Warszawa: Pogoda - Wirtualna Polska
Aktualna prognoza pogody dla całej Polski, Europy i Świata. Temperatura, deszcz, Słońce, śnieg, wiatr... o tym się dowiesz w naszej prognozie pogody. Pogoda na lato, jesień, zimę i wiosnę.
Wirtualna Polska S.A. - wp.pl
  • Warszawa

    Pochmurno i czasami deszcz.
    temp. max: 19°C
    temp. min: 13°C
    Wiatr poł-wsch.
    28.8 km/h
    Wsch. słońca 06:00
    Zach. słońca 19:06
                                  więcej>> pogoda.wp.pl

Losowe zdjęcia z galerii

Naxos.22
Image Detail
Paracas-rez...
Image Detail
INDIE - ŚWIAT W PIGUŁCE - KAJURAHO Drukuj Email
Wpisany przez Piotr Wojtkowski   
Spis treści
INDIE - ŚWIAT W PIGUŁCE
DELHI
JAIPUR
AGRA
KAJURAHO
Droga do Varanasi
VARANASI
BHOPAL
JHANSI
GWALIOR
DHELI
Wszystkie strony

 

KAJURAHO - pociąg 01.02.2010 poniedziałek

 

Jedziemy do Kajuraho! Ale póki co, to czekamy w pokoju Maćków. Pociąg ma przyjechać dopiero koło 24, więc hotelarz pozwolił poczekać na miejscu. Troszkę sobie pogadaliśmy, troszkę sobie podrzemałem. Tak do 23...

Wreszcie idziemy na stację! Niedaleko, ale trzeba uważać, bo jak co wieczór wyłączono prąd i jest ciemno. Tu i ówdzie na ulicę pada poblask z okien, lub z palących się małych ognisk porozpalanych przed szałasami zamieszkałymi przez biedotę .

Czasami przejeżdża tuk-tuk, który na krótko oświetla ulicę. Dochodzimy do stacji, która jest wypełniona ludźmi. Tutaj życie cały czas się toczy.

Podłoga jest pozajmowana przez rodziny, które two rzą ludzkie kółka. Śpią, jedzą, rozmawiają. Czasami dziecko ma potrzebę, więc matka(?) wysadza je za krawędź peronu. Na tory. Oglądam to wszystko z ciekawością, bo to dla mnie egzotyka...

Na peronie nie ma zbyt wiele miejsca, ale jakoś znajdujemy kawałek i tam zwalamy plecaki. Połaziłem trochę po peronie i udając, że umiem czytać zatrzymałem się przy tablicy informacyjnej, gdzie wisiały jakieś płachty papieru. Od góry do dołu po zapisywane jakimiś nazwiskami.

W pewnym momencie znajduję swoje, a niżej pozostałej czwórki. Przypisani jesteśmy do pociągu, więc z pewnością pojedziemy! Z tą radosną nowiną wracam do pozostałych. Każdy po kolei leci sprawdzić, czy aby na pewno jest, a jeżeli jest, to jak jego nazwisko zostało zdeformowane. Różnice były niewielkie. Biedny tylko ten co to pisał!!! Mamy typowe polskie nazwiska z sz, cz i dziwnie - zgodnie z pisownią angielską poumieszczane sp ółgłoski.

Kiedy tak staliśmy, podeszła do nas para. On Amerykanin (słowackiego – po ojcu, pochodzenia), ona Wietnamka.

Najwięcej to pogadała Pani Ela. Roy (tak ma na i m ię) usiłuje mówić po słowacku, ale zna ty lko kilka słów. Mimo wszystko, jakoś konwersujemy, troszkę i na migi. Roy ma koło 70 lat, jego żona tak między 20, a 30. Oboje bardzo sympatyczni i r ównież jadą do Kajuraho tym samym wagonem B2.

Koło północy Pani Ela przetłumaczyła nam, co gadali przez szczekaczkę. Pociąg spóźni się godzinkę. Należy się cieszyć, że tylko tyle...

Mamy dużo czas u. Oglądam z zaciekawieniem, jak sprzątacze zamiatają peron. Przeganiają porozkładane rodziny, zamiatając góry śmieci, wzniecając przy tym chmury kurzu.

Ciekawy jestem, gdzie to to wyniosą. Zaraz się dowiaduję. Nigdzie. Zwalili na tory.

Wreszcie podjeżdża opóźniony pociąg. Mamy zarez erwowane miejsca w wagonie B2, więc ustawiamy się na początku, tak aby daleko nie chodzić.

Patrzę się na oznaczenia wagonów. Jest A1, A2, B1 i zaraz J1, J2... Pociąg długi jak diabli, czort wi, gdzie jest nasz wagon... Pani Ela pyta się przechodzącego konduktora, który kieruje nas na sam koniec składu...

Biegniemy!!! Pani Ela, jak kozica rwie do przodu, aż się kurzy... Ja za nią, a dalej pozostali. Po przebiegnięciu jakiś dwóch wagonów oglądam się za siebie, sprawdzając, czy wszyscy nadążają. Pozostała trójka jest kilkanaście metrów za mną, a daleko w tyle, cały wagon wstecz Roy z żoną.

Widzę, że raczej nie ma szansy, aby zdążył za nami. Wracam i po krótkiej szarpaninie ze słowackim Amerykaninem, wyrywam mu walizkę. Nie czuję ciężaru, tylko jest troszkę niewygodna do niesienia. Dobrze, że ma kółka, to łatwiej utrzymać...

Powoli doganiam Maćków. Mijam ich, dobiegam do Agnieszki. Jej nie mijam. Biegnie, a właściwie szybko truch ta środkiem przejścia przy pociągu. Ani z prawej, ani z lewej nie dało rady minąć. Zwalniam i truchtam za nią. Patrzę się, jak Pani Ela daleko w przodzie, wsiada do wagonu. Pociąg rusza. Jeszcze dwa wagony do minięcia. Nie damy rady. Roy pozostał daleko w tyle.

Nie mamy innego wyjścia wskakujemy do jadącego już pociągu. Wrzucam walizkę Roya i sam wspinam się po schodkach, za mną pozostali.

Jesteśmy na samym końcu wagonu. Są cztery prycze. Trzy zajęte, a jedna wolna. Robimy tyle zamieszania, że robią się dwie wolne.

Dociera zasapany Roy z Calimą . Przeszli przez dwa wagony. Niestety, dalej iść się nie da, b rak przejścia.

Śmiejemy się, szczęśliwi, że jednak się udało i nie zostaliśmy w Agrze...

Trzy prycze wolne. Pozostał tylko j ed en, nie miał nogi.

Jako ś p ow oli emocje opadają i zaczynamy się zastanawiać co dalej. Ja bez paszportu, wszyscy bez biletów. Niech przyjdzie konduktor, to będzie zabawa...

Od Hi ndusa, który pozostał, dowiadujemy się, że przystanek będzie dopiero koło 4. Mamy trzy godziny czasu.

Ponieważ nie można nic z robić, idę spać. To znaczy siadam na plecaku i drzemię, czekając na stację.

Robi się zimnawo, ale jakoś wytrzymuję. Tylko, co jakiś czas wstaję i się gimnastyku ję dla rozgrzewki. Mam rozgrzewacz, ale wyjmuję go dopiero pół godziny przed stacją. Teraz i rozgrzeje i będzie dobre na sen.

Wyjmuję buteleczkę (100 ml) „Żołądk owej gorzkiej” i (100 ml) „Żubrówki” .

Dwie setki na siedem osób (Hindusa, też poczęstowałem). Dobre i to...

Niestety, nikt więcej się nie wychylił...

Wreszcie przystanek! Pani Ela już czeka i zasypuje nas informacjami.

 

Relacja Pani Eli

 

zostanie (chyba) napisane i niezwłocznie dołączone...

Pani Ela odmówiła współpracy i mimo moich usilnych próśb i gróźb - zaperła się!!!

W związku z powyższym, będę musiał sam opisać relację, a będzie, to bardzo ciekawe, bo postawiła na nogi dwa wagony, że o obsłudze nawet nie wspomnę...

"Policjant zatrzymuje samochód i daje alkomat kierowcy. Ten nie chce dmuchać.

-Dmuchnij pan, bo jak ja dmuchnę, to będzie gorzej...- mówi policjant"

Szczęśliwie przypomniał mi się ten kawał (?). Podziałało...


Włażę na swoje łóżko i wyciągam się. Zauważam samotnego karalucha, ale zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, schował się pod listwą. Mimo komentarzy i narzekań Maćków, zasypiam jak dziecko i śpię aż do ósmej. Pospałbym dłużej, ale ktoś w głębi wagonu zaczął coś po ichniemu opowiadać.

No i dobrze, jest czas aby się obmyć... O dziewiątej jesteśmy w Khajuraho.

 

KHAJURAHO – miasto

Trudno powiedzieć aby było to miasto. Raczej osada. Miejscowość ma ok 8 tys. mieszkańców, więc na realia indyjskie, jest malutkie.

Na stacji żegnamy się z poznanymi w pociągu miejscowymi biznesmenami (poznanymigłównie przez Panią Elę) i załapujemy się na tuk-tuka. Royowie, wcześniej pojechali hotelowym samochodem zostawiając nam adres i zapraszając do odwiedzin.

Tuk-tukiem dojeżdżamy do przystanku autobusowego. Pani Ela pobiegała i pogadała.

Niedaleko jest hotel, który jest na nasze możliwości. Niedaleko, więc idziemy piechotką. Tym razem, to prawda, po kilku minutach spaceru przez wielki plac dochodzimy do hotelu.

Z zewnątrz i w środku bardzo sympatycznie. Niewielki, piętrowy budynek wśród zieleni. Ptaszki śpiewają,słoneczko świeci, jest ciepło i dobrze. Bardzo mi się podoba i okolica i ludzie, którzy nie są tak nachalni, jak we wcześniej odwiedzanych miastach. No i mało turystów...

 

Po krótkim odpoczynku (jednak, podróże indyjskimi pociągami, są troszkę męczące) ruszamy na zwiedzanie.

Najpierw jednak wstępujemy na jedzonko, bo po tej jeździe troszkę ssie w brzuszkach. Jakoś przeszliśmy opłotkami do „centrum” miasta mało zaczepiani przez dzieciarnię. Na tarasie garkuchni, na słoneczku, w trójkę późnośniadaliśmy. Mało turystów, cisza... Odpoczywam od miasta...

Znaleźć kompleks świątynny nie było problemu, bo miasteczko, naprawdę nieduże i wszędzie blisko.

Na bramce, przy wejściu, wartownicy jacyś senni, nieupierdliwi. Przechodzę bez żadnych przeszkód.

Zawsze chciałem obejrzeć te świątynie! Powstały między X a XIII wiekiem, wzniesione p rzez władców tamtejszych ziem. Chodząc i oglądając, jednocześnie sobie przeliczam i dochodzę do wniosku, że wtedy, kiedy tutaj się tak miło bawili, u nas, uważano taką zabawę za ciężki grzech. Tak ciężki, że aż starsza linia Piastów , przez to wymarła.

Tutaj nie było problemów, oglądam rzeźbione ściany świątyń i podziwiam zarówno sprawność fizyczną, jak i pomysłowość dawnych mieszkańców. Pary, trójkąciki, kwadraciki... Przeróżne pozycje... Bardzo mi się podoba... Paniom chyba też, bo oglądają z zainteresowaniem i ciekawością, zatrzymując się przy ciekawszych scenach. Jakie szczęście, że chrześcijaństwo i islam tutaj nie dotarły!!!

Na terenie parku muzealnego znajduje się kilka świątyń i jest co pooglądać. Nie tylko o przyjemności rozmnażania się, ale również o r edukcji populacji ludzkiej. Znajduję sporo scen bitewnych. Również sceny składani a o fiar z ludzi.

Po terenie kompleksu chodzą umu ndurowani panowie i pilnują porządku. Każdy z nich ma gruby kij bambusowy, długości jakieś 1,2, który jest mu bardzo użyteczny. Może się podpierać, kiedy stoi... Na przykład...

Chodziliśmy po wszystkich świątyniach, a następnie poszliśmy do następnego kompleksu świątynnego, który nie był płatny. Po zwiedzeniu poprzedniego, jednak nie robi już wiel kiego wrażenia. Za to przed wejściem opadła nas gromada sprzedających. Bardzo mi się podoba ły zrobione z drutu pary ze szczegółami anatomicznymi, które można było poruszać. BARDZO MI SIĘ PODOBAŁY... Jednak, kiedy sobie pomyślałem o plecaku, to doszedłem do wniosku, że nie ma sensu tego kupować, bo by się zrobiły dwuwymiarowe w tym ścisku.

Wracając spotykamy tu k-tukarza, który nas rano wiózł. Za 50 rupii (3 PLN) dowiózł nas do następnych świątyń, położonych na obrzeżach miasteczka. Pani Ela kupiła dzwoneczek i wracaliśmy do hotelu przy wesołych odgłosach...

W hotelu usiłowałem przekonać panie, że będąc w tym kraju powinniśmy się zachowywać, tak jak tutejsi. Czyli brać przykła d z rzeźb.

Kiedy już doszedłem do siebie, po odpowiedzi Pani Eli (co robiła Agnieszka, tego nie zdążyłem zauważyć), było już ciemnawo...

Pani Ela zaordynowała pójście na festiwal, który odbywał się u podnóży Zachodnich Świątyń.

Poszliśmy we dwoje. Na miejscu spotkaliśmy Raya i Calime. Mieli miejsca obok nas. Siedzieliśmy i podziwialiśmy tańce przez jakieś trzy godziny, aż nas zimno wreszcie wygoniło...