pani Ela i ja będziemy na ich usługi? Kto tu do kogo dołączył? Stwierdziłem tylko, że wcale nie musimy razem jeździć. Zamilkli i zniknęli w pokoju.

Po zainstalowaniu wychodzimy na mia sto. Golę się u ulicznego golibrody, a następnie łapiemy trzy rowerowe riksze i każemy się wieźć do „Różowego Miasta”. Uzgadniamy, że zapłacimy p o 30 rupii za rikszę. Wszystko było dobrze d o jakiegoś ronda, gdzie się troszkę „nasi” rikszarze pogubili. Każdy chciał nas zawieźć do innego sklepu. Wylądowaliśmy przed jakimś sklepem, co było z ich strony ewidentnym zerwaniem umowy. Nic nie dostali. Pani Ela bardzo brzydko mówiła...

Wróciliśmy się do dopiero co mijanego ronda i tam złapaliśmy tuk-tuka. Zawiózł nas za 80 (Pani Ela dała 100 z tej uciechy, że ją, już do żadnego sklepu nie zawiózł) rupii. Dla mnie już nie stało miejsca, więc ro biłem za towar – jechałem w kucki w bagażniku. Klapa była zdjęta, widziałem i byłem widoczny. Nasz tuk-tuk budził sensację na ulicach Jaipuru, bo przecież nieczęsto widzi się białasa, który jedzie, jak swoi...

Na ulicach tłok, nie do opisania. Obowiązuje zasada – kto silniejszy (większy), ten ma pierwszeństwo. Mimo wszystko, jakoś to funkcjonuje i nie widać wypadków. Wszyscy trąbią, tak, że słychać jeden wielki jazgot. Czort wi, na czym jeżdżą, bo z rur wydechowych wydobywają się chmury spalin. Smród.

Wreszcie podjeżdżamy pod Pałac Wiatrów (Hawa Mahal). Tam zwalniamy „naszego „ tuk-tukarza, umówiwszy się na następny dzień i idziemy na zwiedzanie. Wstęp – 50 rupii od osoby.

Jest piękny. Nareszcie jakaś budowla nie muzułmańska, a hinduistyczna (budowniczy był wyznawcą Kryszny – to chyba to samo?), która robi wrażenie!

Łazimy po pokojach, wspinamy się na piętra. Podziwiamy i wnętrza i okolicę widoczną z okien. W tych wszystkich zaułkach pałacowych, jakoś tak (nie za bardzo się tym zmartwiłem) się pogubiliśmy. Zostaję z Panią Elą i jest , to to, co lubię najbardziej!!!

Po wyjściu z Pałacu zaczęliśmy szukać jakiejś garkuchni. Łaziliśmy z pół godziny i byśmy łazili jeszcze dłużej, gdyby nie przyplątał się jakiś Hindus, podający się za studenta. Taki on student, jak ja prezes naszej naczelnej partii opozycyjnej, ale doprowadził, tam gdzie chcieliśmy i jedzenie było dobre. Za 120 rupii (2 osoby). Dostał za to 100 rupii, dodatkowo doholował nas jeszcze do biura turystycznego, gdzie kupiliśmy bilety do Agry. Właściwie, to do dwóch biur, bo w jednym chcieli nam sprzedać same bilety, bez rezerwacji (nie miał internetu), co nam jakoś, tak dziwnie , niezbyt odpowiadało. W drugim biurze, za to wszystko zostało załatwione bezproblemowo (1000 rupii za 5 biletów – Jaipur-Agra).

Mamy jeszcze sporo czasu do wieczora, więc spacerujemy po uliczkach i ulicach miasta podziwiając egzotykę. My taż robimy za egzotykę. Ludzie życzliwi i nawet czasami mówią namaste (witaj-dzień dobry) nic za to nie żądając. Dochodzimy do Muzeum Jaipuru, które jednak jest dzisiaj (święto państwowe) nieczynne. W kawiarni, która jest jednak czynna, wypijamy po całkiem niezłej kawie (40 rupii).

Przy muzeum jest park, ale nie decydujemy się tam wejść, widząc biedotę porozkładaną na trawnikach. Wracamy pustawą uliczką okalającą muzeum. Pustawą, bo był tam jeden mały chłopiec (ok 7-10 lat), który szedł za nami, nic nie mówiąc, bo trudno nazwać mową te cichutkie jęki, jakie wydawał. Przetrzymał mnie! Wreszcie dałem ze 2 rupie, a on przestał jęczeć.

Przechodząc koło ogrodzenia parkowego przyglądamy się norkom. Ziemia jest podziurawiona, jak ser szwajcarski. Były różne spekulacje – nornice, króliki, wiewiórki (co było totalną bzdurą, bo one przecież żyją n a drzewach). Żadne z nas nie wpadło na pomył, że to mogą by ć szczury...

Pełni wrażeń łapiemy rikszę (napęd nożny) i p o krótkich targach (chciał 50 – spuścił na 30) wracamy do hotelu. Spracował się niesamowicie! Spocił! Dostał 50. Mała rzecz, a cieszy. Wyraz szczęścia na twarzy zabiedzonego rikszarza...

Jest szarówka, za wcześnie aby iść spać, za późno aby gdzieś jechać. Więc włóczymy się po okolicy. Zrobiliśmy duże kółko, a właściwie, to kwadrat idąc ulicami przyległymi do hotelu. Mijając wielkie wysypisko śmieci widzę śmieciarza. Razem ze swoim 5-6 letnim synkiem zbiera śmieci. Każdy kawałek papieru oglądają z powagą, jakby to była niezwykle cenna rzecz. I układają na stosik. Są tak zaaferowani swoją ważną pracą, że zauważają nas dopiero, kiedy przechodzimy tuż koło nich. Śmieciarz patrzy się na nas, jakbyśmy byli nie z tej ziemi. Uśmiecha się i mówi „hello”. Kiedy odpowiadamy – promienieje. Został zauważony! Powraca do swoich śmieci.

Niedaleko hotelu zaszliśmy do świątyni hinduistycznej. Widać, że biedna, ale zadbana. Chciałem złożyć datek, więc wypatrzyłem skarbonkę. Takie drewniane pudło 50cm x 50cm z podłużnym otworem u szczytu. Wrzuciłem 100 rupii. Okazuje się, że jesteśmy cały czas obserwowani. Podbiegł do mnie człowiek i zaczął coś tam tłumaczyć. Prawie siłą zaciągną do tej „skarbonki”.

To nie była skarbonka. To był taki pojemnik z ichnią, chyba, święconą wodą. Ale wyłowiłem i dałem kapłanowi, który nie protestował, a nawet wręcz przeciwnie...

 

 

 

JAIPUR  27.01.2010  ŚRODA

 

Umówiony tuk-tukarz był punktualnie o ósmej pod hotelem. Załadowaliśmy się do niego w czwórkę (Agnieszka, z powodu braku mocy przerobowych – czyli tego paskudnego fenickiego wynalazku – zrezygnowała). Obecny pojaździk, był mniejszy od tego wczorajszego, więc, jako naczelny „zamartwiacz”, zacząłem się zastanawiać, jak my jazdę czymś takim wytrzymamy.

Zupełnie niepotrzebnie, bo po kilku minutach jazdy, dojeżdżamy na parking tuk-tuków, gdzie obecny, jest wymieniony na większy model. Kiedy czekamy na zamianę, z ciekawością rozglądam się po okolicy.

Sterty śmieci, a obok nich handlujący. Na dach jakiegoś pawilony włazi jakiś miejscowy. Ciekaw jestem co będzie robił? Zaraz się dowiedziałem – wysikał się. Co kraj, to obyczaj...

Wreszcie jedziemy do Fortu Amber. Po drodze mijamy Jal Mahal (pałac na wodzie). Nie zatrzymujemy się, ale kierowca, który mówi łamanym angielskim, zapewnia, że w powrotnej drodze z pewnością się zatrzymamy. Fort Amber jest położony kawałek drogi za Jaipurem. Jedziemy ponad pól godziny, aż wreszcie, wyjeżdżając zza kolejnego zakrętu – widzimy GO!

Spowity w niebieskawą mgiełkę, która nadaje tajemniczości, wygląda nieziemsko... Położony na wzgórzu, panuje nad okolicą. Potężne mury, bramy, umocnienia. Jednocześnie tak pięknie położony, że od razu widać, iż ten co kazał GO wybudować, nie tylko był wojownikiem...

Parkujemy u podnóża fortu. Dalej trzeba albo na słoniu, albo na piechotę. Ze słonia rezygnujemy. Spacerkiem też dobrze, bo można pooglądać okolicę, a i fort im bliżej, tym wspanialej wygląda. Przed samą bramą wejściową mijają nas słonie z tymi, którzy wybrali taki sposób dotarcia.

Po kupnie biletów (150 r. od sztuki) wchodzimy na dziedziniec i zaczynamy zwiedzanie. Było co pooglądać... Mnóstwo krużganków, dziedzińce, sale pałacowe... Można sobie wyobrazić, jak wspaniale musiało tutaj wyglądać, kiedy fort był zamieszkały przez władcę i jego dwór... Kolorowe stroje kobiet i mężczyzn. Gwar rozmów, jakaś muzyka... Teraz jest raczej surowawy, bo zdobienia, albo się pościerały, albo (złoto) zostały zdarte... Jednak pozostało wystarczająco dużo, aby można było sobie resztę dopowiedzieć.

Łaziliśmy tak ze dwie godziny, aż wreszcie mam y dosyć. Jeszcze, wychodząc, zaglądamy do lochów, po których oprowadza nas strażnik (20 r.). Oprowadzacz jest dumny z mieszkających tam nietoperzy i pokazując je, dokładnie określa ile w każdej komnacie się znajduje.

Schodzimy na parking. Mamy jeszcze trochę czasu, więc zgadzamy się na propozycję „naszego” kierowcy, że zawiezie nas do świątyni.

Jak dobrze, że tam pojechaliśmy! Piękna hinduistyczna świątynia. Położona na wzgórzu. Do właściwego budynku świątynnego wchodzi się po szerokich schodach, mija się bramę pilnowaną przez dwa wyrzeźbione w kamieniu słonie i już jest się w środku... No cóż, za znaczki na czole, których raczej niezbyt chcieliśmy, ale nijak było odmówić, musimy zapłacić po 10 rupii. Kapłani są wszędzie jednacy...

Wracamy na parking, gdzie czekamy na Bożenę i Maćka. Siedzimy sobie grzecznie przy garkuchni, kiedy widzimy jakiegoś białasa, który się prowokująco na nas patrzy. No to zagadnąłem. Polak. Z Olsztyna. Marcin, bo tak nam się przedstawił, przyjechał sam i sam podróżuje. Tyle, że bilety i spanie w hotelach sobie wcześniej pozałatwiał. Przyjechał tutaj, ale zaraz będzie jechał w Himalaje. Tam go ciągnie. Namówiliśmy go na jakieś żarcie, bo jak mówił – stołuje się w McDonaldzie. Zjadł i nawet przeżył. Mam nadzieję, że później też nic mu nie było...

Wreszcie doczekaliśmy się na drugą parę i mogliśmy jechać. I dobrze, bo przyplątała się żebraczka z dzieckiem i usiłowała wymusić jakieś pieniądze, pokazywała, że głodna. Chciałem kupić coś aby zjadła, ale tak to ona nie chciała. Inaczej ja nie chciałem. Kiedy się wreszcie namyśliła i zachciała jeść, to przyszli Maćki i ruszyliśmy...

Wracając do Jaipuru zatrzymujemy się przy Pałacu Na Wodzie. Wejścia nie ma, bo jest użytkowany przez właścicieli. Jezioro brudnawe, trochę straganów z pamiątkami i pełno żebrzących dzieciaków. Zostajemy dowiezieni do tzw. Miasta Małp i tam się rozstajemy z naszą drugą częścią ekipy. Oni tutaj byli poprzedniego dnia. No i bardzo dobrze, bo ich bezustanne trzeszczenie już zaczynało działać mi na nerwy. Jak można tyle mówić o niczym?!

Miasto Małp, to właściwie świątynka na wzgórzu. Tutaj jeszcze raz spotykamy Marcina. Razem oglądamy świątynię, małpy, kapłanów i panoramę Jaipuru. Z tej wysokości wspaniale wygląda...

W trójkę jedziemy (z „naszym” kierowcą, który czekał, logicznie myśląc, że jednak będziemy potrzebowali jakiejś podwody) do miasta na jedzonko. Jemy coś, co kosztuje 160 rupii od łba, ale daje się zjeść. Po jedzonku, Marcin idzie się powłóczyć po ulicach (chyba miał dosyć), a my jedziemy do Royal Gaitor (cenotafy królewskie). To była słuszna decyzja!!!

Cenotafy znajdują się na przedmieściu Jaipuru, przy wzgórzach. Kiedy podjechaliśmy, to czułem, jak oczka mi wyłażą jak u ślimaka. Jakby były na szypułkach. Stałem i ślepiłem na to Białe Cudo. Ludzi nie było, więc mieliśmy całość do swojej wyłącznej dyspozycji. W życiu nie wiedziałem, że można coś takiego zmajstrować. Chodziłem pomiędzy grobowcami, dotykałem kolumn, głaskałem białe, marmurowe rzeźby. Zachwyt, to mało powiedziane co czułem... Pozwoliłem sobie sforsować (nic nie wyłamywałem, samo puściło) drzwiczki zmykające wejście na schody i stamtąd mogliśmy ogarnąć całość. Ci ludzie nawet po śmierci lubili się cieszyć...

To jest, jak dotąd, najpiękniejsza rzecz, którą w Indiach widziałem.

Wracamy do domu, czy jak kto woli do hotelu. Z tych wszystkich wrażeń idę się ogolić do przyhotelowego golibrody. Moment nieuwagi, nakremował mnie i wymasował. 100 rupii zamiast 20. Miejska dżungla. Cały czas trzeba uważać...

 


 

AGRA  28.01.2010    CZWARTEK

 

Noc upłynęła bardzo miło i przyjemnie. Spałem, jak zwykle z dwiema kobietami na jednym łóżku, niestety na samej krawędzi. Chciałem się poświęcić, bo Pani Ela narzekała na środkową pozycję i zająć jej miejsce, ale moja propozycja została odrzucona. Nie, to nie!

Teraz zaczynam dostrzegać i odczuwać niedogodności rezygnacji z zszytego prześcieradła. Co tu dużo mówić! Koce są brudne! Po cholerę ja się co wieczór kąpię, skoro widzę jak po każdej nocy prześcieradełka śpiących ze mną Pań robią się coraz bardziej szare. Pani Ela mówi, że na tym polega cywilizacja. Mam inne poglądy na ten temat, ale co się będę wychylał...

Wreszcie o 5.30 wstaję i idę na papierosa. Siadam na murku przed hotelem i patrzę się, jak zaczyna się uliczne życie...

Zaczynają rozpalać ogień w garkuchniach – niedługo zaczną się schodzić klienci na śniadanie. Naprzeciwko hotelu, wprost na ulicy, jakiś cywilizowany człowiek myje się. Cały. Namydlił się i polewając wodą zmywa mydliny. Riksze zaczynają jeździć.

Wracam do pokoju, pakujemy się i na dworzec. Jedziemy do Agry.

Do odjazdu pociągu jest jeszcze troszkę czasu, więc ja się zapoznaję z dworcem, a pozostali karnie czekają na pociąg. Maciek ciągle znajduje coś ciekawego do uwiecznienia na kliszy. Cały czas pstryka. No i oczywiście komentuje co robi.

Wreszcie podjeżdża pociąg. Mamy rezerwację w wagonie D1, który jest na samym końcu składu pociągu.

Fakt, poniosło mnie. To tak zwany „owczy pęd”. Kiedy zobaczyłem, że miejscowi ustawiają się wzdłuż toru i usiłują wskoczyć do pędzącego jeszcze pociągu, poniosło mnie i jakimś cudem w wagonie znalazłem się pierwszy.

Przy naszych miejscach, na których siedzieli już ludzie, też byłem pierwszy. Miejscowi nie reagowali na moje grzeczne sugestie, że miejsca są zarezerwowane. Zupełnie jakbym mówił do słupów. Wreszcie troszkę się zdenerwowałem i usiadłem między dwóch chłopów. To znaczy najpierw siedziałem im na kolanach, a kiedy zsunąłem się na ławkę, to już łatwizną było zmusić następnego do zejścia (właściwie - spadnięcia). Kiedy już miałem wywalczone dwa miejsca, ostatniemu, jeszcze siedzącemu, po prostu po polsku powiedziałem : sp... . Zrozumiał. Poszedł sobie.

Docierają, już na gotowe Maćki. Okazuje się, że Maciek zgubił aparat fotograficzny. Kiedy usiedli, słyszę dyskusję:

-Wydaje mi się, że ja tobie go dałem – Maciek

-Chcesz mi wmówić, że to ja zgubiłam? - Bożenka

-Nic nie chcę wmówić, ale biorę taką możliwość pod uwagę. - Maciek

Dobrze, że mnie nie było w pobliżu...

Koło 12 jesteśmy w Agrze.

Prosto ze stacji idziemy do hotelu. Jednego, drugiego, wreszcie w trzecim znajdujemy miejsca. Już się dogadaliśmy, tyle, że poszło o wpisywanie do książki meldunkowej. Nie chciałem się zgodzić abyśmy, to my wpisywali, bo nam się spieszyło. Facet też nie chciał. Poszliśmy naprzeciw.

Po 100 rupii za noc od osoby. Dwa pokoje. Agnieszka, jak zwykle z nami. Na moje delikatne sugestie, że mogłaby pójść na nocny seans do kina, odpowiedziała, że po urdu nie umie, a filmy z Bolywood ją nie interesują. Jak widać wegetarianizm niezbyt dobrze wpływa na lotność umysłu...

Szybko się rozpakowujemy i na zwiedzanie!

Zaraz przy hotelu (ilość gwiazdek: -3) znajduje się miejscowy, który za 500 rupii obiecuje zawieźć nas do Taj Mahal, na jedzonko i z powrotem – pod hotel.

No i dowiózł. Pod zachodnią bramę.

Najpierw trzeba się przebić przez ulicznych sprzedawców, żebraków i naciągaczy. Później, już jak z płatka. Mijamy zapory z wojskiem pilnującym aby nic się nie stało ich zabytkowi i dochodzimy do kasy biletowej. Później tylko bramka, na której jestem dokładnie obszukany – wywalam papierosy i zapałki do wielkiego kosza. I już jestem na właściwym terenie. Aby dojść do samego grobowca, trzeba jeszcze przejść przez bramę, już ona sama jest piękna. Podchodzę bliżej i wreszcie widzę!!!

Nie da rady opisać. Nie da rady pokazać. Żadne zdjęcia, czy opisy nie odzwierciedlą tego „Cudu Świata”. Bo to, rzeczywiście jest cud. Jak się patrzy na zdjęcia i widzi tych malutkich ludzików, to i tak nie ma się wyobrażenia o wielkości i pięknie. Trzeba po prostu samemu pojechać i zobaczyć.

Chodziliśmy wokół grobowca, podziwialiśmy wnętrze krypty.

Wracamy z bajki do szarej (może nie aż tak bardzo) rzeczywistości .

Jedziemy do garkuchni, gdzie za bardzo przyzwoitą cenę (85 rupii na głowę) jemy obiad. Jak zawsze jest, to ryż, ciapaty i trzy rodzaje sosów z czymś. Sosy różnią się barwą i ostrością. Na zakończenie posiłku podawany jest anyż i cukier, która to mieszanka, jak nas poinformowano, pozwala białemu szybciej się przystosować do miejscowego jadła.

Jeszcze krótki spacerek po uliczkach przylegających do hotelu i zalegamy.

 

 

29.012010 PIĄTEK

W nocy psy się gryzły. Koty (co dziwne, bo raptem widziałem do tej pory ze trzy zwierzaki tego rodzaju, a że je lubię, to wypatruję) walczyły o swój teren. Czasami coś przejechało trąbiąc wesoło. I komary!

Pani Ela spała w środku, więc była chroniona, nas (Agnieszkę i mnie) troszkę sponiewierały...

Po tak miłej i wesołej nocy, z przyjemnością wyszedłem aby kupić ciapaty (placki – taki ichni chleb). Wszędzie było jeszcze pozamykane, dopiero przy stacji znalazłem garkuchnię, w której zaczynano wstawać. Dosłownie. Garkuchnia jest czynna do ostatniego klienta, a później właściciel i pracownicy śpią na ławach i stołach. Nie wiem gdzie się myją. Nie wiem gdzie załatwiają swoje inne potrzeby (za garkuchnią jest murek). Nie wiem jak działa ichni SANEPID, chociaż myślę, że to już samo życie weryfikuje. Wychodząc z tego ostatniego założenia i nie patrząc na dłonie wyrabiającego ciasto, kupuję 6 placków.

Panie zjadły i nic im nie było, więc wcale nie było ta k źle...

Po tym malutkim śniadanku, około godziny 9 jedziemy do Fatehpur Sikri (Wymarłe Miasto).

Dowiezieni zostaliśmy pod wzgórze, na którym znajduje się miasto. Dalej trzeba było na piechotkę. I dobrze, bo powoli się przyzwyczajaliśmy do oglądania. Miasto, a właściwie siedziba władcy, zostało porzucone w niedługim czasie po wybudowaniu. Jakieś tam względy polityczne, coś w rodzaju naszego przeniesienia stolicy z Krakowa do Warszawy przez Wazów.

Może to i dobrze, bo zachowało się w całkiem niezłym stanie. Chodząc i oglądając, my również byliśmy oglądani. Dużą popularnością cieszyła się Pani Ela, która z racji swojego wzrostu górowała nad wszystkimi. Robiła jako eksponat, z którym należy się sfotografować. W związku z tym nasze zwiedzanie trwało troszkę dłużej niż zamierzaliśmy. Ale nie żałuję, ludzie sympatyczni, mili, uśmiechnięci...

Po Wymarłym Mieście obejrzeliśmy meczet Jama Masjid. Wzorowany na meczecie w Mekce. Meczet piękny, ale jeszcze piękniejszy jest znajdujący się na dziedzińcu cenotaf (grobowiec) Szejka Salima Ciśti. Cały z marmuru. Marmurowe płyty, które go osłaniają wyglądają, jakby były zrobione z białej koronki. Z zewnątrz i wewnątrz piękny...

Kiedy kończyliśmy zwiedzanie, na bramie chciano nam zabrać bilety. Pani Ela nie dała. Stwierdziła, że jak zapłaciła, to jest jej. I słusznie. Wymieniliśmy te bilety na folder z pocztówkami.

Wracając na miejsce, gdzie czeka „nasz” samochód mam okazję pooglądać pracę kamieniarzy i pasące się świnie na wysypisku śmieci.

Przy parkingu zostaliśmy (Pani Ela i ja) przechwyceni i zaproszeni do pooglądania sklepu. Słoń i magnesik na lodówkę. 20$. Wiem, że przepłaciłem, ale słonik jest piękny. Inkrustowany półszlachetnymi kamieniami, a o magnesik dopominało się dziecko.

Około 15 jesteśmy już w hotelu. Krótki odpoczynek i już w trójkę, jedziemy do Czerwonego Fortu.

Jest ogromny!!! Część zajęta przez wojsko, które, jakoś tak od około 500 lat nie może się stamtąd wynieść. Dobrze, jeszcze, że zajmują najmniej ciekawe miejsca. Przynajmniej tak jest napisane w przewodniku.

Cały fort jest wyłożony czerwonym piaskowcem. Niechcący podejrzałem, jak się to robi.

Piaskowiec jest dwukolorowy. Żółty i czerwony. Jakoś tak się to działo, że warstwy są równomierne, a właściwie – równogrube. Tafle piaskowca o wymiarach ok 1m x 2m kładzie się i po prostu skuwa nieodpowiedni kolor. Mamy wtedy albo żółty lub czerwony.

Pozostaje tylko wyłożyć tymi płytami ściany. Kolorowy piaskowiec ma grubość ok 5-6 cm. Widziałem również kolumny z czerwonego piaskowca. Tego, niestety nie udało mi się podejrzeć, jak się to to produkuje...

Z fortu widać Taj Mahal. Panie poszły zwiedzać meczet, a ja kontemplowałem widoki...

Kiedy wróciły, uległem ich namowom i również poszedłem obejrzeć. Ci budowniczowie lubowali się w marmurze! Takie cuda wyczyniali z tego kamienia... (dobra – wiem, że to skała osadowa!)

Łaziliśmy tak i podziwialiśmy, wreszcie po 17 zdecydowaliśmy się wracać.

Wychodząc z Fortu opadli nas sprzedawcy. Byli bardzo namolni, aż wreszcie nasyczałem na jednego, więc się wszyscy przestraszyli i dali spokój (syczy - może ugryźć!). Później miałem, trochę wyrzuty sumienia, bo temu, na którego nasyczałem, zrobiły się takie przerażone oczy...

Do hotelu wracamy tuk-tukiem (50 rupii).

Panie z tego szczęścia i wrażeń obalają na tę okazję flaszkę wódki, którą Agnieszka dowiozła aż do Agry. Pani Ela z rozpędu poleciała zaprosić Maćków.

Przyszli. A jakże. Z kubkami. Sami nic nie przynieśli. Tak „na krzywy ryj”. Wlałem im po 25 ml i bezczelnie czekałem, z butelką na wierzchu, kiedy sobie pójdą.

Przy okazji porozmawialiśmy o podróbach wódki (Agnieszki była ohydna - jakiś rozpuszczalnik, czy co...). Zostałem przegłosowany przez naszych gości, którzy stwierdzili, że nie ma czegoś takiego, jak podrabiana wóda.

Żyłem tyle czasu w nieświadomości, a to co wiem, to jest bzdura!!! Jakie szczęście, że spotkałem Wrocławian, bo zapewne żyłbym dalej z tym błędnym, wyimaginowanym przez siebie przekonaniu. Trochę się jeszcze poprodukowali, zobaczyli, że więcej nie dostaną i wrócili do swojego pokoju. Sami skończyliśmy...Tyle, że już moją. Tamta, ku wspólnej rozpaczy poszła do zlewu...

 

30.01.2010 sobota

 

Dzień, jak co dzień... Po wczorajszym „ucztowaniu” wstajemy troszkę później, a i zamówiony wczoraj tuk-tuk, ma być dopiero koło 9.

Po śniadaniu, zwykłym, składającym się z ciapatów i czegoś tam nieokreślonego idziemy pod dworzec kolejowy, gdzie już na nas czeka kierowca. Chyba początkujący, bo ubranko jeszcze czyste, a nawet wyprasowane... Za to jego pojazd!!!

Tuk-tuk, jak tuk-tuk, tyle że już na samym początku nie chciał zapalić. Coś tam pogrzebali i wreszcie jedziemy! W trójkę. I bardzo dobrze. Maćki, mają inne plany. Latają po bazarze i kupują...

Trzy osoby w mieszczą się swobodnie i nawet można głęboko pooddychać.

Najpierw jedziemy do Małego Taj Mahal. Miniatura tego WIELKIEGO, ale równie piękne mauzoleum, tyle, że stawiający nie był cesarzem (nie miał tyle pieniędzy)...

Koło 11 jesteśmy w Mauzoleum Akbara w Sicandrze. Piękne i inne, jak wszystko ale po Taj Mahal, jesteśmy zdemoralizowani i już nie robi takiego wrażenia, jak powinno. Połaziliśmy i popodziwialiśmy.

Następnym punktem do zwiedzania było Mauzoleum poety Chini-ka-Rauza. Troszkę już naruszone zębem czasu, ale położone w pięknym miejscu, na brzegu rzeki, na wysokiej skarpie. Częściowo zostało odrestaurowane. Ze skarpy rozciąga się piękny widok na rzekę i miasto za nią.

Przysiadam na murku i oglądam, jak miejscowi rybacy zastawiają sieci. Obok kobiety przygotowują opał. Dosłownie. Wyklepują krowie „placki” na kształt koła i spłaszczają do grubości około 2 cm. Taki krążek wykładają na słońce, gdzie się suszy. Poukładanych już jest kilka rzędów. Trzeba zrobić zapas na porę deszczową...

Okolica jest bardzo piękna. Tutaj turyści raczej nie chodzą, więc stanowimy swoistą atrakcję dla miejscowych. Ale nie są nachalni. Oni nam, a my im się przyglądamy. Do mauzoleum droga prowadzi przez działki (bo jak to nazwać?), na których rosną posadzone warzywa. Wszystko w cieniu rosnących drzew. Cisza i spokój, z rozbawieniem oglądam, jak wiewiórka pokłóciła się z jakimś gawronowatym ptaszydłem o papu. Przegrała.

Tuk-tuk nie chciał odpalić. Szczęśliwie, wiele nie waży, więc bierzemy go na pych.Kierowca się rozochocił (liczy zapewne na jakiś bakszysz) i chce nas zawieźć do „pięknego miejsca”. Zgadzamy się, bo przecież mamy dużo czasu...

Zawozi nas do Ogrodu Mehtab. Ogród dopiero w trakcie sadzenia, ale tu i ówdzie rosną większe drzewa. Widać, po wygniecionej trawie, że miejsca te są użytkowane. My też się rozciągamy... Jak dobrze poleżeć i posłuchać ptaszków. Szumu wiatru. Odpoczywam leżąc i podziwiam Taj Mahal, który widać w oddali. Teraz jego ogrom jest zupełnie niedostrzegalny. Ludzie wyglądają, jak malutkie, ciemne kreseczki na białym, marmurowym tle budowli. Bajka.

Jeszcze pojechaliśmy do meczetu, ale nie było tam nic specjalnie ciekawego. Pod arkadami siedziały dzieci i uczyły się koranu. Gołębie całymi watahami łaziły po dziedzińcu, a ich pozostałości drapały podeszwy stóp. Nie byłem zadowolony, że musiałem zdjąć buty!

Wreszcie koło 15 jesteśmy w knajpce, w której wczoraj jedliśmy. Traktują nas jak stałych klientów. Za cały obiadek zapłaciliśmy 120 rupii (3 osoby – 1 PLN, to ok. 16 rupii).

Za całą wycieczkę tuk-tukiem daliśmy 455 rupii + 100 napiwku. Wszędzie za wstęp trzeba było zapłacić po 110 rupii od osoby, a tam gdzie ściągaliśmy buty, dodatkowo 10 rupii za pilnowanie...

 

31.o1.2010 niedziela

 

Ostatnia noc w Agrze! Za to jaka!!! Komary nie dawały spać. Mordowałem na ścianie nade mną jednego po drugim. Zostawiały takie ładne karminowe ślady na szaro(z brudu)-niebieskiej ścianie. Mogę powiedzieć – moja krew!!!

Wreszcie w minaretach zaczęli się nawoływać, a w sąsiedniej hinduistycznej świątyni włączyli jakieś dzwoneczki. Czas wstawać.

Wychodzę na balkon skąd rozciąga się piękny widok na wysypisko śmieci. Bogatsi tam wyrzucają, to co im już nie jest potrzebne, a biedniejsi wybierają co im jeszcze może się przydać...

Teraz też chodzi kilka osób płci obojga. Co jakiś czas, któreś przykuca i tak jakiś czas trwa. Przyglądam się kucającym. Załapuję, że oni nic nie szukają. Wręcz odwrotnie – zostawiają. Każde ma ze sobą półlitrową metalową banieczkę. Traktują wysypisko, jako publiczny szalet na świeżym powietrzu...

 

RELACJA PANI ELI

Śladami Kriszny w Indiach wyjazd do Mathury i Vrindavan

Będąc w Agrze postanawiamy wybrać się na wyjazd łączony do Mathury - miasta gdzie urodził się Kriszna i Vrindavan miejsca bardziej znanego na świecie jako centrum duchowe, gdzie Kriszna spędził swoje dzieciństwo.

Do Mathury, która oddalona jest około 60 km od Agry dojeżdżamy wynajętą taksówką, ale kierowca nie zatrzymuje się w mieście, tylko przez nie przejeżdża. Jak się potem okazało nie chciał nas zrazić do dalszego zwiedzania, więc od razu zawiózł nas do Vrindavan. Z przewodnika wcześniej się dowiedziałam, że to niewielkie (jak na Indie) miasto na około 60 tys. mieszkańców posiada ponad 5 tys. świątyń. Nikt z nas poprzednio nie widział takiego ogromnego centrum religijnego.

Po zaparkowaniu w miasteczku natychmiast pojawia się kilku różnych przewodników i naciągaczy oferujących nam swoje usługi, zatrudniamy przewodnika, bo chcemy zobaczyć możliwie najwięcej i wyruszamy w miasto.

Zwiedzanie zaczynamy od Świątyni Rangadżi, jej ogrom i bogate dekoracje wnętrza robią na nas wielkie wrażenie. Przewodnik wyjaśnia, że jest to jedna z największych świątyń w mieście i chociaż nie jest stara bo zbudowa na w XIX wieku, to jak sami mogliśmy stwierdzić jest to bardzo popularna świątynia.

Po wyjściu ze świątyni jesteśmy prowadzeni do dwóch ogromnych noclegowni, gdzie schronienie znajduje ponad dwa tysiące osób, opiekują się nimi wyłącznie wolontariusze. Przewodnik opowiada przy tym o dzieciach oraz starych kobietach wyrzucanych z domu przez swoje rodziny dla których są ciężarem. Część z nich wkrótce oglądamy po drodze do świętych ogrodów Kriszny kiedy przechodząc mijamy całe alejki wychudzonych, żebrzących starych ludzi.

Po ogrodach Kriszny chodzi się boso, a cały teren obudowany jest dookoła świątyniami. W tym miejscu według podań Kriszna miał spędzić dzieciństwo bawiąc się z pasterkami. Przewodnik opowiada o świętym lesie i czci jaką Hindusi otaczają to miejsce. Rzeczywiście wśród drzew i krzewów znajdują się niewielkie polanki, a na większości z nich widzieliśmy siedzących i śpiewających Krisznowców.

Następnie jesteśmy prowadzeni do miejsca które miejscowi kapłani określają jako „dom Kriszny” nie pozwalają robić zdjęć ołtarzykowi z wyobrażeniami bóstw, który odsłaniają tylko na chwilę. Siadamy na posadzce i oglądamy postacie Kriszny i jego rodziców. Kriszna przedstawiany jest jako młody chłopak o bardzo ciemnej (niebiesko – czarnej) karnacji, co kapłan wyjaśnia jako efekt ukąszenia przez kobr ę.

Ściany i posadzki całego pomieszczenia wyłożone są tabliczkami ze wskazaniem darczyńców, miejscowy kapłan nas też zachęca abyśmy (za 3000 euro) ufundowali taką tabliczkę. Sądzę, że wszyscy słuchając tego mieliśmy mieszane uczucia co do uczciwości kapłana, który w odróżnieniu od innych współwyznawców, posiadał pokaźny brzuch a na każdym z jego palców widzieliśmy duże złote pierścienie. Zarówno świątynia jak i całe otoczenie są bardzo skomercjalizowane, każdy od nas domagał się pieniędzy, jako obowiązkowej darowizny.

Na naszą prośbę przewodnik prowadzi nas przez miasto nad rzekę. Po drodze mijamy wiele świątyń i aśramów, przechodzimy wąziutkimi uliczkami gdzie po bokach usytuowano wąskie kanaliki, które miejscowym służą jako kolektory ścieków, zanim wychodzimy na ghat nadrzeczny.

Na schodach prowadzących do rzeki (tak jak i w całym mieście) można spotkać całe rzesze małp próbujących zjeść resztki zwiędłych kwiatów jakie pozostawili tu pielgrzymi i turyści. Tak jak i w Varanasi nad brzegiem rzeki zbudowano wiele świątyń i miejsc kultu wody. Niestety nie mamy czasu aby popływać łodzią, oglądamy, z zewnątrz dwie świątynie nadrzeczne, które znajdują się w częściowej ruinie i ponownie wyruszamy na miasto.

Miasto jest pełne różnych pielgrzymów, nie tylko Hindusów, spotyka my też sporo cudzoziemców. Niektórzy pozdrawiają nas dotykając czoła i wymawiając „Hare Kriszna”. Jedno co łączy ich wszystkich (oprócz wychudzenia i pomarańczowych strojów) to radość z jaką nas pozdrawiają.

Oglądamy kolejne święte miejsce tym razem pod gołym niebem z niewielką wysepką na sztucznym stawie i ku naszemu zdumieniu całość jest czysto utrzymana.

W porównaniu z Varanasi do którego dotarliśmy klika dni później Vrindavan miało w sobie znacznie więcej duchowości a ludzie, których tam spotkaliśmy wyglądali na szczęśliwszych.

Wracając do Agry ws tępujemy do Mathury. Z przewodnika wynika, że jest to miasto w którym przeszło pięć tysięcy lat temu narodził się Kriszna. Już na wstępie widzimy ogromną różni cę między Vrindavan i Mathurą. W miejscu narodzin Kriszny stała kiedyś świątynia ku jego czci, którą zburzyli muzułmanie i p ostawili tutaj swój meczet. W XIX wieku obok meczetu zrekonstruowano świątynię hinduską. Całość z zewnątrz prezentuje się bardzo okazale.

Podążając za miejscowymi pielgrzymami, strażnicy kierują nas do przechowalni bagażu, gdzie mamy pozostawić wszystkie swoje rzeczy, potem jesteśmy rozdzieleni według płci i kierują nas do kontroli osobistej, (niezwykłe przeżycie - ci którzy kontrolują na lotnisku mogliby się od nich wiele nauczyć). Kiedy wreszcie nas wpuszczają upewniwszy się, że nie mamy przy sobie żadnych materiałów wybuchowych, okazuje się, że możemy wejść tylko na dziedziniec świątyni.

Pozwolę sobie dodać, że nigdy nie byłem tak przeszukiwany! To był, albo nie heterek, albo kretyn. Z łapał mnie za,.. nooo,.. między nogami i zastanawiał

się co trzyma. Dopiero, kiedy grzecznie powiedziałem „puść, to ty sk...synu”,

to puścił, jakby rozumiał polską mowę... W życiu nie czułem się tak poniżony...

Zarówno meczet jak i przylegająca d o niego świątynia są zamknięte, natomiast całe wzgórze otoczone jest posterunkami wojska, policji i innych straży z długą bronią. Wrażenie przygnębiające, miejsce to natychmiast kojarzy mi się z Jerozolimą, wprawdzie inne religie ale nienawiść taka sama.

Po tych przeżyciach nie szukamy już zejścia nad rzekę i ghatów, wracamy do Agry.

Podsumowując ten krótki wyjazd żałuję tylko, że nie mieliśmy możliwości zatrzymać się na dłużej we Vrindavan, obejrzeć więcej świątyń oraz pooddychać atmosferą tego miasta.

 

 


 

KAJURAHO - pociąg 01.02.2010 poniedziałek

 

Jedziemy do Kajuraho! Ale póki co, to czekamy w pokoju Maćków. Pociąg ma przyjechać dopiero koło 24, więc hotelarz pozwolił poczekać na miejscu. Troszkę sobie pogadaliśmy, troszkę sobie podrzemałem. Tak do 23...

Wreszcie idziemy na stację! Niedaleko, ale trzeba uważać, bo jak co wieczór wyłączono prąd i jest ciemno. Tu i ówdzie na ulicę pada poblask z okien, lub z palących się małych ognisk porozpalanych przed szałasami zamieszkałymi przez biedotę .

Czasami przejeżdża tuk-tuk, który na krótko oświetla ulicę. Dochodzimy do stacji, która jest wypełniona ludźmi. Tutaj życie cały czas się toczy.

Podłoga jest pozajmowana przez rodziny, które two rzą ludzkie kółka. Śpią, jedzą, rozmawiają. Czasami dziecko ma potrzebę, więc matka(?) wysadza je za krawędź peronu. Na tory. Oglądam to wszystko z ciekawością, bo to dla mnie egzotyka...

Na peronie nie ma zbyt wiele miejsca, ale jakoś znajdujemy kawałek i tam zwalamy plecaki. Połaziłem trochę po peronie i udając, że umiem czytać zatrzymałem się przy tablicy informacyjnej, gdzie wisiały jakieś płachty papieru. Od góry do dołu po zapisywane jakimiś nazwiskami.

W pewnym momencie znajduję swoje, a niżej pozostałej czwórki. Przypisani jesteśmy do pociągu, więc z pewnością pojedziemy! Z tą radosną nowiną wracam do pozostałych. Każdy po kolei leci sprawdzić, czy aby na pewno jest, a jeżeli jest, to jak jego nazwisko zostało zdeformowane. Różnice były niewielkie. Biedny tylko ten co to pisał!!! Mamy typowe polskie nazwiska z sz, cz i dziwnie - zgodnie z pisownią angielską poumieszczane sp ółgłoski.

Kiedy tak staliśmy, podeszła do nas para. On Amerykanin (słowackiego – po ojcu, pochodzenia), ona Wietnamka.

Najwięcej to pogadała Pani Ela. Roy (tak ma na i m ię) usiłuje mówić po słowacku, ale zna ty lko kilka słów. Mimo wszystko, jakoś konwersujemy, troszkę i na migi. Roy ma koło 70 lat, jego żona tak między 20, a 30. Oboje bardzo sympatyczni i r ównież jadą do Kajuraho tym samym wagonem B2.

Koło północy Pani Ela przetłumaczyła nam, co gadali przez szczekaczkę. Pociąg spóźni się godzinkę. Należy się cieszyć, że tylko tyle...

Mamy dużo czas u. Oglądam z zaciekawieniem, jak sprzątacze zamiatają peron. Przeganiają porozkładane rodziny, zamiatając góry śmieci, wzniecając przy tym chmury kurzu.

Ciekawy jestem, gdzie to to wyniosą. Zaraz się dowiaduję. Nigdzie. Zwalili na tory.

Wreszcie podjeżdża opóźniony pociąg. Mamy zarez erwowane miejsca w wagonie B2, więc ustawiamy się na początku, tak aby daleko nie chodzić.

Patrzę się na oznaczenia wagonów. Jest A1, A2, B1 i zaraz J1, J2... Pociąg długi jak diabli, czort wi, gdzie jest nasz wagon... Pani Ela pyta się przechodzącego konduktora, który kieruje nas na sam koniec składu...

Biegniemy!!! Pani Ela, jak kozica rwie do przodu, aż się kurzy... Ja za nią, a dalej pozostali. Po przebiegnięciu jakiś dwóch wagonów oglądam się za siebie, sprawdzając, czy wszyscy nadążają. Pozostała trójka jest kilkanaście metrów za mną, a daleko w tyle, cały wagon wstecz Roy z żoną.

Widzę, że raczej nie ma szansy, aby zdążył za nami. Wracam i po krótkiej szarpaninie ze słowackim Amerykaninem, wyrywam mu walizkę. Nie czuję ciężaru, tylko jest troszkę niewygodna do niesienia. Dobrze, że ma kółka, to łatwiej utrzymać...

Powoli doganiam Maćków. Mijam ich, dobiegam do Agnieszki. Jej nie mijam. Biegnie, a właściwie szybko truch ta środkiem przejścia przy pociągu. Ani z prawej, ani z lewej nie dało rady minąć. Zwalniam i truchtam za nią. Patrzę się, jak Pani Ela daleko w przodzie, wsiada do wagonu. Pociąg rusza. Jeszcze dwa wagony do minięcia. Nie damy rady. Roy pozostał daleko w tyle.

Nie mamy innego wyjścia wskakujemy do jadącego już pociągu. Wrzucam walizkę Roya i sam wspinam się po schodkach, za mną pozostali.

Jesteśmy na samym końcu wagonu. Są cztery prycze. Trzy zajęte, a jedna wolna. Robimy tyle zamieszania, że robią się dwie wolne.

Dociera zasapany Roy z Calimą . Przeszli przez dwa wagony. Niestety, dalej iść się nie da, b rak przejścia.

Śmiejemy się, szczęśliwi, że jednak się udało i nie zostaliśmy w Agrze...

Trzy prycze wolne. Pozostał tylko j ed en, nie miał nogi.

Jako ś p ow oli emocje opadają i zaczynamy się zastanawiać co dalej. Ja bez paszportu, wszyscy bez biletów. Niech przyjdzie konduktor, to będzie zabawa...

Od Hi ndusa, który pozostał, dowiadujemy się, że przystanek będzie dopiero koło 4. Mamy trzy godziny czasu.

Ponieważ nie można nic z robić, idę spać. To znaczy siadam na plecaku i drzemię, czekając na stację.

Robi się zimnawo, ale jakoś wytrzymuję. Tylko, co jakiś czas wstaję i się gimnastyku ję dla rozgrzewki. Mam rozgrzewacz, ale wyjmuję go dopiero pół godziny przed stacją. Teraz i rozgrzeje i będzie dobre na sen.

Wyjmuję buteleczkę (100 ml) „Żołądk owej gorzkiej” i (100 ml) „Żubrówki” .

Dwie setki na siedem osób (Hindusa, też poczęstowałem). Dobre i to...

Niestety, nikt więcej się nie wychylił...

Wreszcie przystanek! Pani Ela już czeka i zasypuje nas informacjami.

 

Relacja Pani Eli

 

zostanie (chyba) napisane i niezwłocznie dołączone...

Pani Ela odmówiła współpracy i mimo moich usilnych próśb i gróźb - zaperła się!!!

W związku z powyższym, będę musiał sam opisać relację, a będzie, to bardzo ciekawe, bo postawiła na nogi dwa wagony, że o obsłudze nawet nie wspomnę...

"Policjant zatrzymuje samochód i daje alkomat kierowcy. Ten nie chce dmuchać.

-Dmuchnij pan, bo jak ja dmuchnę, to będzie gorzej...- mówi policjant"

Szczęśliwie przypomniał mi się ten kawał (?). Podziałało...


Włażę na swoje łóżko i wyciągam się. Zauważam samotnego karalucha, ale zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, schował się pod listwą. Mimo komentarzy i narzekań Maćków, zasypiam jak dziecko i śpię aż do ósmej. Pospałbym dłużej, ale ktoś w głębi wagonu zaczął coś po ichniemu opowiadać.

No i dobrze, jest czas aby się obmyć... O dziewiątej jesteśmy w Khajuraho.

 

KHAJURAHO – miasto

Trudno powiedzieć aby było to miasto. Raczej osada. Miejscowość ma ok 8 tys. mieszkańców, więc na realia indyjskie, jest malutkie.

Na stacji żegnamy się z poznanymi w pociągu miejscowymi biznesmenami (poznanymigłównie przez Panią Elę) i załapujemy się na tuk-tuka. Royowie, wcześniej pojechali hotelowym samochodem zostawiając nam adres i zapraszając do odwiedzin.

Tuk-tukiem dojeżdżamy do przystanku autobusowego. Pani Ela pobiegała i pogadała.

Niedaleko jest hotel, który jest na nasze możliwości. Niedaleko, więc idziemy piechotką. Tym razem, to prawda, po kilku minutach spaceru przez wielki plac dochodzimy do hotelu.

Z zewnątrz i w środku bardzo sympatycznie. Niewielki, piętrowy budynek wśród zieleni. Ptaszki śpiewają,słoneczko świeci, jest ciepło i dobrze. Bardzo mi się podoba i okolica i ludzie, którzy nie są tak nachalni, jak we wcześniej odwiedzanych miastach. No i mało turystów...

 

Po krótkim odpoczynku (jednak, podróże indyjskimi pociągami, są troszkę męczące) ruszamy na zwiedzanie.

Najpierw jednak wstępujemy na jedzonko, bo po tej jeździe troszkę ssie w brzuszkach. Jakoś przeszliśmy opłotkami do „centrum” miasta mało zaczepiani przez dzieciarnię. Na tarasie garkuchni, na słoneczku, w trójkę późnośniadaliśmy. Mało turystów, cisza... Odpoczywam od miasta...

Znaleźć kompleks świątynny nie było problemu, bo miasteczko, naprawdę nieduże i wszędzie blisko.

Na bramce, przy wejściu, wartownicy jacyś senni, nieupierdliwi. Przechodzę bez żadnych przeszkód.

Zawsze chciałem obejrzeć te świątynie! Powstały między X a XIII wiekiem, wzniesione p rzez władców tamtejszych ziem. Chodząc i oglądając, jednocześnie sobie przeliczam i dochodzę do wniosku, że wtedy, kiedy tutaj się tak miło bawili, u nas, uważano taką zabawę za ciężki grzech. Tak ciężki, że aż starsza linia Piastów , przez to wymarła.

Tutaj nie było problemów, oglądam rzeźbione ściany świątyń i podziwiam zarówno sprawność fizyczną, jak i pomysłowość dawnych mieszkańców. Pary, trójkąciki, kwadraciki... Przeróżne pozycje... Bardzo mi się podoba... Paniom chyba też, bo oglądają z zainteresowaniem i ciekawością, zatrzymując się przy ciekawszych scenach. Jakie szczęście, że chrześcijaństwo i islam tutaj nie dotarły!!!

Na terenie parku muzealnego znajduje się kilka świątyń i jest co pooglądać. Nie tylko o przyjemności rozmnażania się, ale również o r edukcji populacji ludzkiej. Znajduję sporo scen bitewnych. Również sceny składani a o fiar z ludzi.

Po terenie kompleksu chodzą umu ndurowani panowie i pilnują porządku. Każdy z nich ma gruby kij bambusowy, długości jakieś 1,2, który jest mu bardzo użyteczny. Może się podpierać, kiedy stoi... Na przykład...

Chodziliśmy po wszystkich świątyniach, a następnie poszliśmy do następnego kompleksu świątynnego, który nie był płatny. Po zwiedzeniu poprzedniego, jednak nie robi już wiel kiego wrażenia. Za to przed wejściem opadła nas gromada sprzedających. Bardzo mi się podoba ły zrobione z drutu pary ze szczegółami anatomicznymi, które można było poruszać. BARDZO MI SIĘ PODOBAŁY... Jednak, kiedy sobie pomyślałem o plecaku, to doszedłem do wniosku, że nie ma sensu tego kupować, bo by się zrobiły dwuwymiarowe w tym ścisku.

Wracając spotykamy tu k-tukarza, który nas rano wiózł. Za 50 rupii (3 PLN) dowiózł nas do następnych świątyń, położonych na obrzeżach miasteczka. Pani Ela kupiła dzwoneczek i wracaliśmy do hotelu przy wesołych odgłosach...

W hotelu usiłowałem przekonać panie, że będąc w tym kraju powinniśmy się zachowywać, tak jak tutejsi. Czyli brać przykła d z rzeźb.

Kiedy już doszedłem do siebie, po odpowiedzi Pani Eli (co robiła Agnieszka, tego nie zdążyłem zauważyć), było już ciemnawo...

Pani Ela zaordynowała pójście na festiwal, który odbywał się u podnóży Zachodnich Świątyń.

Poszliśmy we dwoje. Na miejscu spotkaliśmy Raya i Calime. Mieli miejsca obok nas. Siedzieliśmy i podziwialiśmy tańce przez jakieś trzy godziny, aż nas zimno wreszcie wygoniło...

 


 

 

JEDZIEMY DO VARANASI

 

Skoro świt wstajemy. Właściwie, to jeszcze przed świtem, bo ciemno. Jest 4.30. Woda w prysznicu taka sama, jak wieczorem, więc rezygnuję z kąpieli. Zaczynam się integrować z tubylcami...

Prawdę mówiąc, to nic nie szkodzi, bo kiedy obejrzałem autobus, którym mamy jechać, to troszkę zwątpiłem. Mój stan był bardzo podobny do tego pojazdu...

Mamy jechać 12 i pół godziny. Od 6 do 18.30.

Wraz z nami jedzie para starszych od nas Amerykanów. Pani Ela od razu zaczęła z nimi rozmawiać. Podowiadywała się różnych ciekawych rzeczy. Mieszkają w Malezji, bo tam najniższe podatki i najtaniej. Ściągnęli do siebie całą rodzinę i bardzo sobie to miejsce chwalą. Krótko jednak rozmawiała, bo punktualnie o 6 autobus ruszył.

Siadanie z przodu, niedaleko kierowcy i silnika, to jednak nie był zbyt szczęśliwy pomysł... Niestety, wszystkie dalsze miejsca już pozajmowali miejscowi. Widać wiedzą czym grozi jazda z przodu!

Przez pierwszą godzinę usiłowałem się jakoś dostosować, ale warkot był taki, że nic nie działało. Szczęśliwie szybko napchało się dużo ludzi, więc stanowili małą tarczę antydźwiękową. Jakoś drogę wytrzymałem, bo prawdę mówiąc innego wyjścia nie miałem. Każdy ratował się jak mógł. Amerykanka z Malezji wsadziła sobie do każdego ucha po chusteczce higienicznej.

Bardzo ciekawie, to wygląda. Tak jakby miała dłgaśne białe kolczyki, które zwisały jej do pół szyi.

Kierowca jedzie całkiem szybko. Tutaj chyba obowiązuje zasada, że kto większy i silniejszy, to ma rację. Czasami zatrzymujemy się na przystankach i wtedy mam troszkę odpoczynku od warkotu.

Można wtedy rozprostować nogi, pochodzić. Oczywiście niedaleko autobusu, bo nigdy nie wiadomo kiedy kierowca ruszy. Na jednym przystanku ruszył bardzo szybko i dopiero nasz wrzask zmusił go do zabrania Malezyjki-Amerykanki z powrotem na pokład.

Ogólnie jest całkiem nieźle, jeżeli wyłączy się słuch. Można pooglądać widoki za oknem, popodziwiać pola... Cały czas jedziemy przez pola uprawne. Ciągną się po horyzont, tylko czasami, nad brzegami rzek mogę podziwiać zarośla. Od czasu do czasu, trafiają się wzgórza i małe górki, które stanowią małe urozmaicenie tej monotonnej podróży.

Za to na drodze, co i rusz (tak około co 2-3 godziny) zmiany...

Zaprzęgi wielbłądów ciągnących wózki zastępowane są przez zaprzęgi składające się z krów, czy innej rogacizny. Czasami mam okazję podziwiać słonia niosącego na grzbiecie jakieś pakunki.

Jakieś 100-150 kilometrów przed Varanasi zaprzęgi zwierzęce zastępowane są przez traktory i tuk-tuki. Widać, że zaczyna być bardziej cywilizowanie...

Czasami widać samotną krowę na ulicy, ale to wyjątki. Większość zwierzaków pozamykana w zagrodach. Na odmianę za to, świnie biegają swobodnie. Tyle, że jakieś takie szczeciniaste, bardziej do dzików podobne. Kargul i Pawlak nie musieliby malować...

Zbliża się godzina 18 i cieszymy się wszyscy z końca podróży. Już niedaleko... Na drogowskazie jest napisane, że do Varanasi 50 km.

Jedziemy z pół godziny i widzę drogowskaz, który informuje mnie ,ze mamy jeszcze 80 km. I tak do 21.30, kiedy wreszcie nas wyładowano, gdzieś na skraju miasta...

To jest właśnie ambiwalentne uczucie. Cieszymy się, że już koniec ja zdy, ale za diabła nie wiemy gdzie jesteśmy i jak się dostać do h otelu.

Szczęśliwie na miejscu jest kilka tuk-tuków. Kierow cy bardzo chętnie nas zawożą do starej części Varanasi, a nawet prowadzą do hotelu.

Brak miejsc. Za sobą słyszę komentarze Maćkó w, że istnieją telefony i wszystko można było załatwić w Khajuraho. Nic nie odpowiadam. Mam cierpliwość. Oni naprawdę sobie myślą, że nam wielką łaskę robią swoim towarzystwem, a my mamy obowiązek dbać o ich wygodę. Za free... Z estymą wspominam Jacka z Peru, który był sympatyczny i pomocny, nie narzekający, traktujący wszystko ze spokojem i ciekawością... Ah! Żeby można było ich tak zostawić i jechać nawet i w trójkę...

W następnym hotelu znajdujemy wolne dwa pokoje. Maćki zajmują większy – zmęczeni, my się upychamy w mniejszym.

Oni spać, a my na kolację. Do knajpki przyhotelowej nad Gangesem.

Świat jest naprawdę mały! Znowu spotykamy Raya i Calinę. Przylecieli do Varanasi samolotem. Siedzimy i gadamy do pólnocy. To znaczy, głównie Pani Ela, ja z Rayem rozmawiam w języku różnym. Słowacko-polsko-angielsko-migowym.

 

 


 

VARANASI 3.02    środa

 

Nareszcie się wymyłem ku zadowoleniu obu pań. Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak Widok na Gangesmnie do tego gonią, przecież tutaj wszystko śmierdzi, a mój zapach ginie w powszechnym smrodzie... No ale czego się nie robi dla spokoju...

Śniadanie jemy w hotelu z widokiem na Ganges. Piękny widok! I to smakujemy, bo jedzenie dobre, ale takie, jakieś hinduskie...

Po śniadaniu idziemy (we dwoje) na brzeg rzeki i bierzemy łódkę na godzinę (po 50 rupii od osoby). Płyniemy w górę rzeki oglądając panoramę zabudowanego brzegu.

Jest pięknie! Cisza, spokój, tylko czasami słychać wrzaski ptaszków no i plusk wody popychanej wiosłami zadowolonego z pracy Hindusa.

Płyniemy pod prąd, mijając śmieci i różne paskudztwa. Zastanawialiśmy się niedawno, co się tutaj robi z padłymi zwierzętami. Zagadka została rozwiązana, kiedy zobaczyłem napuchnięte zwłoki kozy, czy innego czworonoga, które niesione prądem zaczopowały się wśród dokujących łódek.

Godzina mija szybko. Wracamy.

Podczas obiadu dogaduje my wyj azd do Bhopal. Decyzja – jedziemy wszyscy. To nie jest moja decyzja! Ale się dos tosow uję. Co zresztą mam zrobić?

Aby uczcić decyzję o dalszej, wspólnej podróży płyniemy w piątkę, tym razem w dół rzeki. Na łódce jakoś tak rozmowa zeszła na Raya. Maciek nie może zrozumieć, że Słowacy, to nie Czesi i nie ma takiego narodu, jak Czechosłowacy. Kiedy usiłowałem wytłumaczyć zawiłości historii Słowacji, zakrzyczał mnie. Kolejny raz zadaję sobie pytanie – po cholerę się do niego odzywam?

Po drodze do hotelu kupujemy bilety do Bhopal. Za jeden bilet 1200 rupii.

Robimy drobne zakupy, koszulki dla mnie, szal dla Izy. Ja do golibrody za 20 rupii (1,30PLN), a Pani Ela korzystając z okazji kupuje sandały za 180 rupii – bez targowania!

Krótka drzemka w hotelu i w MIASTO!

Idziemy na brzeg rzeki, tam codziennie odbywają się występy – modły, ku czci Boga Rzeki – Gangi. Sporo turystów, ale i miejscowych nie brakuje...

Pątnicy i wydrwigrosze. Jeden, pomalowany na brunatno, z opuchniętą stopą (spotkałem go na drugi dzień – opuchlizna, widać było w świetle słonec znym, że jest doklejona) powtarzał mantrę : uno mei wajem. Ode mnie 10 rupii, od Agnieszki – tyle samo. Pob łogosławił.

Przy okazji sobie go obejrzałem. Chudy, na skraju wycieńczenia, niestary – tak, na oko 30-35 lat, oczy czerwone – pewnie po opium, albo haszu. Pieniądze wyrzucone w błoto...

Przyszedł jeszcze jeden. Namalował nam kropki na czołach i też chciał datek. Pani Ela dała złotówkę. Obejrzał ten dziwny pieniążek i odłożył na bok.

Filmowałem występy – modły, stojąc przy murku, kiedy podeszły krowy. Coś tam wysypali i chciały się najeść. Wśród nich jeden byk. Musiałem się z nimi siłować, bo nie bardzo im odpowiadało, że tam stoję. Mimo wszystko, przetrwałem. Byczek się troszkę bo mnie przytulał, tak że musiałem go traktować łokciem – myślałem, że wykastrowany. Kiedy wróciłem do Pani Eli, ta stwierdziła, że byczysko „ma wszystko, co potrzeba”. Fakt. Miał. Gdybym wcześniej, to zobaczył, zapewne nie byłbym taki pewny siebie.

Indie! Przypomina mi się, jak nalewałem piwo, a mucha siedziała na szyjce butelki. Nalałem do szklanki, butelkę postawiłem, a ona dalej siedziała. Dopiero Pani Ela ją zgoniła, sama odlecieć nie chciała... Jakieś te stworzonka tutejsze, takie leniwe, łagodne...

Wracając, już po występach, nagle zgasło światło! Ciemnica na ghatach! Idziemy w stronę hotelu. Wylazły jakieś typy i, korzystając z ciemności, oferują hasz i opium. Trawki nie mieli, więc zrezygnowałem, te pierwsze dwa dopalacze za mocne dla mnie...

Po krótkim błądzeniu ciasnymi uliczkami (około 1,5 metra szerokości) docieramy do spalni. Przyjechała grupa Koreańczyków, więc mamy jeden pokój. Ten duży. Śpimy u Maćków. Lepiej to, niż ulica...

 

wschod

Varanasi 4.02 czwartek

Jeszcze przed świtem, Agnieszka po szła oglądać wschód słońca nad Gangesem . Zapraszała do towarzyszenia, ale chętnych nie było. Twardzielica!!!

Kiedy się drugi raz obudziłem, już wróciła. Zdała relację z cudnego widoku, jaki obejrzała i aby nas zazdrość zeżarła już całkiem, pokazała fotki. Bardzo mi się ogladaczpodobała jedna, na której widać jakieś zawziętego „oglądacza”, który płynąc łodzią, skraca sobie czas oglądając telewizję...

Ponieważ Pani Ela ma małą niedyspozycję zdrowotną (łakomstwo wychodzi – w czoraj zeżarła ciasteczka ulepione, nie smażone), więc na śniadanie poszedłem z „Rannym Ptaszkiem”.

Posiedzieliśmy tros zkę widoknad rzeką, w restauracji, oczekując na leniwego kelnera, aż wreszcie poszliśmy szukać miejsca, gdzie nas szybciej obsłużą.

Przebiliśmy się przez starą cz ęść miasta, aż wyszliśmy na główną ulicę.

W rezultacie trafiliśmy do przyulicznego barku, w którym oferowano placuszki z sosem. Sos był w miseczce, z której tym placuszkiem go się wyjadało. Bardzo szybko nauczyłem się to robić. I nawet mazulekło mi się rozchlapało. Za tę zabawę zapłaciłem 5 rupii. Jeszcze ichnia herbatka, za tą samą cenę i jestem szczęśliwy (w miarę), najedzony. Na nasze, to jakieś 60 groszy.

Mamy siły, więc wracamy. Po półtorej godzinie błądzenia zaułkami, wreszcie wych odzimy na brzeg rzeki. Trochę nam się zeszło, ale miało to i swoje dobre strony. Mogliśmy pooglądać uliczki, gdzie turystów nie było widać. Agnieszka przy okazji kupiła biały ser (podobno bardzo smaczny – szczęśliwie nie dałem się skusić), po którym, na drugi dzień nie czuła się zbyt pewnidziecie.

Właściwie, to tylko ja nie chorowałem. Tyle, że mam swój sposób na hinduskie jedzenie. W garkuchniach, na stoliku stoją miseczki z czuszką. Za każdym razem, przed posiłkiem zjadałem ze dwie, tak że bakteria, która trafiła do żołądka, została spalona (przynajmniej sulicaobie tak to tłumaczę – w każdym bądź razie – skutkuje).

Kiedy znaleźliśmy się nad rzeką , to już właściwie byliśmy w domu! Jeszcze tylko troszeczkę błądzenia, bo musieliśmy ominąć ghat, na którym odbywała się ceremonia pogrzebowa i już przed 11 jesteśmy w hotelu.

Pani Eli nie ma. Poszła coś zjeść, a później na spacer. Czkając na nią uprałem sobie spodnie, gacie i skarpetki (zaczynały się już kończyć). Kiedy się zacząłem zastanawiać, czy nie byłoby również dobrze wyprać komplecik, którego używałem do spania – przyszła moja druga, lepsza połowa.kapliczka

We dwoje raźniej się chodzi, więc poszliśmy powłóczyć się troszkę po mieście. Pani Ela chciała zwiedzić świątynię, o której pisali w przewodniku. Weszła na teren przyświątynny. Po obszukaniu. Ja, kiedy zobaczyłem, co mnie może czekać, zrezygnowałem. Zaraz zresztą wyszła, wściekła i brzydko mówiąca. Okazało się, że wstęp do świątyni mają tylko wyznawcy.

Idziemy tunelem przecho dząc ym pod domami i prowadzącym do ghatu. Ciemnawo, swiecioświetlenia tam nie ma, bo i po co, jeżeli się tylko przechodzi, a mieszkańcom niepotrzebne. Tunel jest w miarę czysty tylk o czuć, jak wszędzie, intensywną woń moczu. Taka publiczna toaleta... Mijamy jednego żebraka. Stary siwawy z długimi włosami, ubrany w jakieś łachy. Nie zadaję sobie trudu aby muktos się przyjrzeć. Pełno tu takich.

Po prawej stronie siedzi kobiecina. Również stara. Ale inna. Wysuszona do granic możliwości. Ubrana w niebieskawą suknię w jakieś kwiaty, a na plecy ma zarzucony czerwonawy pled, czy szal. Wszystko brudnawe, ale w tym mieście trzeba by codziennie prać, aby mieć czyste rzeczy...

Siedzi w kucki, a kiedy podcho dzimy, wyciąga rękę. Po datek. Spowolnione ruchy, jakby ją to kosztowało wiele wysiłku. Ręka żylasta, wysuszona. Skóra i kokrowyści. Twarz ciemna, właściwie, to czaszka obciągnięta pergaminową cieniutką skórą. Proszące oczy. Nie dziwi się, kiedy przechodzimy obojętnie obok. Ręka sama opada na kolana. Opiera się o mur tunelu, przymyka oczy. Czeka jutra...

Te oczy i rezygnacja w nich...

I zaraz pytania – czmasazystay dobrze zrobiłem?, czy, jednak powinienem dać perę rupii?

Przedłużyłoby, to jej wegetację o jakiś dzień, czy dwa... Czy nic nie dając skazałem ją na śmierć?

Jednocześnie życie dla niej miało jakąś wartość, skoro tak zabiegała o przeżycie jeszcze jedulicanego dnia.

Kipling w swojej książce ustami Kima powiedział „ Kto żebrze po cichu – umiera również po cichu”. Znał Indie.

Kiedy wyszliśmy na brzeg, idąc w stronę hotelu, dorwał mnie masażysta. Oferował masaż barków za 10 rupii. Skończyło się na całościówce za 100. Ale było warto.

Jest pięknie.kierownik Słoneczko świeci, dzieciaki puszczają latawce, krowy nie są upierdliwe. Jeżeli chodzi o ludz i, to przestałem zwracać uwagę na nagabujących. Nie patrzę się na nich, omijam wzrokiem, tak jakby nie istnieli. To skutkuje. Nawet bardzo upierdliwy sprzedawca, usuwa się z drogi, abym go nie rozdeptał.

W hotelu mamy z powrotem swój pokój, bo żółta rasa wyjechała. Kierownik – rudowłosy Hindus – szczerzy zęby, dostał od Pani Eli wczoraj czekoladę i mówi, że jej smak przypomniał mu dzieciństwo. Mała rzecz, a cieszy...

Agnieszka została w pokoju u Maćków, więc mamy pokój dla siebie!

Jednak, co sami, to sami...

 

Varanasi 05.02 piątek

smieciRano późno wstaliśmy. Użyliśmy luksusu! We dwoje na dwóch łóżkach!!! Trzeba korzystać, bo nie wiadomo, kiedy i czy, się drugi raz coś takiego trafi. Pakujemy się, płacimy za hotel. Za trzy noce po 600 rupii od sztuki, a Agnieszka 500. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, przecież, to ja cierpiałem...

Opuszczamyptaszek pokój, zostawiamy plecaki przed recepcją, a sami na ostatni spacerek po Varanasi... Połaziliśmy troszkę po uliczkach i wylądowaliśmy nad Gangesem. Mamy dużo czasu, więc bierzemy łódkę na dwie godziny. Płyniemy... Jeszcze raz oglądamy panoramę miasta (podobno najstarszego na Świecie) płynąc w górę rzeki. Po powierzchni garkuchniawody pływają różne śmieci. Wypatrzyłem nawet prezerwatywę – widać zabawa była przednia!!! Nasz wioślarz, widać było, bardzo cierpiał wiosłując. Coraz wolniej ciągał wiosłami, tak, że prawie staliśmy w miejscu. Skróciliśmy jego cierpienia. Zamiast dwie, pływaliśmy (jeżeli można to nazwać pływaniem) jedną. Nie był zadowolony!

W knajpce przyhotelowej (tej z widokiem) zjedliśmy makaron. W menu, była dumna nazwa „sphagetti”, ale ja bym tego tak nie nazwał. Zresztą zostaliśmy ukarani, bo paskudne... Jak mi się fryzjerchce zupy ogórkowej, albo pierogów!!! Jak do brze będzie wrócić i zjeść coś polskiego...

Idę do fryzjera, chwila nieuwagi i wwalił mi na twarz kupę kremu i robi masaż. A przecież tłumaczyłem, że tego nie chcę! Jeszcze bym ścierpiał, ale zaczynamy się spieszyć na stację i w związku z tym mamy ograniczoną ilość czasu. Wyrwałem z fotela, jakby mnie kto kolnął. Musiałem mieprzeprawać dosyć ciekawą minę, bo biedaczysko, aż odskoczył pod ścianę. I te jego przerażone oczy...

O 14 jesteśmy w hotelu, zabieramy bagaż i na stację. Przy okazji Pani Ela dowiedziała się, że rude włoski na głowach noszą modnisie, nic związanego z religią, a jeżeli to z tą z Kajuraho...

Na stacji szybko znajdujemy swój pociąg i miejsca w nim. Jeszcze roznoszony przez sprzedawców „ciaj”, papieros i jedziemy!!! Jutro o 7.30 mamy być w Bhopal.


 


 

 

Bhopal 06.02 sobota

Przed świtem (ok.6.00) wstajemy. Ścielimy prycze i składamy je. Już siedząc oglądamy krajobraz. Różni się od poprzednich widoków, tym , że częściej pokazują się palmy. Kiedy przejeżdżamy koło jakiejś wsi, albo miasteczka widać wzdłuż torów kucających ludzi „użyźniających glebę”. Każdy z metalowym kubeczkiem, w którym zapewne jest woda...

Wreszcie dojeżdżamy. Bhopal.

Bożena z Agnieszką zostają przy stacji pilnując plecaków, a my, to znaczy Pani Ela, Maciek i ja, idziemy szukać hostelu.

Przy samej stacji jest pełno hotelików, ale ceny zabójcze. Obejrzeliśmy jeden – chciał 350 rupii za osobo/noc. Pokój w takim stanie, że ten w Agrze, to był luksus!

Oblecieliśmy całą uliczkę, ale niczego normalnego (według nas), nie znaleźliśmy.

Wracam na stację, bo latanie w trójkę nie ma sensu. Pani Ela z Maćkiem jadą do centrum miasta szukać dalej...

Mamy troszkę czasu, więc wychodzę przed dworzec i zapalam papierosa. Wchłaniam Indie. Długo nie powchłaniałem, bo w kontemplacji przeszkodził mi jakiś stary, zarośnięty, brodaty i siwowłosy dziad w białoszarym chałacie.

Półgłosem coś tam mówił, z czego zrozumiałem tylko „Bin-Laden”. Taka niechęć i nienawiść była w jego oczach, że bez trudu zrozumiałem, co mi obiecuje. Ponieważ mówił po swojemu, ja mu odpowiedziałem po polsku. Dobrze, że nie zrozumiał, bo byłby konflikt międzynarodowy...

Po niecałej godzinie zjawia się Pani Ela, która przyjechała tuk-tukiem, z wiadomością, że mamy wszystko załatwione. Hotel Banjara. Cena przystępna 1000 rupii za trzy osoby. Czysto (na miarę Indii) i trzy łóżka, a nie wyra. Każde będzie spało w swoim. Jest nawet mały balkonik...

Po 11, jesteśmy już zakwaterowani, a ponieważ na miejscu jest jadłodajnia, to od razu jemy śniadanio-obiad.

Po obiedzie – zwiedzanie!

Wielki Meczet – jednak mniejszy niż w Sousse (Tunezja), ładny z zewnątrz, w środku niezbyt ciekawy...

Perłowy Meczet – marmurowe, białe kopuły pięknie błyszczące w słońcu...

Jedziemy do muzeum im Indiri Ghandi. Jest co pooglądać, ale ciągłe krzyki zachwytu Maćków psują mi całą radość. Jestem ich towarzystwem tak zmęczony, że zgubiłem okulary. Wszyscy szukali! Po jakiś 5 minutach znalazłem je na nosie (zupełnie, jak Pan Hilary).

Bhopal leży nad zalewem, który został zrobiony ponad 1000 lat temu (tysiąc) przez króla Bhodźa . Jest to spory obszar wodny coś porównywalnego z naszym Zalewem Zegrzyńskim. Przy brzegu wypożyczalnie sprzętu pływającego, kawiarenki, bulwar, z którego korzysta sporo ludzi spacerujących w cieniu drzew...

Zupełnie inaczej niż do tej pory. Zieleniej, cieplej, ludzie nie tak nachalni... Turystów mało. Miejscowi, to w większości muzułmanie, hinduistów niewielu, poznaję ich po namalowanych kropkach na czołach. Brak krów i zabiedzonych psów. Posadzone bugenwalie, które ubarwiają ulice są teraz (po porze deszczowej) w pełni rozkwitu. No i cieplej niż na północy. Jakieś 25-30 stopni. W cieniu.

Po zalewie pływają łódki. Można wynająć łódkę z przewoźnikiem lub bez. Cała czwórka płynie z wioślarzem pooglądać miasto z wody. Ja zostaję. Jestem zmęczony towarzystwem i potrzebuję spokoju...

Poszwendałem się troszkę po brzegu oglądając kawiarenki przy bulwarze. W jednej przysiadłem i czekając na powrót reszty popijałem zimną coca-colę...

Kiedy wrócili zwalniam z Panią Elą „naszego” tuk-tuka i decydujemy się zostać jeszcze nad wodą.

Teraz płyniemy we dwoje. Wynajętą łódeczką z napędem, jak rower wodny. Jest pięknie! Cisza, spokój. Świergot ptaków, błękit nieba, zielonawo-niebieskawa woda. Lekki wiaterek chłodzący nas na wodzie. Jest bosko... Jak mało potrzeba do szczęścia człowiekowi...

Później idziemy do kawiarenki na wzgórzu i pijemy mrożoną kawę. Kwintesencja szczęścia... Delektujemy się, sącząc wolno, prze z słomkę, aby na dłużej starczyło. Słodkawo-gorzkawo-kawowy napój mrozi przyjemnie przełyk... I ten widok z tarasu...

Wszystko co dobre (ale i złe – tyle że dłużej trzeba czekać) się kończy. Skończyła się kawa w pucharkach, trzeba zapłacić (a było tak przyjemnie) i jedziemy na stację.

To znaczy – chcemy jechać. Tyle, że nie ma wolnych pojazdów. Każdy, kto tutaj przyjeżdża, to zatrzymuje tuk-tuka, który kornie czeka na wynajmującego. Po dłuższym poszukiwaniu, znajdujemy wreszcie chętnego, który robi sobie przerwę w czekaniu. I jedziemy.

Kierowca, typowy ortodoks muzułmański (przynajmniej ja sobie tak ich wyobrażam, a i niedużo odstawał wyglądem od bojowni ków talibskich, których oglądałem na szklanym ekranie). Brodaty, w długim chałacie, czy jak to-to się zwie. Dowiózł nas w każdym bądź razie na stację, chociaż po drodze, tak ze cztery, pięć razy myślał em, że chce się dostać do ich niego raju, zabijając siebie i niewiernych – Panią Elę i mnie. Jechaliśmy tak, jak jeszcze nigdy nam się nie trafiło. Facet miał refleks i wyczucie. Trąbił cały czas, brał ostre zakręty, zajeżdżał drogę, wciskał się w szczeliny między innymi pojazdami, które zupełnie niepotrzebnie akurat znalazły się na jego drodze i pokrzykiwał na innych kierowców.

Za kurs chciał 80 rupii. Pani Ela, z wdzięczności, że cała i zdrowa dojechała na miejsce dała mu 100 i zrobiła zdj ęcie. Wszyscy zadowoleni.

Na stacji szukamy chętnego, który za stosunkowo niewielkie pieniądze zawiezie nas do Bimbhetki. Chcą po dwa trz y tysiące. Przy okazji podziwiam dwie kózki wyg rzewające się na masce samochodu... Wreszcie znajdujemy jednego chętnego, który decyduje się na 1100 rupii.

Do Bimbhetki trzeba jechać z Bhopal jakieś półtorej godziny. Tak więc cena w miarę dobra.

Kierowca ma starego Ambasadora (taka marka samochodu), w który mamy się zmieścić całą piątką. Facet średnio nam ufał, bo dowiózł nas do hotelu i tam pogadał z recepcjonistą. Uspokojony, że jednak tam mieszkamy, obiecał zjawić się jutro z samego rana...

My przy okazji dowiedzieliśmy się, że mieszkamy bardzo blisko stacji, a ta długa droga, którą jechaliśmy rano, to było coś takiego, jak u nas taryfiarze czasami robią. Z Dworca Centralnego na Wolę prze z Grochów...

Jeszcze tylko kupujemy bilety do Jhansi na pojutrze (230+50 obsługa) i mamy wolne! Po dniu pełnym wrażeń, na wygodnych łóżkach zasypia się wspaniale!

 

 

 

Bhopal - Bihmbetka 07.02 niedziela

 

Noc upojna – upłynęła na ciągłym budzeniu się, bo na niedalekiej stacji pociągi wyły. Mają tutaj jakąś dziwną manię używania sygnałów dźwiękowych. Jak się jeszcze doda odgłosy dobiegające z ulicy... Zrobiłem wreszcie, tak jak ta Amerykanka z Malezjii w autokarze z Kajuraho. Włożyłem po pół chusteczki do każdego ucha i jakoś dotrwałem do rana.

O siódmej zamówiliśmy śniadanie. Kanapki. Po czterdziestu minutach czekania – zrezygnowaliśmy. Kierowca już czekał. Wołamy Macków i do samochodu. Jeszcze w ostatniej chwili wciśnięto nam zapakowane w torebki kanapki – suchy prowiant. Koło 9.30 byliśmy przy skałkach...

Bardzo chciałem tutaj przyjechać. Zawsze interesowała mnie Starożytność, a to nawet nie Starożytność, tylko pre... A nawet pre, pre, pre...

Malunki naskalne. Najwcześniejsze sprzed 15 tys ięcy lat. Można połazić, pooglądać...

Przed wejściem na teren zwiedzania, poprosiłem P anią Elę, aby dała mi możliwość w ciszy popodziwiać.

-My też się mamy nie odzywać? - Maciek chyba szuka zaczepki.

-Mało mnie interesuje, co będziecie robić. Poczekam, aż przestanę Was słyszeć i dopiero pójdę.- nie dałem się sprowokować. A szkoda.

 

Puściłem wszystkich przodem i sam kontemplowałem. Czasami przes zkadzały mi małpy skaczące po drzewach, bądź wsp inające się po skałkach. Dodawało to jednak swois tego kolorytu i pomagało wyobraźni.

Przez jakiś czas chodziłem z Panią Elą, która okazała się bardzo pomocna w odnajdywaniu malunków naskalnych, jak i wypróbowywaniu małych jaskinek używanych przez naszych przodków za punkty obserwacyjne. Niestety, gabarytowo Pani Ela nie pasuje do wgłębień w skałach. Jednak do paru się jakoś wcisnęła, na moją prośbę.

Było warto! Nie dość, że skały cudnie położone, to wspaniały widok na płaskowyż rozciągający się u stóp skałek...

Łazimy i zwiedzamy zarówno skałki, jak i okolicę do południa. Na parking zaczęły się zjeżdżać samochody osobowe i autokary. Wszystko z miejscowymi. Zero zagranicznych turystów. Stanowimy swoistą, dodatkową atrakcję.

Wracamy do Bhopal.

Wieczorkiem, po pełnym wrażeń dniu idę z Panią Elą na spacerek po ulicach miasta. Jest inne niż miasta północy. Może i dlatego, że tutaj większość, to muzułmanie. Jednak nie napotykamy niechęci. Raczej zaciekawienie i życzliwość. W jednej z uliczek jesteśmy świadkami pyskówki między starszą kobietą, a hidżra. Jednak nie ma z awziętości, raczej drobne złośliwostki. Wszystko koń czy się śmiechem. Co to znaczy, jednak, różnorodność kultur i wyznań w jednym kraju. Ludzie są bardziej tolerancyjni. Chociaż, również dochodzi do zamieszek wyznaniowych, bo jak wszędzie, znajdą się tacy co uznają tylko swoją rację za słuszną, a tych co myślą i czują inaczej, za wrogów i zawsze znajdą się tacy, którzy dadzą się podpuścić...

Kiedy wracaliśmy, to troszkę pobłądziliśmy. Ciemnymi ulicami błądziliśmy z pól godziny zanim trafiliśmy na „naszą” uliczkę. Po drodze dopadło nas z sześcioro dzieci, a właściwie małych dzikusów. Kiedy zobaczyły, że biali idą, to najpierw zaczęły powtarzać „many, many, many”, jak nic nie dostały, zrobiły się agresywne. Pani Ela została kopnięta w nogę. Uciekły wypłoszone przez jakiegoś miejscowego, który na nie nakrzyczał.

 

 


 

Jhansi   08.02 poniedziałek

Pociąg odjeżdża o 6.50 i odjechał zgodnie z planem.

Po drodze podziwiam widoki za oknem. Jedziemy z południa na północ, więc coraz mniej widać słoni i wielbłądów.


(relacja Pani Eli)

 

Do Jhansi przyjechaliśmy tylko po to aby obejrzeć miasteczko Orcha. Znajdujemy szybko hotel i tuk tukiem jedziemy obejrzeć Orchę, która znajduje się 18 km od Jhansi. Przewodnik Bezdroży, którym się posługiwaliśmy w czasie wyjazdu do Indii opisuje Orchę jako dawną stolicę państwa Bundelów z monumentalnymi zabytkami godną obejrzenia, chociaż mało popularną wśród turystów. Po obejrzeniu całego miasteczka wszyscy w pełni podzielaliśmy tę opinię.

Zespól pałacowy położony jest na wyspie, na którą przechodzi się po granitowym moście. Najbardziej okazały jest pałac królewski z dwoma wielkimi dziedzińcami. Całość chyba nigdy nie była konserwowana, wszędzie widać zacieki z wody i obtłuczenia, ale mimo wszystko ogrom budowli i artyzm dawnych architektów robi wielkie wrażenie. Znajdują się też tutaj niespotykane przez nas wcześniej na trasie indyjskiej kolorowe malowidła naścienne, przedstawiające sceny z życia dworskiego.

Najpiękniejszym dla nas zabytkiem na wyspie jest pałac Dżahangira, (jednakże sądząc po okrzykach zachwytu wydawanych przez innych zwiedzających nie tylko dla nas). Miejsce to jest bardzo wdzięcznym tematem dla fotografów i filmowców, (czyli wszystkich oprócz mnie), co dało mi czas na samotną kontemplację i wchłonięcie piękna na które patrzyłam. Uwagę natychmiast przykuwają dwa duże kamienne słonie bogato przyozdobione i doskonale zachowane, stanowiące swoiste obramowanie północnego wejścia do pałacu. Fasada pałacu Dżahangira od strony północnej to ogromna ilość widocznych kopuł i kopułek wyrastających z masywnej kilkupiętrowej konstrukcji poprzecinanej balkonami i gzymsami ozdobnymi. Od środka natomiast jest to plątanina dziedzińców, krużganków, nadbudówek i klatek schodowych o przeróżnych kształtach, a wszystko to upiększone różnorodnymi ornamentami, których resztki wciąż są dobrze widoczne. Szczególnie wspaniale prezentują się różne rodzaje ornamentów, które zastosowano tutaj w oknach i na krużgankach jako ekrany słoneczne i wpuszczające powietrze. Z oddali wyglądają jak kamienna koronka, w zbliżeniu natomiast widać jak bogatą wyobraźnię mieli ich twórcy, którzy wyczarowali te kształty. Niczego podobnego do tej pory nie widziałam i staram się wchłonąć możliwie jak najwięcej.

Z pałaców na wyspie udajemy się do miasteczka, chcemy jeszcze odwiedzić świątynie i grobowce królewskie. Ze świątyń otwarta jest tylko r óżowa świątynia, którą zwiedzamy w środku, a potem udajemy się do zespołu wspaniałych grobowców królewskich, który z daleka wydaje się być zespołem świątyń. Po obejrzeniu grobowców w Jaipurze grobowce w Orcha nie robią tak wielkiego wrażenia, chociaż i tutaj ich budowniczowie zadbali o to aby miejsce pochówku władców było bardzo atrakcyjne dla odwiedzających. Dominują różne odcienie różu, beżu i brązu, wszystkie ciepłe i nadające bardzo pogodny nastrój całości. Po obejrzeniu zabytków planowaliśmy tutaj posiłek ale kiedy powiedziano nam w przydrożnym barze ce nę coca coli natychmiast zrezygnowaliśmy

Na obiad a raczej wczesną kola cję pojechaliśmy do Jhansi. Zasięga m informacji o naszej jutrzejszej drodze do Gwalior. Przy powrocie z dworca spotkał mnie prawdziwy koszmar - zapomniałam dokładnej nazwy naszego hotelu. Znalezienie myślącego kierowcy tuk tuka trochę trwało, zawiózł nas do informacji turystycznej, gdzie kobieta pokazała mi wykaz hoteli w pobliżu, co okazało się bardzo pomocne. Jeżeli się nocuje każdą noc w innym miejscu, niestety bardzo łatwo się pomylić a nie wszystkie hotele w których mieszkaliśmy miały wizytówki.

Droga do Gwalior 09.02 (wtorek)

Wczesnym ranem pakujemy się i jedziemy na dworzec autobusowy w Jhansi. Tym razem (nie tak jak w drodze do Varanasi) jedziemy autobusem lokalnym i na krótkim odcinku. Kiedy widzimy autobus, wszystko wygląda bardzo optymistycznie. Do stanu technicznego miejscowych autobusów zdążyliśmy się już przyzwyczaić, nieistotny jest jego wygląd i stopień skorodowania oraz brudu, ważne jest aby nas dowiózł do miejsca docelowego.

W środku prawie pusto, chowamy plecaki do bagażnika, który udaje nam się zamknąć własną kłódką i zadowoleni zajmujemy miejsca siedzące. Autobus stopniowo się zapełnia, jednak kiedy już jest pełny i ma odjeżdżać, wtedy wsiada największa ilość osób. Razem z Piotrem usiedliśmy tuż przy drzwiach co miało pewne zalety, bo mieliśmy wietrzenie i dopływ świeżego powietrza, ale miało też mniej przyjemne strony, gdyż nasze kolana wykorzystywano jako dodatkowe miejsca.

Na moich kolanach usadowiono małe dzieci, które ani przez chwilę nie były wystraszone. Na kolana Piotra pan postawił torbę i uznał to miejsce tak samo dobre jak każde inne. Autobus (w odróżnieniu do poprzedniego którym jechaliśmy do Varanasi) przejeżdżał przez wiele wiosek i był chyba jedynym środkiem transportu dla okolicznych mieszkańców, przypuszczam, że też był tańszy od poprzedniego, o czym świadczył ścisk, który w nim panował na niektórych odcinkach. Miejscowi którzy razem z nami podróżowali przewozili ze sobą ogromne pakunki, które pan konduktor razem z pomocnikami - ochotnikami cierpliwie układał na dachu. Po drodze mijamy wsie i małe miasteczka. Jest sucha pora roku i wszędzie widzimy dużo śmieci. Wreszcie dojeżdżamy do Gwalioru.

Przewodnik po Indiach, który mamy rekomenduje w tym mieście kilka hoteli, jedziemy do pierwszego z nich gdzie się dowiaduję, że cały hotel jest zarezerwowany na wesele. W drugim, trzecim i kolejnym hotelu dokładnie to samo, wreszcie trafiamy na recepcjonistę, który mówi mi, że na miejsca możemy liczyć tylko w dobrych hotelach, wszystkie inne o niższym standardzie zostały wynajęte dla gości weselnych.

Kierowca wiezie nas do trzygwiazdkowego hotelu Tansen, gdzie dostajemy dwa pokoje po (1700 rupii każdy) i były to najdroższe pokoje na całym naszym wyjeździe. Wokół hotelu rozciąga się mały ogród i Park - rzecz niespotykana w tej części Indii.



Gwalior

Zrzucamy bagaże i udajemy się na poszukiwanie miejsca gdzie moglibyśmy coś zjeść oraz kupić bilety kolejowe na jutro do Delhi. Znajdujemy miejscową mini jadłodajnię, gdzie rodzina sporządza jedzenie, siedzi kilku miejscowych i je, więc uznajem y to jako rekomendację. Wystrój wnętrza nie nastraja optymistycznie, brudno jak wszędzie, ale jedzenie niespodziewanie okazuje się smaczne. (Bardzo mi się podobało, kiedy, zachwycony wizytą w jego garkuchni właściciel, dbając o higienę, brudną szmatą powycierał talerze i podał je nam. Zjedliśmy i nic nie było...) Jedziemy tuk tukiem do fortu, który bardzo chcę obejrzeć, ale okazuje się, że jest już za późno na zwiedzanie. Oglądamy tylko mury fortecy i podziwiamy jej położenie.

Mając sporo wolnego czasu włóczymy się z Agnieszką i Piotrem po dzielnicy położonej u stóp fortu. Wszystkie ulice zamienione na miejscowy bazar, gdzie handluje się głównie badziewiem, oglądamy miejscowych a oni przyglądają się nam. Brak jest innych turystów, więc stanowimy małą atrakcję

Po kilku godzinach znajdujemy stare miasto w Gwaliorze a w nim Park z dwoma grobowcami. Grobowiec Mohammada Ghausa (sufickiego świętego) zbudowano w XVI wieku z miejscowego różowego kamienia, zachwyca lekkością i koronkowym zdobnictwem kamienia. Drugi z grobowców też z tego samego okresu pobudowano dla śpiewaka i kompozytora Mian Tansena nazywanego ojcem indyjskiej muzyki klasycznej, jest wykonany w marmurze i ma prostą formę.

Spędzamy tu trochę czasu, bo miejsce wyjątkowo urokliwe. Niestety tak jak wszędzie w Indiach nie ma możliwości aby wygodnie usiąść i nacieszyć się oglądanymi zabytkami. Podczas całego wyjazdu do Indii bardzo brakowało nam takich miejsc, zwykłego stolika ocienionego parasolem z możliwością wypicia kawy lub zimnego napoju.

Jedyną przyzwoitą kawiarnię z tarasem znaleźliśmy w Bhopal nad jeziorem. Chociaż praktycznie codziennie odwiedzaliśmy różne piękne miejsca, to w żadnym nie pomyślano aby zatrzymać na dłużej turystów.

Wieczorem przy myciu znajduję karalucha w łazience, który wcale nie wygląda na spłoszonego, niestety pomimo wysokiej ceny i przyzwoitego wyglądu, nasz hotel jest taki jak inne, w których do tej pory zatrzymywaliśmy się.

 

10.02 środa

Rankiem zostawiamy bagaże w recepcji hotelowej i udajemy się na zwiedzanie fortu. Dojście do fortu pozwala na podziwianie wysokich na 10 m murów pobudowanych na skalistym wzgórzu. Mury i bramy wejściowe a także wszystkie flanki mają charakterystyczne żółto – niebieskie wzornictwo, wciąż można podziwiać pochód słoni kwiaty i kolorowe mozaiki na murach.

Do dnia dzisiejszego zachowało się w dobrym stanie kilka pałaców i świątyń. Wchodzimy na dziedziniec aby kupić bilety i w tym miejscu spotyka mnie wielka niespodzianka, miejscowy dzieciak około 10 lat udziela mi wszystkich niezbędnych informacji płynnym południowo angielskim akcentem.

Idziemy zwiedzać XVI wieczny pałac Man Mandir, gdzie zachwycamy się zdobnictwem wewnętrznych komnat i dziedzińców, tworzących tutaj prawdziwy labirynt, w którym kilkakrotnie się gubimy. Natomiast polecane przez przewodnik podziemia nie robią na mnie wielkiego wrażenia.

Obchodzimy całe wzgórze, które obecnie zatraciło pierwotny kształt i charakter, znajdujemy hurtownie, mały zakład pracy i nawet dawne budowle obronne adoptowane na mieszkania. Dochodzimy do dwóch niezwykłych świątyń (Saas Bahu) z XI wieku, które natychmiast przypominają nam swoim kształtem świątynie Khajuraho, Świątynie są zadbane, ogrodzone i pilnowane. W drodze powrotnej oglądamy jeszcze jedną niezwykłą świątynię Teli ka Mandir. Cała świątynia to właściwie dach i kilka rzędów wspaniałych kolumn, jako ściany służą wielkie bloki marmuru połączone ze sobą na dole. Wszystko jest pokryte płaskorzeźbami więc mamy co oglądać. Przy świątyni znajduje się ogromny zbiornik na wodę z wejściem wybudowany częściowo w wydrążonej skale.

Po południu odbieramy plecaki z hotelu i udajemy się do wczorajszej jadłodajni a potem na dworzec. Z informacji dowiaduję się, że pociąg na razie opóźniony jest godzinę. Znajdujemy sobie wolną ławkę przy kasach biletowych i czekamy starając się zabić czas a opóźnienie pociągu ciągle rośnie. Kupiłam bilety na zwykły express i nie jest dla nas pocieszeniem, że super expressy (dużo droższe) też są opóźnione. Czekanie najbardziej uciążliwe jest na peronie, kiedy bez przerwy ktoś podchodzi albo żebrząc albo coś oferując. Wymęczeni docieramy do Delhi około północy i na miejscu orientujemy się, że przyjechaliśmy na inny dworzec. Do hotelu gdzie mamy nocleg trzeba dojechać pół godziny taksówką. W hotelu kolejna niemiła niespodzianka, recepcjonista nie zapisał naszych rezerwacji, na szczęście mieli wolne pokoje.

 



DHELI  11.02 (czwartek)


Ostatni dzień pobytu w Indiach chcemy poświęcić na zakupy i zobaczyć co się jeszcze da w Delhi. Na przyległym do hotelu bazarze kupujemy, szaliki, chustki, przyprawy i różne rodzaje herbat. W poszukiwaniu miejsca gdzie można napić się kawy trafiamy na kierowcę tuk tuka, który proponuje, że pokaże nam świątynię sikhijską i inne ciekawe miejsca w Delhi. Zgadzamy się bo mamy dużo wolnego czasu. Pan Rajiv jest Sikhem, nosi na głowie malowniczy turban a wąsy ma podpięte specjalną tasiemką. Najpierw wiezie nas do luksusowego sklepu z tekstyliami, będącego własnością innego Sikha, gdzie mamy możliwość obejrzenia dywanów wełnianych i jedwabnych. Każdy z pokazywanych nam tutaj dywanów to prawdziwe arcydzieło. Na szczęście pierwszego dnia pobytu w Indiach kupiliśmy już niewielki dywanik wełniany więc teraz możemy spokojnie pooglądać.

Wreszcie jedziemy do obiecanej świątyni sikhijskiej. Przed wejściem idziemy do niewielkiego budynku gdzie zostawiamy obuwie i spotykamy całą grupę (samych mężczyzn) żywo dyskutujących Sikhów. Kiedy nasz kierowca oznajmia, że jesteśmy z Polski dostajemy bezpłatną broszurę w języku polskim o sikhizmie. Jeden z obecnych chce ode mnie dowiedzieć się możliwie najwięcej o religiach wyznawanych w Polsce. Namawia nas też do odwiedzenia złotej świątyni w Amritsarze. Spotykamy tutaj Ukraińca który tak jak i my został tu przywieziony przez kierowcę tuk tuka. Teren świątyni okala duży basen gdzie cześć wyznawców odbywa rytualne obmywanie ciała, woda do basenu dopływa z tryskającego tutaj źródła. Obmywamy sobie nogi w tej świętej wodzie, Rajiv wybiera dla nas złote chustki jako nakrycia głowy i udajemy się do świątyni.

Wnętrze tej świątyni jest duże, przestronne i bogato udekorowane. Jako podłoga służy gruby dywan a w środku świątyni, ograniczone taśmami, znajduje się miejsce, które przypomina ołtarz w świątyniach katolickich. Z jednej strony ulokowała się orkiestra i śpiewacy, chociaż grajkowie używają ludowych instrumentów, muzyka jaką tu słyszymy jest radosna, Rajiv mówi mi, że są to psalmy sławiące boga.

Siadamy na dywanie przy wejściu i Rajiv opowiada mi o powstaniu religii Sikhów, o ich zwyczajach, dumie i przywiązaniu do tradycji.

Przy wyjściu Rajiv prowadzi nas do stojącego z boku Sikha, który daje nam na rękę trochę ryżu z miodem. Potem idziemy zobaczyć ogromną stołówkę, prowadzoną przez Sikhów i która jest ogólnie dostępna i darmowa.

Spotkanie z Sikhami i zwiedzanie ich świątyni, było najciekawszym punktem naszego ostatniego dnia pobytu w Indiach.