Wyszorowałem dłonie żwirem z potoku wspominając przy okazji nadmorski piach...
Zaczyna się robić ciemnawo, chociaż dopiero koło dwudziestej. Słońce powoli schowało się za góry... Zaczynam myśleć o spaniu.
Sytuacja wygląda ciekawie. Jest dach nad głową. Jak będzie padać, to nie zmoknę. Tylko gdzie się położyć. Mam trzy możliwości:
-
na ziemi
-
na ławie
-
na stole
Zarówno stół, jak i ławka mają po jakieś dwadzieścia coś tam centymetrów szerokości. Mój materac jest prawie dwa razy szerszy...
Na ziemi, niezbyt chcę się rozciągać, bo jakoś niezbyt lubię, kiedy coś szuka ciepła i chce się przytulić.
W rezultacie wybieram ławę. Jak spadać, to z połowy metra, zamiast z całego...
Na stole poustawiałem sobie potrzebne (w razie czego) rzeczy. Butelkę z wodą, latarkę, znalezioną na ziemi sztabkę przerdzewiałego żelastwa (zawias do wrót stodoły, czy czegoś takiego). Szczególnie jestem dumny z tego żelastwa! Jakby co, to mam się czym bronić!
Słońce już całkiem zaszło za góry i zrobiło się ciemno. Dziewiąta wieczór i właściwie, to nie mam co robić. Trzeba iść spać.
Zdejmuję buty, które (jaki ja mądry!) pakuję do foliowych torebek, aby rano nie nabrały wilgoci. Stawiam je na stole. Sam wsuwam się do śpiwora. Robię to ostrożnie, aby się nie gibnąć i nie zlecieć. Muszę spać bardzo ostrożnie!
Kiedy już sobie leżę, słuchając szumiącego potoku, zaczynam zdawać sprawę, że właściwie, to słychać tylko potok. Żadnych ptaków, szumu drzew... Potok zagłusza wszystko. Nie usłyszę ani kiedy będzie podchodził człowiek, ani miś.
Ponieważ ręce mam schowane w śpiworze, żelastwo, które sobie przyszykowałem na „w razie czego” jest zupełnie nieprzydatne.
Jeżeli nic nie można zrobić, należy się przystosować. Przystosowałem się i zasnąłem.
Po dwóch godzinach budzi mnie kurcz łydki. Usiłuję ją rozmasować. Trochę przestaje, za to kurcz przenosi się na palce u stóp. I tak z pięć minut. Wreszcie sytuacja „sama się rozwiązła” (jak mawiał inspektor Crusoe). Spadam.
Kurcz mija, a ja znowu kładę się na ławie. Z tego wszystkiego zrobiło mi się ciepło, więc zdejmuję polar, który od tej pory służy mi za poduszkę. O wiele wygodniejsza polarowa, od plecakowej.
Budzę się się jeszcze raz koło pierwszej. Suszy, jak na wielkim kacu! Dobrze, że mam butelkę wody. Wypijam i już śpię spokojnie do samego rana. To znaczy do 4.30. Zaczęła się robić szarówka.
Jest mi dobrze. Ciepło. Przyjemnie. Aż nie chce się wychodzić.
„Nie chcem, ale muszem”...
Wyczołguję się ostrożnie ze śpiwora, zakładam buty. Zastanawiam się czy by nie było dobrze zejść do potoku i się przemyć, ale szczęśliwie nie ma Pani Eli, więc nie muszę. Zębów też nie myję. Mam gumę do żucia. Wyżułem sobie i już. Zawsze należy się cieszyć z małych rzeczy... Brak Pani Eli rekompensuję sobie wolnością w higienie.
Po pół godzinie jestem gotowy do drogi. Ruszam.
Jest chłodnawo. Jak spałem, tak i idę. Zakładam tylko polar. Śniadania nie jem, bo dla mnie jeszcze za wcześnie, zresztą, jak się trochę przegonię, to będzie lepiej smakowało.
Droga prowadzi pod górkę. Zza drzew wyłaniają się góry, które są oświetlone wschodzącym słonce. Żałuję, że nie wstałem koło pierwszej, bo wtedy doszedłbym do kosówki koło czwartej i miałbym wspaniały widok na 'świt w górach”... No, ale czasu się nie cofnie.
Za to mogę sobie pooglądać świt w lesie. Pięknie wyglądają drzewa, których korony ciemnieją na tle błękitnego już nieba. Ostre kontrasty. Cień i światło... Czasami z gałęzi zwisają pasma mchu, co mi przypomina „miejsce mocy” w Puszczy Białowieskiej.
Wreszcie zaczyna mi być ciepławo. Powiedziałbym, że nawet gorąco!
Szukam sobie miejsca, aby się rozebrać i przy okazji zjeść śniadanie. Jestem, jednak wybredny, bo miejsce musi być z widokiem i przy strumieniu.
Wreszcie, koło siódmej, już całkiem spocony, jestem w odpowiednim. Zatrzymuję się na małą przerwę.
Jak dobrze się rozebrać! Od razu lepiej się czuję! Zbędne ubranie ładuję do plecaka, a sam rozsiadam się i wchłaniam dwa kabanosy i bułeczkę. Mam widok na góry pozłocone wstającym słońcem...
Nie chcę się napychać, bo wtedy się rozleniwię i nie będzie mi się chciało iść.
Popijam resztą wody, która została od taboriska i w drogę!
Zaczynam odczuwać zmęczenie. Odwykłem od chodzenia po górach. Rozleniwiłem się i teraz są efekty! Dochodzę do wniosku, że właściwe będzie, jeżeli będę pół godziny szedł, a później pięć minut odpoczywał. Lepsze byłoby na odwrót, ale wtedy, chyba nigdy bym nie doszedł.
Robię sobie częste postoje, aby uwiecznić na zdjęciach mijane widoki. Idę coraz wyżej, więc i coraz bardziej odsłaniają się pasma górskie. Mogę na spokojnie, nie poganiany (mam dużo czasu) podziwiać krajobraz.
Byle dojść powyżej linii drzew. Byle do kosówki. Tam będzie może nie lżej, ale za to ciekawiej. Po półgodzinie spaceru koszula robi się wilgotnawa. Robię zaplanowaną przerwę.
I bardzo dobrze, bo mam okazję podziwiać pasącego się po drugiej stronie doliny koziołka. On pasł się trawą, a ja jem kabanoska. Mniej – więcej razem skończyliśmy. Odchodzę, kiedy znika za skałą.
Droga jest coraz bardziej upierdliwa. Plecak coraz cięższy. Nogi coraz gorzej się podnoszą. Czasami się potykam. Dobrze, że buty mają luz, to jakoś przeżywam. Poprzednio miałem buty dopasowane. Po spacerze duże palce u stóp zmieniły kolor na fioletowy i tak przez jakiś tydzień zostały...
Wreszcie dochodzę do kosówki! Zaczyna się teren strumieniowy. Liczne strumyczki co i rusz przecinają mi drogę. Mam okazję uzupełnić wodę i się napić, obmyć...
Wzdłuż potoku, przy którym prowadzi szlak rosną kwitnące kwiatki. Białe, żółte, niebieskie. W różnych odcieniach... A jak pachną! Żeby jeszcze droga prowadziła po równym, a nie pod górkę, to byłoby komfortowo.
Przy Litworowym Stawie robię sobie postój. Jest już dziewiąta. Niezbyt dobre tempo. Jestem mokry. Zdejmuję koszulę, którą zarzucam na skałę przy stawie, a sam się obmywam zimną wodą. Od razu lepiej. Mogę teraz obejrzeć okolicę. Okolicę, jak okolicę, ale kolibę oglądam dokładnie.


