| Warszawa: Pogoda - Wirtualna Polska |
| Aktualna prognoza pogody dla całej Polski, Europy i Świata. Temperatura, deszcz, Słońce, śnieg, wiatr... o tym się dowiesz w naszej prognozie pogody. Pogoda na lato, jesień, zimę i wiosnę. |
![]() |
|
| INDIE - ŚWIAT W PIGUŁCE |
|
|
| Wpisany przez Piotr Wojtkowski | |||||||||||||
Indie są piękne? Są. Indie są wspaniałe? Są. Indie są niesamowite? Są. Czy chciałbym mieszkać w Indiach? Nie.
Takie pytania i odpowiedzi nasuwają mi się po powrocie z Indii. Widziałem wspaniałe miejsca, miłych i życzliwych ludzi (czasami nawet nic za to nie chcieli). Widziałem nędzę nie do opisania, ludzi leżących na ulicach, czekających na śmierć. Widziałem żebraków i wydrwigroszy. Widziałem dzieci cieszące się, jak wszędzie - z niczego. Dzieci chude i zagłodzone. Dzieci ufne i miłe, napastliwe i agresywne. Widziałem brud, szczury, czułem smród zanieczyszczeń w miastach , a na prowincji specyficzny zapach palących się, wysuszonych, krowich gówien. Widziałem dbałość o czystość. Jednocześnie czułem się bezpieczny. Jak nigdzie. I nie chodzi o policję i wojsko, ale ludzi tam mieszkających. A przecież zwiedziłem tylko mały kawałek Indii. Byłem w wielkich miastach i na prowincji, gdzie stanowiłem swoistą atrakcję do pooglądania. Trzeba nie mieć serca, albo gruby pancerz na piersi aby tego nie widzieć i przejść nad tym wszystkim do porządku. Jednocześnie nie jest możliwe samemu pomóc. Człowiek cały czas bije się z myślą: dać, czy nie dać. Parę rupii, to żaden pieniądz, ale kiedy da się jednemu, to zaraz naokoło robi się gęsto od innych potrzebujących. Widziałem, co widziałem, czułem to co czułem i spróbuję się swoimi wrażeniami i odczuciami podzielić z „czytaczami”.
DELHI 25.01.2010 PONIEDZIAŁEK Do Delhi dotarliśmy o 6.15. Na lotnisku czekał na nas samochód zamówiony w hotelu, który całą naszą piątkę dostarczył niedaleko hotelu Smyle. Jakieś 200 metrów musieliśmy dojść, bo uliczka była taka wąska, że nie miał szan Jadąc do naszej spalni (bardzo dobre opinie u internautów) oglądałem miasto. Jest wcześnie rano i pierwsze wrażenie jest lepsze n iż się spodziewałem. Przyglądam się, jak wstaje Delhi. Ludzie myją się na ulicach, przed prowizorycznymi szałasami palą ogniska, grzejąc się i gotując sobie śniadanie. Riksze odwożące poubierane w mundurki dzieci do szkoły. W jednej siedziało koło 10-12 sztuk – ludzie tutaj, jak już zdążyłem zauważyć - drobni, to i dzieciuchy mniejsze od naszych i jakoś się mieszczą. Dopiero pod koniec jazdy pojawiają się chude, zabiedzone z wystającymi żebrami krowy i całkiem nieźle wypasione psy.
Koło ósmej śniadanko na dacho-tarasie i mamy cały dzień dla siebie! W hotelu jest informacja turystyczna, gdzie Pani Ela kupuje bilety do Jaipuru (po 544 rupii za osobę), a przy okazji zostajemy namówieni na wycieczkę po zabytkach za 300 rupii od sztuki. Ale to dopiero po 14, więc mamy czas aby poznać najbliższe okolice naszego miejsca postoju. Hotel mieści się w starej części Delhi. W plątaninie uliczek, które robią w pierwszym wrażeniu, jakby bezwładnie i byle jak poukładanych. Lecz, to tylko pierwsze wrażenie, bo kiedy się przyjrzeć i troszkę poznać, pochodzić po nich, to nie jest takie trudne odnalezienie właściwej drogi. Jest już późnawy ranek i miasto zaczyna żyć. Na głównej ulicy część sklepów już pootwierana, inne zaczynają dopiero działalność. Zaczyna się ruch. Sprzedawcy zapraszają do sklepików, żebracy proszą o datek, krowy łażą i wyżerają ze straganów co im się uda. Słabo się jednak udaje, bo ich żebra mało nie przebiją skóry. Widzę, jak jakiś Hindus daje coś krowie, co Ona przyjmuje i je z zadowoleniem. Kiedy krówka przeżuwa, mężczyzna do niej mówi, tłumaczy. Nie rozumiem tego, ale mówi tonem prosząc Na ulicy ruch się wzmaga, co i rusz przejeżdżają motorowe riksze (tuk-tuki), rowerowe i samochody. Przebijają się przez tłum, który powoli reaguje na bezustanne trąbienia pojazdów. Wraz z ruchem rośnie smród spalin, kurzu, dymu z wielu czynnych garkuchni. W Warszawie jest czyste powietrze!!! Musimy uważać, bo jesteśmy przyzwyczajeni do prawostronnego ruchu, a tu zmiana! Kupujemy pomarańcze i banany. Jak wszystko, na warunki polskie – taniocha. Później do Powożono nas po Delhi. Pozwiedzaliśmy troszkę, ale nie za dużo, bo i czasu było niewiele. Obejrzeliśmy Świątynię Hinduistyczną – wielka budowla. Piękna budowla. I oczywiście zostaliśmy delikatnie poproszeni o datek. Dopiero kiedy datek został zaakceptowany, to znikąd pojawił się oprowadzacz. Nie było źle, tyle, że trzeba Trafiliśmy również do Wielkiego Meczetu z najwyższym w Delhi mina retem. To przedsmak tego co nas czeka! Po wycieczce, Panie poszły do pokoju, a ja skoczyłem do fryzjera. Na strzyżonko, bo na twarzy jeszcze nie zarosłem. Wszystko za 100 rupii. Teraz czas na jedzonko i poznanie drogi na stację, aby jutro nie było problemów z dotarciem. Najpierw stacja. Mieści się Kiedy podchodziliśmy do stacji, jeden z miejscowych usiłował nas zaciągnąć w jakiś zaułek, tłumacząc, że to co widzimy, to wcale nie jest stacja. Pewnie miał tam znajomy sklep... Ale, żeby aż tak Jeszcze jedzonko za 150 rupii na troje i można wracać do „domu”. Jutro do Jajpuru, wyspać się i wypocząć przed pierwszą jazdą kolejami indyjskimi. Usiłujemy wziąć prysznic, ale woda zimna – przerwa w zasilaniu. Tylko z lekka się obmywam, przy okazji mycia zębów posmakowałem „kranówy” - jej smak jest „interesujący”, „ciekawy”. Chyba dodają jakiś środków odkażających...
JAJPUR 26.01.2010 WTOREK Pociąg do Jajpuru przyjechał i odjechał punktualnie. Już zacząłem powątpiewać w opowieści o kolei indyjskiej. Wagon otwarty z siedzeniami potrójnymi po obu stronach. W miarę czysto. Kiedy podano jeszcze śniadanie, to całkiem zmieniłem zdanie! Trzeba samemu poznać, bo ludzie, lubią koloryzować...(tak myślałem) Pozostała część ekipy siedziała dosyć daleko, tak, że nie musiałem słuchać ciągłej gadaniny Maćka, W czasie kiedy nie spali, ciągle gadali. Oni są chyba chorzy na mówienie. Maciek potrafił różne głupoty mówić, a Jago połowica mu potakiwała. Teksty były mniej, więcej tego stylu: -Ten kamień jest czerwony – Maciek -Tak, tak. Masz rację, to widać, że jest czerwony.- Bożenka -Taki czerwony, bo ma barwę czerwoną- wyjaśni -Tak, zabarwił się, dlatego taki kolor - Bożenka A niech ktoś miał inne zdanie! Na przykład: nie czerwony, tylko karminowy. Zagadywali, zarzucali nawałem słownych decybeli, że zaraz sobie myślałem „po cholerę, ja się odzywałem?” Myślę, że gdyby Maciek powiedział, że kot , t o pies: -Tak, trochę dziwny pies, ale pewni Bożenka zawsze popierała swego męża! Zupełnie, jak z „Misia”, tyle, że rzeczywistość dotykająca mnie osobiście, a to już nie było takie śmieszne... Pociąg jedzie, mało co widać, bo mgła taka, że na 100 metrów jeszcze jaka, taka widoczność jest, ale dalej – biel, mleko. Dopiero koło dziewiątej się przejaśnia i mogę sobie pooglądać, jak wyglądają Indie . Wreszcie, koło 11 dojeżdżam y do Jajpuru. Hotel dosyć szybko znajdujemy – n Zaproponowałem, aby nauczył się angielskiego i sam załatwiał. Usiłował mi wytłumaczyć, że będziemy tyle czasu razem, więc musimy się dostosować do siebie. Ciekaw jestem, jak on to sobie wyobraża? Że Pani Ela i ja będziemy na ich usługi? Kto tu do kogo dołączył? Stwierdziłem tylko, że wcale Po zainstalowaniu wychodzimy na mia sto. Golę się u ulicznego golibrody, a następnie łapiemy trzy rowerowe riksze i każemy się wieźć do „Różowego Miasta”. Uzgadniamy, że zapłacimy p o 30 rupii za rikszę. Wszystko było dobrze d o jakiegoś ronda, gdzie się troszkę „nasi” rikszarze pogubili. Każdy chciał nas zawieźć do innego sklepu. Wylądowaliśmy przed jakimś sklepem, co było z ich strony ewidentnym zerwaniem umowy. Nic nie dostali. Pani Ela bardzo brzydko mówiła... Wróciliśmy si Na ulicach tłok, nie do opisania. Obowiązuje zasada – kto silniejszy (większy), ten ma pierwszeństwo. Mimo wszystko, jakoś to funkcjonuje i nie widać wypadków. Wszyscy trąbi Wreszcie podjeżdżamy pod Pałac Wiatrów (Hawa Mahal). Tam zwalniamy „naszego „ tuk-tukarza, umówiwszy się na następny dzień i idziemy na zwiedzanie. Wstęp – 50 rupii od osoby. Jest piękny. Nareszcie jakaś Łazimy po pokojach, wspinamy się na piętra. Podziwiamy i wnętrza i okolicę widoczną z okien. W tych wszystkich zaułkach pałacowych, jakoś tak (nie za bardzo się tym zmartwiłem) się pogubiliśmy. Zostaję z Panią Elą i jest , to to, co lubię najbardziej!!! Po wyjściu z Pałacu zaczęliśmy szu Mamy jeszcze sporo czasu do wieczora, więc spacerujemy po uliczkach i ulicach miasta podziwiając egzotykę. My taż robimy za egzotykę. Ludzie życzliwi i nawet czasami mówią namaste (witaj-dzień dobry) nic za to nie żądając. Dochodzimy do Muzeum Jaipur Przy muzeum jest park, ale nie decydujemy się tam wejść, widząc biedotę porozkładaną na trawnikach. Wracamy pustawą uliczką okalającą muzeum. Pustawą, bo był tam jeden mały chłopiec (ok 7-10 lat), który szedł za nami, nic nie mówiąc, bo trudno nazwać mową te cichutkie jęki, jakie wydawał. Przetrzymał mnie! Wreszcie dałem ze 2 rupie, a on przestał jęczeć. Przechodząc koło ogrodzenia parkowego przyglądamy się norkom. Ziemia jest podziurawiona, jak ser szwajcarski. Były różne spekulacje – nornice, króliki, wiewiórki (co było totalną bzdurą, bo one przecież żyją n a drzewach). Żadne z nas nie wpadło na pomył, że to mogą by ć szczury... Pełni wrażeń łapiemy rikszę (napęd nożny) i p o krótkich targach (chciał 50 – spuścił na 30) wracamy do hotelu. Spracował się niesamowicie! Spocił! Dostał 50. Mała rzecz, a cieszy. Wyraz szczęścia na twarzy zabiedzonego rikszarza... Jest Niedaleko hotelu zaszliśmy do świątyni hinduistycznej. Widać, że biedna, ale zadbana. Chciałem złożyć datek, więc wypatrzyłem skarbonkę. Takie drewniane pudło 50cm x 50cm z podłużnym otworem u szczytu. Wrzuciłem 100 rupii. Okazuje się, że jesteśmy cały czas obserwowani. Podbiegł do mnie człowiek i zaczął coś tam tłumaczyć. Prawie siłą zaciągną do tej „skarbonki”. To nie była skarbonka. To był taki pojemnik z ichnią, chyba, święconą wodą. Ale wyłowiłem i dałem kapłanowi, który nie protestował, a nawet wręcz przeciwnie...
JAIPUR 27.01.2010 ŚRODA
Zupełnie niepotrzebnie, bo po kilku minutach jazdy, dojeżdżamy na parking tuk-tuków, gdzie obecny, jest wymieniony na większy model. Kiedy czekamy Sterty śmieci, a obok nich handlujący. Na dach jakiegoś pawilony włazi jakiś miejscowy. Ciekaw jestem co będzie robił? Zaraz się dowiedziałem – wysikał się. Co kraj, to obyczaj... Wreszcie jedziemy do Fortu Amber. Po drodze mijamy Jal Mahal (pałac na wodzie). Ni Spowity w niebieskawą mgiełkę, która nadaje tajemniczości, wygląda nieziemsko... Położony na wzgórzu, panuje nad Parkujemy u podnóża fortu. Dalej trzeba albo na słoniu, albo na piechotę. Ze słonia rezygnujemy. Spacerkiem też dobrze, bo można pooglądać okolicę, a i fort im bliżej, tym wspanialej wygląda. Przed samą bramą wejściową mijają nas słonie z tymi, którzy wybrali taki sposób dotarcia. Łaziliśmy tak ze dwie godziny, aż wreszcie mam y dosyć. Jeszcze, wychodząc, zaglądamy do lochów, po których oprowadza nas strażnik (20 r.). Oprowadzacz jest dumny z mieszkających tam nietoperzy i pokazując je, dokładnie określa ile w każdej komnacie się znajduje. Schodzimy na parking. Mamy jeszcze trochę czasu, więc zgadzamy się na propozycję „naszego” kierowcy, że Jak dobrze, że tam pojechaliśmy! Piękna hinduistyczna świątynia. Położona na wzgórzu. Do właściwego budynku świątynnego wchodzi się po szerokich schodach, mija się bramę pilnowaną przez dwa wyrzeźbione w kamieniu słonie i już jest się w środku... No cóż, za znaczki na czole, których raczej niezbyt chcieliśmy, ale nijak było odmówić, musimy zapłacić po 10 rupii. Kapłani są wszędzie jednacy... Wracamy na parking, gdzie czekamy na Bożenę i Maćka. Siedzimy sobie grzecznie przy garkuchni, kiedy widzimy jakiegoś białasa, który się prowokująco na nas patrzy. No to zagadnąłem. Polak. Z Olsztyna. Marcin, bo tak nam się przedstawił, przyjechał sam i sam podróżuje. Tyle, że bilety i spanie w hotelach sobie wcześniej pozałatwiał. Przyjechał tutaj, ale zaraz będzie jechał w Himalaje. Tam go ciągnie. Namówiliśmy go na jakieś żarcie, bo jak mówił – stołuje się w McDonaldzie. Zjadł i Wreszcie doczekaliśmy się na drugą parę i mogliśmy jechać. I dobrze, bo przyplątała się żebraczka z dzieckiem i usiłowała wymusić jakieś pieniądze, pokazywała, że głodna. Chciałem kupić coś aby zjadła, ale tak to ona nie chciała. Inaczej ja nie chciałem. Kiedy się wreszcie namyśliła i zachciała jeść, to przyszli Maćki i ruszyliśmy... Wracając do Jaipuru zatrzymujemy się przy Pałac Miasto Małp, to właściwie świątynka na wzgórzu. Tutaj jeszcze raz spotykamy Marcina. Razem oglądamy świątynię, małpy, kapłanów i panoramę Jaipuru. Z tej wysokości wspaniale wygląda... W trójkę jedziemy (z „naszym” kierowcą, który czekał, logicznie myśląc, że jednak będziemy potrzebowali jakiejś podwody) do miasta na jedzonko. Jemy coś, co kosztuje 160 rupii od łba, ale daje się zjeść. Po jedzonku, Marcin idzie się powłóczyć po ulicach (chyba miał dosyć), a my j Cenotafy znajdują się na przedmieściu Jaipuru, przy wzgórzach. Kiedy podjechaliśmy, to czułem, jak oczka mi wyłażą jak u ślimaka. Jakby były na szypułkach. Stałem i ślepiłem na to Białe Cudo. Ludzi nie było, więc mieliśmy całość do swojej wyłącznej dyspozycji. W życiu nie wiedziałem, że można coś To jest, jak dotąd, najpiękniejsza rzecz, którą w Indiach widziałem. Wracamy do domu, czy jak kto woli do hotelu. Z tych wszystkich wrażeń idę się ogolić do przyhotelowego golibrody. Moment nieuwagi, nakremował mnie i wymasował. 100 rupii zamiast 20. Miejska dżungla. Cały czas trzeba uważać...
AGRA 28.01.2010 CZWARTEK
Noc upłynęła bardzo miło i przyjemnie. Spałem, jak zwykle z dwiema kobietami na jednym łóżku, niestety na samej krawędzi. Chciałem się Teraz zaczynam dostrzegać i odczuwać niedogodności rezygnacji z zszytego prześcieradła. Co tu dużo mówić! Koce są brudne! Po cholerę ja się co wieczór kąpię, skoro widzę jak po każdej nocy prześcieradełka śpiących ze mną Pań robią się coraz bardziej szare. Pani Ela mówi, że Wreszcie o 5.30 wstaję i idę na papierosa. Siadam na murku przed hotelem i patrzę się, jak zaczyna się uliczne życie... Zaczynają rozpalać ogień w garkuchniach – niedługo zaczną się schodzić klienci na śniadanie. Naprzeciwko hotelu, wprost na ulicy, jakiś cywilizowany człowiek myje się. Cały. Namydlił się i polewając wodą zmyw Wracam do pokoju, pakujemy się i na dworzec. Jedziemy do Agry. Do odjazdu pociągu jest jeszcze troszkę czasu, więc ja się zapoznaję z dworcem, a pozostali karnie czekają na pociąg. Maciek ciągle znajduje coś ciekawego do uwiecznienia na kliszy. Cały czas pstryka. No i oczywiście komentuje co robi. Wreszcie podjeżdża pociąg. Mamy rezerwację w wagonie D1, który jest na samym końcu składu pociągu. Fakt, poniosło mnie. Przy naszych miejscach, na których siedzieli już ludzie, też byłem pierwszy. Miejscowi nie reagowali na moje grzeczne sugestie, że miejsca są zarezerwowane. Zupełnie jakbym mówił do słupów. Wreszcie troszkę się zdenerwowałem i usiadłem między dwóch chłopów. To znaczy najpierw siedziałem im na kolanach, a kiedy zsunąłem się na ławkę, to już łatwizną było zmusić następnego do zejścia (właściwie - spadnięcia). Kiedy już miałem wywalczone dwa miejsca, ostatniemu, jeszcze siedzącemu, po prostu po polsku powiedziałem : sp... . Zrozumiał. Poszedł sobie. Docierają, już na gotowe Maćki. Okazuje się, że Maciek zgubił aparat fotograficzny. Kiedy usiedli, słyszę dyskusję: -Wydaje mi się, że ja tobie go dałem – Maciek -Chcesz mi wmówić, że to ja zgubiłam? - Bożenka -Nic nie chcę wmówić, ale biorę taką możliwość pod uwagę. - Maciek Dobrze, że mnie nie było w pobliżu... Koło 12 jesteśmy w Agrze. Prosto ze stacji idziemy do hotelu. Jednego, drugiego, wreszcie w trzecim znajdujemy miejsca. Już się dogadaliśmy, tyle, że poszło o wpisywanie do książki meldunkowej. Nie chciałem się zgodzić abyśmy, to my wpisywali, bo nam się spieszyło. Facet też nie chciał. Poszliśmy naprzeciw. Po 100 rupii za noc od osoby. Dwa pokoje. Agnieszka, jak zwykle z nami. Na moje delikatne sugestie, że mogłaby pójść na nocny seans do kina, odpowiedziała, że po urdu nie umie, a filmy z Bolywood ją nie interesują. Jak widać wegetarianizm niezbyt dobrze wpływa na lotność umysłu... Szybko się rozpakowujemy i na zwiedzanie! Zaraz przy hotelu (ilość gwiazdek: -3) znajduje się miejscowy, który za 500 rupii obiecuje zawieźć nas do Taj Mahal, na jedzonko i z powrotem – pod hotel. No i dowiózł. Pod zachodnią bramę. Najpierw trzeba się przebić przez ulicznych sprzedawców, żebraków i naciągaczy. Później, już jak z płatka. Mijamy zapory z wojskiem pilnującym aby nic się nie stało ich zabytkowi i dochodzimy do kasy biletowej. Później tylko bramka, na której jestem dokładnie obszukany – wywalam papierosy i zapałki do wielkiego kosza. I już jestem na właściwym terenie. Aby dojść do samego grobowca, trzeba jeszcze przejść przez bramę, już ona sama jest piękna. Podchodzę Nie da rady opisać. Nie da rady pokazać. Żadne zdjęcia, czy opisy nie odzwierciedlą tego „Cudu Świata”. Bo to, rzeczywiście jest cud. Jak się patrzy na zdjęcia i widzi tych malutkich ludzików, to i tak nie ma się wyobrażenia o wielkości i pięknie. Trzeba po prostu samemu pojechać i zobaczyć. Chodziliśmy wokół grobowca, podziwialiśmy wnętrze krypty. Wracamy z bajki do szarej (może nie aż tak bardzo) rzeczywistości . Jedziemy do garkuchni, gdzie za bardzo przyzwoitą cenę (85 rupii na głowę) jemy obiad. Jak zawsze jest, to ryż, ciapaty i trzy rodzaje sosów z czymś. Sosy różnią się barwą i ostrością. Na zakończenie posiłku podawany jest anyż i cukier, która to mieszanka, jak nas poinformowano, pozwala białemu szybciej się przystosować do miejscowego jadła. Jeszcze krótki spacerek po uliczkach przylegających do hotelu i zalegamy.
29.012010 PIĄTEK W nocy psy się gryzły. Koty (co dziwne, bo raptem widziałem do tej pory ze trzy zwierzaki tego rodzaju, a że je lubię, to wypatruję) walczyły o swój teren. Czasami coś przejechało trąbiąc wesoło. I komary! Pani Ela spała w środku, więc była chroniona, nas (Agnieszkę i mnie) troszkę sponiewierały... Po tak miłej i wesołej nocy, z przyjemnością wyszedłem aby kupić ciapaty (placki – taki ichni chleb). Wszędzie było Panie zjadły i nic im nie było, więc wcale nie było ta k źle... Po tym malutkim śniadanku, około godziny 9 jedziemy do Fatehpur Sikri (Wymarłe Miasto). Dowiezieni zostaliśmy pod wzgórze, na którym znajduje się miasto. Dalej trzeba było na piechotkę. I dobrze, bo powoli się przyzwyczajaliśmy do oglądania. Miasto, a właściwie siedziba władcy, zostało porzucone w niedługim czasie po wybudowaniu. Jakieś tam względy polityczne, coś w rodzaju naszego przeniesienia stolicy z Krakowa do Warsza Może to i dobrze, bo zachowało się w całkiem niezłym stanie. Po Wymarłym Mieście obejrzeli Kiedy kończyliśmy zwiedzanie, na bramie chciano nam zabrać bilety. Pani Ela nie dała. Stwierdziła, że jak zapłaciła, to jest jej. I słusznie. Wymieniliśmy te bilety na folder z pocztówkami. Wracając na miejsce, gdzie czeka „nasz” samochód mam okazję pooglądać pracę kamieniarzy i pasące się świnie na wysypisku śmieci. Przy parkingu zostaliśmy (Pani Ela i ja) przechwyceni i zaproszeni do pooglądania sklepu. Słoń i magnesik na lodówkę. 20$. Wiem, że przepłaciłem, ale słonik jest piękny. Inkrustowany półszlachetnymi kamieniami, a o magnesik dopominało się dziecko. Około 15 jesteśmy już w hotelu. Krótki odpoczynek i już w trójkę, jedziemy do Czerwonego Jest ogromny!!! Część zajęta przez wojsko, które, jakoś tak od około 500 lat nie może się stamtąd wynieść. Dobrze, jeszcze, że zajmują najmniej ciekawe miejsca. Przynajmniej tak jest napisane w przewodniku. Cały fort jest wyłożony czerwonym piaskowcem. Niechcący podejrzałem, jak się to robi. Piaskowiec jest dwukolorowy. Żółty i czerwony. Jakoś tak się to działo, że warstwy są równomierne, a właściwie – równogrube. Tafle piaskowca o wymiarach ok 1m x 2m kładzie się i po prostu skuwa nieodpowiedni kolor. Mamy wtedy albo żół Pozostaje tylko wyłożyć tymi płytami ściany. Kolorowy piaskowiec ma grubość ok 5-6 cm. Widziałem również kolumny z czerwonego piaskowca. Tego, niestety nie udało mi się podejrzeć, jak się to to produkuje... Z fortu widać Taj Mahal. Panie poszły zwiedzać meczet, a ja kontemplowałem widoki... Kiedy wróciły, uległem ich namowom i również p Łaziliśmy tak i podziwialiśmy, wreszcie po 17 zdecydowaliśmy się wracać. Wychodząc z Fortu opadli nas sprzedawcy. Byli bardzo namolni Do hotelu wracamy tuk-tukiem (50 rupii). Panie z tego szczęścia i wrażeń obalają na tę okazję flaszkę wódki, którą Agnieszka dowiozła aż do Agry. Pani Ela z rozpędu poleciała zaprosić Maćków. Przyszli Przy okazji porozmawialiśmy o podróbach wódki (Agnieszki była ohydna - jakiś rozpuszczalnik, czy co...). Zostałem przegłosowany przez naszych gości, którzy stwierdzili, że nie ma czegoś takiego, jak podrabiana wóda. Żyłem tyle czasu w nieświadomości, a to co wiem, to jest bzdura!!! Jakie szczęście, że spotkałem Wrocławian, bo zapewne żyłbym dalej z tym błędnym, wyimaginowanym przez siebie przekonaniu. Trochę się jeszcze poprodukowali, zobaczyli, że więcej nie dostaną i wrócili do swojego pokoju. Sami skończyliśmy...Tyle, że już moją. Tamta, ku wspólnej rozpaczy poszła do zlewu...
30.01.2010 sobota
Dzień, jak co dzień... Po wczorajszym „ucztowaniu” wstajemy troszkę później, a i Po śniadaniu, zwykłym, składającym się z ciapatów i czegoś tam nieokreślonego idziemy pod dworzec kolejowy, gdzie już na nas czeka kierowca. Chyba początkujący, bo ubranko jeszcze czyste, a nawet wyprasowane... Za to jego pojazd!!! Tuk-tuk, jak tuk-tuk, tyle że już na samym początku nie chciał zapalić. Coś tam pogrzebali i wreszcie jedziemy! W trójkę. I bardzo dobrze. Mać Trzy osoby w mieszczą się swobodnie i nawet można głęboko pooddychać. Najpierw jedziemy do Małego Taj Mahal. Miniatura tego WIELKIEGO, ale równie piękne mauzoleum, tyle, że stawiający nie był cesarzem (nie miał tyle pieniędzy)... Koło Następnym punktem do zwiedzania było Mauzoleum poety Chini-ka-Rauza. Troszkę już naruszone zębem czasu, ale położone w pięknym miejscu, na brzegu rzeki, na wysokiej skarpie. Czę Przysiadam na murku i oglądam, jak miejscowi rybacy zastawiają sieci. Obok kobiety przygotowują opał. Dosłownie. Wyklepują krowie „placki” na kształt koła i spłaszczają do grubości około 2 cm. Taki krążek wykładają na słońce, gdzie się suszy. Poukładanych już jest kilka rzędów. Trzeba zrobić zapas na porę deszczową... Okolica jest bardzo piękna. Tutaj turyści raczej nie chodzą, więc stanowimy swoistą atrakcję dla miejscowych. Ale nie są nachalni. Oni nam, a my im się przyglądamy. Do mauzoleum droga prowadzi przez działki (bo jak to nazwać?), na których rosną posadzone warzywa. Wszystko w cieniu rosnących drzew. Cisza i spokój, z rozbawieniem oglądam, jak wiewiórka pokłóciła się z jakimś gawronowatym ptaszydłem o papu. Przegrała. Tuk-tuk nie chciał odpalić. Szczęśliwie, wiele nie waży, więc bierzemy go na pych.Kierowca się rozochocił (liczy zapewne na jakiś bakszysz) i chce nas zawi Zawozi nas do Ogrodu Mehtab. Ogród dopiero w trakcie sadzenia, ale tu i ówdzie rosną większe drzewa. Widać, po wygniecionej trawie, że miejsca te są użytkowane. My też się rozciągamy... Jak dobrze poleżeć i posłuchać ptaszków. Szumu wiatru. Odpoczywam leżąc i podziwiam Taj Mahal, który widać w oddali. Teraz jego ogrom j Jeszcze pojechaliśmy do meczetu, ale nie było tam nic specjalnie ciekawego. Pod arkadami siedziały dzieci i uczyły się koranu. Gołębie całymi watahami łaziły po dziedzińcu, a ich pozostałości drapały podeszwy stóp. Nie byłem zadowolony, że musiałem zdjąć buty! Wreszcie koło 15 jesteśmy w knajpce, w której wczoraj jedliśmy. Traktują nas jak stałych klientów. Za cały obiadek zapłaciliśmy 120 rupii (3 osoby – 1 PLN, to ok. 16 rupii). Za całą wycieczkę tuk-tukiem daliśmy 455 rupii + 100 napiwku. Wszędzie za wstęp trzeba było zapłacić po 110 rupii od osoby, a tam gdzie ściągaliśmy buty, dodatkowo 10 rupii za pilnowanie...
31.o1.2010 niedziela
Ostatnia noc w Agrze! Za to jaka!!! Komary nie dawały spać. Mordowałem na ścianie nade mną jednego po drugim. Zostawiały takie ładne karminowe ślady na szaro(z brudu)-niebieskiej ścianie. Mogę powiedzieć – moja krew!!! Wreszcie w minaretach zaczęli się nawoływać, a w sąsiedniej hinduistycznej świątyni włączyli jakieś dzwoneczki. Czas wstawać. Wychodzę na balkon skąd rozciąga się piękny widok na wysypisko śmieci. Bogatsi tam wyrzucają, to co im już nie jest potrzebne, a biedniejsi wybierają co im jeszcze może się przydać... Teraz też chodzi kilka osób płci obojga. Co jakiś czas, któreś przykuca i tak jakiś czas trwa. Przyglądam się kucającym. Załapuję, że oni nic nie szukają. Wręcz odwrotnie – zostawiają. Każde ma ze sobą półlitrową metalową banieczkę. Traktują wysypisko, jako publiczny szalet na świeżym powietrzu...
RELACJA PANI ELI
Śladami Kriszny w Indiach wyjazd do Mathury i Vrindavan
Będąc w Agrze postanawiamy wybrać się na wyjazd łączony do Mathury - miasta gdzie urodził Do Mathury, która oddalona jest około 60 km od Agry dojeżdżamy wynajętą taksówką, ale kierowca nie zatrzymuje się w mieście, tylko przez nie przejeżdża. Jak się potem okazało nie chciał nas zrazić do dalszego zwiedzania, więc od razu zawiózł nas do Vrindavan. Z przewodnika wcześniej się dowiedziałam, że to niewielkie (jak na Indie) miasto na około 60 tys. mieszkańców posiada ponad 5 t Po zaparkowaniu w miasteczku natychmiast pojawia się kilku różnych przewodników i naciągaczy oferujących nam swoje usługi, zatrudniamy przewodnika, bo chcemy zo Zwiedzanie zaczynamy od Świątyni Rangadżi, jej ogrom i bogate dekoracje wnętrza robią na nas wielkie wrażenie. Przewodnik wyjaśnia, że jest to jedna z największych świątyń w mieście i chociaż nie jest stara bo zbudowa na w XIX wieku, to jak sami mogliśmy stwierdzić jest to bardzo popularna świątynia. Po wyjściu ze świątyni jesteśmy prowadzeni do dwó Po ogrodach Kriszny chodzi się boso, Następnie jesteśmy prowadzeni do miejsca które miejscowi kapłani określają jako „dom Kriszny” nie pozwalają robić zdjęć ołtarzykowi Ściany i posadzki całego pomieszczenia wyłożone są tabliczkami ze wskazaniem darczyńców, miejscowy kapłan nas też zachęca abyśmy (za 3000 euro) ufundowali taką tabliczkę. Sądzę Na naszą prośbę przewodnik prowadzi nas przez miasto nad rzekę. Po drodze mijamy wiele świątyń i a Na schodach prowadzących do rzeki (tak jak i w całym mieście) można spotkać całe rzesze małp próbujących zjeść resztki zwiędłych kwiatów jakie pozostawili tu pielgrzymi i turyści. Tak jak i w Varanasi nad brzegiem rzeki zbudowano wiele świątyń i miejsc kultu wody. Niestety nie mamy czas Miasto jest pełne różnych pielgrzymów, nie tylko Hindusów, spotyka my też sporo cudzoziemców. Niektórzy pozdrawiają nas dotykając czoła i wymawiając „Hare Kriszna”. Jedno co łączy ich wszystkich (oprócz wychudzenia i pomarańczowych strojów) to radość z jaką nas pozdrawiają. Oglądamy kolejne święte miejsce tym razem pod go W porównaniu z Varanasi do którego dotarliśmy klika dni później Vrindavan miało w sobie znacznie więcej duchowości a ludzie, których tam spotkaliśmy wyglądali na szczęśliwszych. Wracając do Agry ws tępujemy do Mathury. Z przewodnika wynika, że jest to miasto w którym prze Podążając za miejscowymi pielgrzymami, strażnicy kierują nas do przechowalni bagażu, gdzie mamy pozostawić wszystkie swoje rzeczy, potem jesteśmy rozdzieleni według płci i kierują nas do kontroli osobistej, (niezwykłe
Pozwolę sobie dodać, że nigdy nie byłem tak przeszukiwany! To był, albo nie heterek, albo kretyn. Z łapał mnie za,.. nooo,.. między nogami i zastanawiał się co trzyma. Dopiero, kiedy grzecznie powiedziałem „puść, to ty sk...synu”,
to puścił, jakby rozumiał polską mowę... W życiu nie czułem się tak poniżony... Zarówno meczet jak i przylegająca d o niego świątynia są zamknięte, natomiast całe wzgórze otoczone jest posterunkami wojska, policji i innych straży z długą bronią. Wrażenie przygnębi Po tych przeżyciach nie szukamy już zejścia nad rzekę i ghatów, wracamy do Agry. Podsumowując ten krótki wyjazd żałuję tylko, że nie mieliśmy możliwości zatrzymać się na dłużej we Vrindavan, obejrzeć więcej świątyń oraz pooddychać atmosferą tego miasta.
KAJURAHO - pociąg 01.02.2010 poniedziałek
Wreszcie idziemy na stację! Niedaleko, ale trzeba uważać, bo jak co wieczór wyłączono prąd i jest ciemno. Tu i ówdzie na ulicę pada p Czasami przejeżdża tuk-tuk, który na krótko oświetla ulicę. Dochodzimy do stacji, która jest wypełniona ludźmi. Tutaj życie cały czas się toczy. Podłoga jest pozajmowana przez rodziny, które Na peronie nie ma zbyt wiele miejsca, ale jakoś zna W pewnym momencie znajduję swoje, a niżej pozostałej czwórki. Przypisani jesteśmy do pociągu, więc z Kiedy tak staliśmy, podeszła do nas para. On Amerykanin (słowackiego Najwięcej to pogadała Pani Ela. Roy (tak ma na i m ię) usiłuje mówić po słowacku, ale zna ty lko kilka słów. Mimo wszystko, jakoś konwersujemy, troszkę i na migi. Roy ma koło 70 lat, jego żona tak między 20, a 30. Oboje bardzo sympatyczni i r ówni Koło północy Pani Ela przetłumaczyła nam, co gadali przez szczekaczkę. Pociąg spóźni się godzinkę. Należy się cieszyć, że tylko tyle... Mamy dużo czas u. Oglądam z zaciekawieniem, jak sprzątacze zamiatają peron. Przeganiają porozkładane rodziny, zamiatając góry śmieci, wzniecając przy tym chmury kurzu. Ciekawy jestem, gdzie to to wyniosą. Zaraz się dowiaduję. Nigdzie. Zwalili na tory. Wreszcie podjeżdża opóźniony pociąg. Mamy zarez erwowane miejsca w wagonie B2, więc ustawiamy się na początku, tak aby daleko nie chodzić. Patrzę się na oznaczenia wagonów. Jest A1, A2, B1 i zaraz J1, J2... Pociąg długi jak diabli, czort wi, gdzie jest nasz wagon... Pani Ela pyta się przechodzącego konduktora, który kieruje nas na sam koniec składu... Biegniemy!!! Pani Ela, jak kozica rwie do przodu, aż się kurzy... Ja za nią, a dalej pozostali. Po przebiegnięciu jakiś dwóch wagonów oglądam się za siebie, sprawdzając, czy wszyscy nadążają. Pozostała trójka jest kilkanaście metrów za mną, a daleko w tyle, cały wagon wstecz Roy z żoną. Widzę, że raczej nie ma szansy, aby zdążył za nami. Wracam i po krótkiej szarpaninie ze słowackim Amerykaninem, wyrywam mu walizkę. Nie czuję ciężaru, tylko jest troszkę niewygodna do niesienia. Dobr Powoli doganiam Maćków. Mijam ich, dobiegam do Agnieszki. Jej nie mijam. Biegnie, a właściwie szybko truch ta środkiem przejścia przy pociągu. Ani z prawej, ani z lewej nie dało rady minąć. Zwalniam i truchtam za nią. Patrzę się, jak Pani Ela daleko w przodzie, wsiada do wagonu. Pociąg rusza. Jesz Nie mamy innego wyjścia wskakujemy do jadącego już pociągu. Wrzucam walizkę Roya i sam wspinam się po schodkach, za mną pozostali. Jesteśmy na samym końcu wagonu. Są cztery prycze. Trzy zajęte, a jedna wolna. Robimy tyle zamies Dociera zasapany Roy z Calimą . Przeszli przez dwa wagony. Niestety, dalej iść się nie da, b rak przejścia. Śmiejemy się, szczęśliwi, że jednak się udało i nie zostaliśmy w Agrze... Trzy prycze wolne. Pozostał tylk Jako ś p ow oli emocje opadają i zaczynamy się zastanawiać co dalej. Ja bez paszportu, wszyscy bez biletów. Niech przyjdzie konduktor, to będzie zabawa... Od Hi ndusa, który pozostał, dowiadujemy się, że przystanek będzie dopiero koło Ponieważ nie można nic z robić, idę spać. To znaczy siadam na plecaku i drzemię, czekając na stację. Robi się zimnawo, ale jakoś wytrzymuję. Tylko, co jakiś czas wstaję i się gimnastyku ję dla rozgrzewki. Mam rozgrzewacz, ale wyjmuję go dopiero pół godziny przed stacją. Teraz i rozgrzeje i będzie dobre na s Wyjmuję buteleczkę (100 ml) „Żołądk owej gorzkiej” i (100 ml) „Żubrówki” . Dwie setki na siedem osób (Hindusa, też poczęstowałem). Dobre i to... Niestety, nikt więcej się nie wychylił... Wreszcie przystanek! Pani Ela już czeka i zasypuje nas informacjami.
Relacja Pani Eli
zostanie (chyba) napisane i niezwłocznie dołączone... Pani Ela odmówiła współpracy i mimo moich usilnych próśb i gróźb - zaperła się!!! W związku z powyższym, będę musiał sam opisać relację, a będzie, to bardzo ciekawe, bo postawiła na nogi dwa wagony, że o obsłudze nawet nie wspomnę... "Policjant zatrzymuje samochód i daje alkomat kierowcy. Ten nie chce dmuchać. -Dmuchnij pan, bo jak ja dmuchnę, to będzie gorzej...- mówi policjant" Szczęśliwie przypomniał mi się ten kawał (?). Podziałało...
No i dobrze, jest czas aby się obmyć... O dziewiątej jesteśmy w Khajuraho.
KHAJURAHO – miasto Trudno powiedzieć aby było to miasto. Raczej osada. Miejscowość ma ok 8 tys. mieszkańców, więc na realia indyjskie, jest malutkie. Na stacji żegnamy się z poznanymi w pociągu miejscowymi biznesmenami (poznanymi Tuk-tukiem dojeżdżamy do przystanku autobusowego. Pani Ela pobiegała i pogadała. Niedaleko jest hotel, który jest na nasze możliwości. Niedaleko, więc idziemy piechotką. Tym razem, to prawda, po kilku minutach spaceru przez wielki plac dochodzimy do hotelu.
Po krótkim odpoczynku (jednak, podróże indyjskimi pociągami, są troszkę męczące) ruszamy na zwiedzanie. Najpierw jednak wstępujemy na jedz Znaleźć kompleks świątynny nie było problemu, bo miasteczko, naprawdę nieduże i wszędzie blisko. Na bramce, przy wejściu, wartownicy jacyś senni, nieupierdliwi. Przechodzę b Zawsze chciałem obejrzeć te świątynie! Powstały między X a XIII wiekiem, wzniesione p rzez władców tamtejszych ziem. Chodząc i oglądając, jednocześnie sobie przeliczam i dochodzę do wniosku, że wtedy, kiedy tutaj się tak miło bawili, u nas, uważano taką zabawę za ciężki grzech. Tak ciężki, że aż starsza linia Piastów , przez to wymarła. Tutaj nie było problemów, oglądam rzeźbione ściany świątyń i podziwiam zarówno sprawność fizyczną, jak i pomysłowość dawnych mieszkańców. Pary, trójkąciki, kwadraciki... Przeróżne pozycje... Bardzo Na terenie parku muzealnego znajduje się kilka świątyń i jest co pooglądać. Nie tylko o przyjemności rozmnażania się, ale również o r edukcji populacji ludzkiej. Znajduję sporo scen bitewnych. Również sceny składani a o fiar z ludzi. Po terenie kompleksu chodzą umu ndurowani panowie i pilnują porządku. Każdy z nich ma gruby kij bambusowy, długości jakieś 1,2, który jest mu bardzo użyteczny. Może się podpierać, kiedy stoi... Na przykład... Chodziliśmy po wszystkich świątyniach, a następnie poszliśmy do następnego kompleksu świątynnego, który nie był płatny. Po zwiedzeniu poprzedniego, jednak nie robi już wiel kiego wrażenia. Za to przed wejściem opadła nas gromada sprzedających. Bardzo mi się podoba ły zrobione z drutu pary ze szczegółami anatomicznymi, które można było poruszać. BARDZO MI SIĘ PODOBA Wracając spotykamy tu k-tukarza, który nas rano wiózł. Za 50 rupii (3 PLN) dowiózł nas do następnych świątyń, położonych na obrzeżach miasteczka. Pani Ela kupiła dzwoneczek i wracaliśmy do hotelu przy wesołych odgłosach... W hotelu usiłowałem prz Kiedy już doszedłem do siebie, po odpowiedzi Pani Eli (co robiła Agnieszka, tego nie zdążyłem zauważyć), było już ciemnawo... Pani Ela zaordynowała pójście na festiwal, który odbywał się u podnóży Zachodnich Świątyń. Poszliśmy we dwoje. Na miejscu spotkaliśmy Raya i Calime. Mieli miejsca obok nas. Siedzieliśmy i podziwialiśmy tańce przez jakieś trzy godziny, aż nas zimno wreszcie wygoniło...
JEDZIEMY DO VARANASI
Skoro świt wstajemy. Właściwie, to jeszcze przed świtem, bo ciemno. Jest 4.30. Woda w Prawdę mówiąc, to nic nie szkodzi, bo kiedy obejrzałem autobus, którym mamy jechać, to troszkę zwątpiłem. Mój stan był bardzo podobny do tego pojazdu... Mamy jechać 12 i pół godziny. Od 6 do 18.30. Wraz z nami jedzie para starszych od nas Amerykanów. Pani Ela od razu zacz Siadanie z przodu, niedaleko kierowcy i silnika, to jednak nie był zbyt Przez pierwszą godzinę usiłowałem się jakoś dostosować, ale warkot był taki, że nic nie działało. Szczęśliwie szybko napchało się dużo ludzi, więc stanowili małą tarczę antydźwiękową. Jakoś drogę wytrzymałem, bo prawdę mówiąc innego wyjścia nie miałem. Każdy ratował się jak mógł. Amerykanka z Malezji wsadziła sobie do każdego ucha po chusteczce higienicznej. Bardzo ciekawie, to wygląda. Tak jakby miała dłgaśne białe kolczyki, które zwisały jej do pół szyi. Kierowca jedzie całkiem szybko. Tutaj chyba obowiązuje zasada, że kto większy i silniejszy, to ma rację. Czasami zatrzymujemy się na przystankach i wtedy mam troszkę odpoczynku od warkotu. Można wtedy rozpr Ogólnie jest całkiem nieźle, jeżeli wyłączy się słuch. Można pooglądać widoki za oknem, po Za to na drodze, co i rusz (tak około co 2-3 godziny) zmiany... Zaprzęgi wielbłądów ciągnących wózki zastępowane są przez zaprzęgi składające się z krów, czy innej rogacizny. Czasami mam okazję podziwiać słonia niosącego na grzbiecie jakieś pakunki. Jakieś 100-150 kilometrów przed Varanasi zapr Czasami widać samotną krowę na ulicy, ale to wyjątki. Większość zwierzaków pozamykana w zagrodach. Na odmianę za to, świnie biegają swobodnie. Tyle, że jakieś takie szczeciniaste, bardziej do dzików podobne. Kargul i Pawlak nie musieliby malować... Zbliża się godzina 18 i cieszymy się wszyscy z końca podróży. Już niedaleko... Na drogowskazie Jedziemy z pół godziny i widzę drogowskaz, który informuje mnie ,ze mamy jeszcze 80 km. I tak do 21.30, kiedy wreszcie nas wyładowano, gdzieś na skraju miasta... To jest właśnie ambiwalentne uczucie. Cieszymy się, że już koniec ja zdy, ale za diabła nie wiemy gdzie jesteś Szczęśliwie na miejscu jest kilka tuk-tuków. Kierow cy bardzo chętnie nas zawożą do starej części Varanasi, a nawet prowadzą do hotelu. Brak miejsc. Za sobą słyszę komentarze Maćkó w, że istnieją telefony i wszystko można było załatwić w Khajuraho. Nic nie odpowiadam. Mam cierpliwość. Oni naprawdę sobie myślą, że nam wielką łaskę robią swoim towarzystwem, a my mamy obowiązek dbać o ich wygodę. Za free... Z estymą wspominam Jacka z Peru, który był sympatyczny i pomocny, nie narzekający, traktujący wszystko ze spokojem i ciekawością... Ah! Żeby można było ich tak zostawić i jechać nawet i w W następnym hotelu znajdujemy wolne dwa pokoje. Maćki zajmują większy – zmęczeni, my się upychamy w mniejszym. Oni spać, a my na kolację. Do knajpki przyhotelowej nad Gangesem. Świat jest naprawdę mały! Znowu spotykamy Raya i Calinę. Przylecieli do Varanasi samolotem. Siedzimy i gadamy do pólnocy. To znaczy, głównie Pani Ela, ja z Rayem rozmawiam w języku różnym. Słowacko-polsko-angielsko-migowym.
VARANASI 3.02 środa
Nareszcie się wymyłem ku zadowoleniu obu pań. Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak Śniadanie jemy w hotelu z widokiem na Ganges. Piękny widok! I to smakujemy, bo jedzenie dobre, ale takie, jakieś hinduskie... Po śniadaniu idziemy (we dwoje) na brzeg rzeki i bierzemy łódkę na godzinę Jest pięknie! Cisza, spokój, tylko czasami słychać wrzaski ptaszków no i plusk wody popychanej wiosłami zadowolonego z pracy Hindusa. Płyniemy pod prąd, mijając śmieci i różne paskudztwa. Zastanawialiś Podczas obiadu dogaduje my wyj azd do Bhopal. Decyzja – jedziemy wszyscy. To nie jest moja decyzja! Ale się dos tosow uję. Co zresztą mam zrobić? Aby uczcić decyzję o dalszej, wspólnej podróży płyniemy w piątkę, tym razem w dół rzeki. Na łódce jakoś tak rozmowa zeszła na Raya. Maciek nie może zrozumieć, że Słowacy, to nie Czesi i Po drodze do hotelu kupujemy bilety do Bhopal. Za jeden bilet 1200 rupii. Robimy drobne zakupy, koszulki dla mnie, szal dla Izy. Ja do golibrody za 20 rupii Krótka drzemka w hotelu i w MIASTO! Idziemy na brzeg rzeki, tam codziennie odbywają się występy – modły, ku czci Boga Rzeki – Gangi. Sporo turystów, ale i miejscowych nie brakuje... Pątnicy i wydrwigrosze. Jeden, pomalowany na brunatno, z opuchniętą stopą (spotkałem go na drugi dzień – opuchlizna, widać było w świetle słonec znym, że Przy okazji sobie go obejrzałem. Chudy, na skraju wycieńczenia, niestary – tak, na oko 30-35 lat, oczy czerwone – pewnie po opium, albo haszu. Pieniądze wyrzucone w błoto... Przyszedł jeszcze jeden. Namalował nam kropki na czołach i też chciał datek. Filmowałem występy – modły, stojąc przy murku, kiedy podeszły krowy. Coś tam wysypali i chciały się najeść. Wśród nich jeden byk. Musiałem się z nimi siłować, bo nie bardzo im odpowiadało, że tam stoję. Mimo wszystko, przetrwałem. Byczek się troszkę bo mnie przytulał, tak że musiałem go traktować łokciem – myślałem, że wykastrowany. Kie Indie! Przypomina mi się, jak nalewałem piwo, a mucha siedziała na szyjce butelki. Nalałem do szklanki, butelkę postawiłem, a ona dalej siedziała. Dopiero Pani Ela ją zgoniła, sama odlecieć nie chciał Wracając, już po występach, nagle zgasło światło! Ciemnica na ghatach! Idziemy w stronę hotelu. Wylazły jakieś typy i, korzystając z ciemności, oferują hasz i opium. Trawki nie mieli, więc zrezygnowałem, te pierwsze dwa dopalacze za mocne dla mnie... Po krótkim błądzeniu ciasnymi uliczkami (około 1,5 metra szerokości) docieramy do spalni. Przyjechała grupa Koreańczyków, więc mamy jeden pokój. Ten duży. Śpimy u Maćków. Lepiej to, niż ulica...
Varanasi 4.02 czwartek
Jeszcze przed świtem, Agnieszka po szła oglądać wschód słońca nad Gangesem . Zapraszała do towarzyszenia, ale chętnych nie było. Twardzielica!!! Kiedy się drugi raz obudziłem, już wróciła. Zdała relację z cudnego widoku, jaki obejrzała i aby nas zazdrość zeżarła już całkiem, pokazała fotki. Bardzo mi się Ponieważ Pani Ela ma małą niedyspozycję zdrowotną (łakomstwo wychodzi – w czoraj zeżarła ciasteczka ulepione, nie smażone), więc na śniadanie poszedłem z „Rannym Ptaszkiem”. Posiedzieliśmy tros zkę Przebiliśmy się przez starą cz ęść miasta, aż wyszliśmy na główną ulicę. W rezultacie trafiliśmy do przyulicznego barku, w którym oferowano placuszki z sosem. Sos był w miseczce, z której tym placuszkiem go się wyjadało. Bardzo szybko nauczyłem się to robić. I nawet ma Mamy siły, więc wracamy. Po półtorej godzinie błądzenia zaułkami, wreszcie wych odzimy na brzeg rzeki. Trochę nam się zeszło, ale miało to i swoje dobre strony. Mogliśmy pooglądać uliczki, gdzie turystów nie było widać. Agnieszka przy okazji kupiła biały ser (podobno bardzo smaczny – szczęśliwie nie dałem się skusić), po którym, na drugi dzień nie czuła się zbyt pewni Właściwie, to tylko ja nie chorowałem. Tyle, że mam swój sposób na hinduskie jedzenie. W garkuchniach, na stoliku stoją miseczki z czuszką. Za każdym razem, przed posiłkiem zjadałem ze dwie, tak że bakteria, która trafiła do żołądka, została spalona (przynajmniej s Kiedy znaleźliśmy się nad rzeką , to już właściwie byliśmy w domu! Jeszcze tylko troszeczkę błądzenia, bo musieliśmy ominąć ghat, na którym odbywała się ceremonia pogrzebowa i już przed 11 jesteśmy w hotelu. Pani Eli nie ma. Poszła coś zjeść, a później na spacer. Czkając na nią uprałem sobie spodnie, gacie i skarpetki (zaczynały się już kończyć). Kiedy się zacząłem zastanawiać, czy nie byłoby również dobrze wyprać komplecik, którego używałem do spania – przyszła moja druga, lepsza połowa. We dwoje raźniej się chodzi, więc poszliśmy powłóczyć się troszkę po mieście. Pani Ela chciała zwiedzić świątynię, o której pisali w przewodniku. Weszła na teren przyświątynny. Po obszukaniu. Ja, kiedy zobaczyłem, co mnie może czekać, zrezygnowałem. Zaraz zresztą wyszła, wściekła i brzydko mówiąca. Okazało się, że wstęp do świątyni mają tylko wyznawcy. Idziemy tunelem przecho dząc ym pod domami i prowadzącym do ghatu. Ciemnawo, Po prawej stronie siedzi kobiecina. Również stara. Ale inna. Wysuszona do granic możliwości. Ubrana w niebieskawą suknię w jakieś kwiaty, a na plecy ma zarzucony czerwonawy pled, czy szal. Wszystko brudnawe, ale w tym mieście trzeba by codziennie prać, aby mieć czyste rzeczy... Siedzi w kucki, a kiedy podcho dzimy, wyciąga rękę. Po datek. Spowolnione ruchy, jakby ją to kosztowało wiele wysiłku. Ręka żylasta, wysuszona. Skóra i ko Te oczy i rezygnacja w nich... I zaraz pytania – cz Przedłużyłoby, to jej wegetację o jakiś dzień, czy dwa... Czy nic nie dając skazałem ją na śmierć? Jednocześnie życie dla niej miało jakąś wartość, skoro tak zabiegała o przeżycie jeszcze jed Kipling w swojej książce ustami Kima powiedział „ Kto żebrze po cichu – umiera również po cichu”. Znał Indie. Kiedy wyszliśmy na brzeg, idąc w stronę hotelu, dorwał mnie masażysta. Oferował masaż barków za 10 rupii. Skończyło się na całościówce za 100. Ale było warto. Jest pięknie. W hotelu mamy z powrotem swój pokój, bo żółta rasa wyjechała. Kierownik – rudowłosy Hindus – szczerzy zęby, dostał od Pani Eli wczoraj czekoladę i mówi, że jej smak przypomniał mu dzieciństwo. Mała rzecz, a cieszy... Agnieszka została w pokoju u Maćków, więc mamy pokój dla siebie! Jednak, co sami, to sami...
Varanasi 05.02 piątek
Opuszczamy W knajpce przyhotelowej (tej z widokiem) zjedliśmy makaron. W menu, była dumna nazwa „sphagetti”, ale ja bym tego tak nie nazwał. Zresztą zostaliśmy ukarani, bo paskudne... Jak mi się Idę do fryzjera, chwila nieuwagi i wwalił mi na twarz kupę kremu i robi masaż. A przecież tłumaczyłem, że tego nie chcę! Jeszcze bym ścierpiał, ale zaczynamy się spieszyć na stację i w związku z tym mamy ograniczoną ilość czasu. Wyrwałem z fotela, jakby mnie kto kolnął. Musiałem mie O 14 jesteśmy w hotelu, zabieramy bagaż i na stację. Przy okazji Pani Ela dowiedziała się, że rude włoski na głowach noszą modnisie, nic związanego z religią, a jeżeli to z tą z Kajuraho... Na stacji szybko znajdujemy swój pociąg i miejsca w nim. Jeszcze roznoszony przez sprzedawców „ciaj”, papieros i jedziemy!!! Jutro o 7.30 mamy być w Bhopal.
Bhopal 06.02 sobota Przed świtem (ok.6.00) wstajemy. Ścielimy prycze i składamy je. Już siedząc oglądamy krajobraz. Różni się od poprzednich widoków, tym , że częściej pokazują się Wreszcie dojeżdżamy. Bhopal. Bożena z Agnieszką zostają przy stacji pilnując plecaków, a my, to znaczy Pani Ela, Maciek i ja, idziemy szukać hostelu.
Oblecieliśmy całą uliczkę, ale niczego normalnego (według nas), nie znaleźliśmy. Wracam na stację, bo latanie w trójkę nie ma sensu. Pani Ela z Maćkiem jadą do centrum miasta szukać dalej... Mamy troszkę czasu, więc wychodzę pr Półgłosem coś tam mówił, z czego zrozumiałem tylko „Bin-Laden”. Taka niechęć i nienawiść była w jego oczach, że bez trudu zrozumiałem, co mi obiecuje. Ponieważ mówił po swojemu, ja mu odpowiedziałem po polsku. Dobrze, że nie zrozumiał, bo byłby konflikt międzynarodowy...
Po 11, jesteśmy już zakwaterowani, a ponieważ na miejscu jest jadłodajnia, to od razu jemy śniadanio-obiad. Wielki Meczet – jednak mniejszy niż w Sousse (Tunezja), ładny z zewnątrz, w środku niezbyt ciekawy... Perłowy Meczet – marmurowe, białe kopuły pięknie błyszczące w słońcu... Jedziemy do muzeum im Indiri Ghandi. Jest co pooglądać, ale ciągłe krzyki zachwytu Maćków psują mi całą radość. Jestem ich towarzystwem tak zmęczony, że zgubiłem okulary. Wszyscy szukali! Po jakiś 5 minutach znalazłem je na nosie (zupełnie, jak Pan Hilary). Bhopal leży nad zalewem, który został Zupełnie inaczej niż do tej pory. Zieleniej, cieplej, ludzie nie tak nachalni... Turystów mało. Miejscowi, to w większości muzułmanie, hinduistów niewielu, poznaję ich po namalowanych kropkach na czołach. Brak krów i zabiedzonych psów. Posadzone bugenwalie, które ubarwiają ulice są Po zalewie pływają łódki. Można wynająć łódkę z przewoźnikiem lub bez. Cała czwórka płynie z wioślarzem pooglądać miasto z wody. Ja zostaję. Jestem zmęczony towarzystwem i potrzebuję spokoju... Poszwendałem się troszkę po brzegu oglądając kawiarenki przy bulwarze. W jednej przysiadłem i czekając na powrót reszty popijałem Kiedy wrócili zwalniam z Panią Elą „naszego” tuk-tuka i decydujemy się zostać jeszcze nad wodą. Teraz płyniemy we dwoje. Wynajętą łódeczką z napędem, jak rower wodny. Jest pięknie! Cisza, spokój. Świergot ptaków, błękit nieba, zielonawo-niebieskawa woda. Lekki wiaterek chłodzący nas na wodzie. Jest bosko... Jak mało potrzeba do szczęścia człowiekowi... Później idziemy do kawiarenki na wzgórzu i pijemy mrożoną kawę. Kwintesencja szczęścia... Delektujemy się, sącząc wolno, prze z słomkę, aby na dłużej starczyło. Słodkawo-gorzkawo-kawowy napój mrozi przyjemnie przełyk... I ten widok z tarasu... Wszystko co dobre (ale i złe – tyle że dłużej trzeba czekać) się kończy. Skończyła się kawa w pucharkach, trzeba zapłacić (a było tak przyjemnie) i jedziemy na stację.
Kierowca, typowy ortodoks muzułmański (przynajmniej ja sobie tak ich wyobrażam, a i niedużo odstawał wyglądem od bojowni ków talibskich, których oglądałem na szklanym ekranie). Brodaty, w długim chała Za kur Na stacji szukamy chętnego, który za stosunkowo niewielkie pieniądze zawiezie nas do Bimbhetki. Chcą po dwa trz y tysiące. Przy okazji podziwiam dwie kózki wyg rzewające się na masce samochodu... Wreszcie znajdujemy jednego chętnego, który decyduje się na 1100 rupii. Do Bimbhetki trzeba jechać z Bhopal jakieś półtorej godziny. Tak więc cena w miarę dobra. Kierowca ma starego Ambasadora (taka marka samochodu), w który mamy się zmieścić całą piątką. Facet średnio nam ufał, bo dowiózł nas do hotelu i tam pogadał z recepcjonistą. Uspokojony, że jednak tam mieszk My przy okazji dowiedzieliśmy się, że mieszkamy bardzo blisko stacji, a ta długa droga, którą jechaliśmy rano, to było coś takiego, jak u nas taryfiarze czasami robią. Z Dworca Centralnego na Wolę prze z Grochów... Jeszcze tylko kupujemy bilety do Jhansi na pojutrze (230+50 obsługa) i mamy wolne! Po dniu pełnym wrażeń, na wygodnych łóżkach zasypia się wspaniale!
Bhopal - Bihmbetka 07.02 niedziela
Noc upojna – upłynęła na ciągłym budzeniu się, bo na niedalekiej stacji pociągi wyły. O siódmej zamówiliśmy śniadanie. Kanapki. Po czterdziestu minutach czekania – zrezygnowaliśmy. Kierowca już czekał. Wołamy Macków i do samochodu. Jeszcze w ostatniej chwili wciśnięto nam zapakowane w torebki kanapki – suchy prowiant. Koło 9.30 byliśmy przy skałkach... Bardzo chciałem tutaj przyjechać. Zawsze interesowała mnie Starożytność, a to nawet nie Starożytność, tylko pre... A nawet pre, pre, pre... Malunki naskalne. Najwcześniejsze sprzed 15 tys ięcy lat. Można połazić, pooglądać... Przed wejściem na teren zwiedzania, poprosiłem P anią Elę, aby dała mi możliwość w ciszy popodziwiać. -My też się mamy nie odzywać? - Maciek chyba szuka zaczepki. -Mało mnie interesuje, co będziecie robić. Poczekam, aż przestanę Was słyszeć i dopiero pójdę.- nie dałem się sprowokować. A szkoda.
Puściłem wszystkich przodem i sam kontemplowałem. Czasami przes zkadzały mi małpy skaczące po drzewach, bądź wsp inające się po skałkach. Dodawało to jednak swois tego kolorytu i pomagało wyobraźni. Przez jakiś czas chod Było warto! Nie dość, że skały cudnie położone, to wspaniały widok na płaskowyż rozciągający się u stóp skałek... Łazimy i zwiedzamy zarówno skałki, jak i okolicę do południa. Na parking zaczęły się zjeżdżać samochody osobowe i Wracamy do Bhopal. Wieczorkiem, po pełnym wrażeń dniu idę z Panią Elą na spacerek po ulicach miasta. Jest inne niż miasta północy. Może i dlatego, że tutaj większość, to muzułmanie. Jednak nie napotykamy niechęci. Raczej zaciekawienie i życzliwość. W jednej z uliczek jest Kiedy wracaliśmy, to troszkę pobłądziliśmy. Ciemnymi ulicami błądziliśmy z pól godziny zanim trafiliśmy na „naszą” uliczkę. Po drodze dopadło nas z sześcioro dzieci, a właściwie małych dzikusów. Kiedy zobaczyły, że biali idą, to najpierw zaczęły powtarzać „many, many, many”, jak nic nie dostały, zrobiły się agresywne. Pani Ela została kopnięta w nogę. Uciekły wypłoszone przez jakiegoś miejscowego, który na nie nakrzyczał.
Jhansi 08.02 poniedziałek Pociąg odjeżdża o 6.50 i odjechał zgodnie z pl Po drodze podziwiam widoki za oknem. Jedziemy z południa na północ, więc coraz mniej widać słoni i wielbłądów. (relacja Pani Eli)
Do Jhansi przyjechaliśmy t Zespól pałacowy położony jest na wyspie, na którą przechodzi się po granitowym moście. Najpiękniejszym dla nas zabytkiem na wyspie jest pałac Dżahangira, (jednakże sądząc po okrzykach zachwytu wydawanych przez innych zwiedzających nie tylko dla nas). Miejsce to jest bardzo wdzięcznym tematem dla fotografów i filmowców, (czyli wszystkich oprócz mnie), co dało mi czas na samotną kontemplację i wchłonięcie piękna na które patrzyłam. Uwagę natychmiast przykuwają dwa duże kamienne słonie Z pałaców na wyspie udajemy się do miasteczka, chcemy jeszcze odwiedzić świątynie i grobowce królewskie. Ze świątyń otwarta jest tylko r óżowa świątynia, którą zwiedzamy w środku, a potem udajemy się do zespołu wspaniałych grobowców królewskich, który z daleka wydaje się być zespołem świątyń. Po obejrzeniu grobowców w Jaipurze grobowce w Orcha nie robią tak wielkiego wrażenia, chociaż i tutaj ich budowniczowie zadbali o to aby miejsce pochówku władców było bardzo atrakcyjne dla odwiedzających. Dominują różne odcienie różu, beżu i brązu, wszystkie ciepłe i nadające bardzo pogodny nastrój całości. Po obejrzeniu zabytków planowaliśmy tutaj posiłek ale kiedy powiedziano nam w przydrożnym barze ce nę coca c Na obiad a raczej wczesną kola cję pojechaliśmy do Jhansi. Zasięga m informacji o naszej jutrzejszej drodze do Gwalior. Przy powrocie z dworca spotkał mnie prawdziwy koszmar - zapomniałam dokładnej nazwy naszego hotelu. Znalezienie myślącego kierowcy tuk tuka trochę trwało, zawiózł nas do informacji turystycznej, gdzie kobieta pokazała mi wykaz hoteli w pobliżu, co okazało się bardzo pomocne. Jeżeli się nocuje każdą noc w innym miejscu, niestety bardzo łatwo się pomylić a nie wszystkie hotele w których mieszkaliśmy miały wizytówki. Droga do Gwalior 09.02 (wtorek) Wczesnym ranem pakujemy się i jedziemy na dworzec autobusowy w Jhansi. Tym razem (nie tak W środku prawie pusto, chowamy plecaki do bagażnika, który udaje nam się zamknąć własną kłódką i zadowoleni zajmujemy miejsca siedzące. Autobus stopniowo się zapełnia, jednak Na moich kolanach usadowiono małe dzieci, które ani przez chwilę nie były wystraszone. Na kolana Piotra pan postawił torbę i uznał to miejsce tak samo dobre jak każde inne. Autobus (w odróżnieniu do poprzedniego którym jechaliśmy do Varanasi) przejeżdżał przez wiele
Kierowca wiezie nas do trzygwiazdkowego hotelu Tansen, gdzie dostajemy dwa pokoje po (1700 rupii każdy) i były to najdroższe pokoje na całym naszym wyjeździe. Wokół hotelu rozciąga się mały ogród i Park - rzecz niespotykana w tej części Indii.
Gwalior Zrzucamy bagaże i udajemy się na poszukiwanie miejsca gdzie moglibyśmy coś zjeść oraz kupić bilety kolejowe na jutro do Delhi. Znajdujemy miejsco Mając sporo wolnego czasu włóczymy się z Agnieszką i Piotrem po dzielnicy położonej u stóp fortu. Wszystkie ulice zamienione na miejscowy bazar, gdzie handluje się głównie badziewiem, oglądamy miejscowych a oni przyglądają się nam. Brak jest innych turystów, więc stanowimy małą atrakcję Po kilku godzinach znajdujemy stare miasto w Gwaliorze a w nim Park z dwoma grobowcami. Grobowiec Mohammada Ghausa (sufickiego świętego) zbudowano w XVI wieku z miejscowego różowego kamienia, Spędzamy tu trochę czasu, bo miejsce wyjątkowo urokliwe. Niestety tak jak wszędzie w Indiach nie ma możliwości aby wygodnie usiąść i nacieszyć się oglądanymi zabytkami. Podczas całego wyjazdu do Indii bardzo brakowało nam takich Jedyną przyzwoitą kawiarnię z tarasem znaleźliśmy w Bhopal nad jeziorem. Chociaż praktycznie codziennie odwiedzaliśmy różne piękne miejsca, to w żadnym nie pomyślano aby zatrzymać na dłużej turystów. Wieczorem przy myciu znajduję karalucha w łazience, który wcale nie wygląda na spłoszonego, niestety pomimo wysokiej ceny i przyzwoitego wyglądu, nasz hotel jest taki jak inne, w których do tej pory zatrzymywaliśmy się.
10.02 środa
Rankiem zostawiamy bagaże w recepcji hotelowej i udajemy się na zwiedzanie fortu. Dojście do Do dnia dzisiejszego zachowało się w dobrym stanie kilka pałaców i świątyń. Wchodzimy na dziedziniec aby kupić bilety i w tym miejscu spotyka mnie wielka niespodzianka, miejscowy dzieciak około 10 lat udziela mi wszystkich Idziemy zwiedzać XVI wieczny pałac Man Mandir, gdzie zachwycamy się zdobnictwem wewnętrznych komnat i dziedzińców, tworzących tutaj prawdziwy labirynt, w którym kilkakrotnie się gubimy. Natomiast polecane przez przewodnik podziemia nie robią na mnie wielkiego wrażenia. Obchodzimy całe wzgórze, które obecnie zatraciło pierwotny kształt i charakter, znajdujemy hurtownie, mały zakład pracy i Po południu odbieramy plecaki z hotelu i udajemy się do wczorajszej jadłodajni a potem na dworzec. Z informacji dowiaduję się, że pociąg na razie opóźniony jest godzinę. Znajdujemy sobie wolną ławkę przy kasach biletowych i czekamy starając się zabić czas a opóźnienie pociągu ciągle rośnie. Kupiłam bilety na zwykły express i nie jest dla nas pocieszeniem, że super expressy (dużo droższe) też są opóźnione. Czekanie najbardziej uciążliwe jest na peronie, kiedy bez przerwy ktoś podchodzi albo żebrząc albo coś oferując. Wymęczeni docieramy do Delhi około północy i na miejscu orientujemy się, że przyjechaliśmy na inny dworzec. Do hotelu gdzie mamy nocleg trzeba dojechać pół godziny taksówką. W hotelu kolejna niemiła niespodzianka, recepcjonista nie zapisał naszych rezerwacji, na szczęście mieli wolne pokoje.
DHELI 11.02 (czwartek) Ostatni dzień pobytu w Indiach chcemy poświęcić na zakupy i zobaczyć co się jeszcze da w Wreszcie jedziemy do obiecanej świątyni sikhijskiej. Przed wejściem idziemy do niewielkiego budynku gdzie zostawiamy obuwie i spotykamy całą grupę (samych mężczyzn) żywo dyskutujących Sikhów. Kiedy nasz kierowca oznajmia, że jesteśmy z Polski dostajemy bezpłatną broszurę w języku polskim o sikhizmie. Jeden z obecnych
Siadamy na dywanie przy wejściu i Rajiv opowiada mi o powstaniu religii Sikhów, o ich zwyczajach, dumie i przywiązaniu do tradycji. Przy wyjściu Rajiv prowadzi nas do stojącego z boku Sikha, który daje nam na rękę trochę ryżu z miodem. Potem idziemy zobaczyć ogromną stołówkę, prowadzoną przez Sikhów i która jest ogólnie dostępna i darmowa. Spotkanie z Sikhami i zwiedzanie ich świątyni, było najciekawszym punktem naszego ostatniego dnia pobytu w Indiach.
|







