napisała : Ela Piskorska
Tilcara – Cafayate
(01 lutego)
Autobus do Salty mamy dopiero w południe, wybieramy się więc rano, aby zobaczyć dawną twierdzę w Tilcarze. Wspinamy się ponad miasteczko, miejsce gdzie była kiedyś warownia, jest bardzo atrakcyjne pod względem roztaczających się z niego widoków. Natomiast pozostałości po dawnej twierdzy raczej niewielkie i bardziej interesujące dla archeologa niż turysty. Przy wejściu do twierdzy znajduje się mały ogród botaniczny, gdzie rosną się głównie kaktusy.
Droga do Salty upływa na kolejnym podziwianiu wąwozu Quebrada de Humahuaca, autobus jedzie powoli, co daje możliwość nacieszenia oczu widokami. Po przyjeździe do Salty decydujemy się jechać najbliższym autobusem do Cafayate. Chociaż Cafayate oddalone jest tylko o 190 km od Salty, podróż trwa ponad 4 godziny. Jedziemy słynną drogą oznaczoną jako Ruta 40, tyle że wkrótce robi się ciemno i brak widoków.
Kiedy w końcu docieramy do Cafayate jest już po 21 i okazuje się, że znalezienie noclegu nie będzie takie proste, bo w miasteczku jest mnóstwo turystów. Jednym z pierwszych hosteli, które oglądamy jest hostel Lo de Penalba znajdujący się przy samej katedrze. Jest czysty i w środku ma atrakcyjne patio wypoczynkowe, niestety jest drogi.
Chodzimy dalej po mieście wstępując do wszystkich napotkanych hosteli i pensjonatów aby po godzinie wrócić do hostelu Lo de Peñalba .
Późnym wieczorem idziemy do jednej z restauracji na rynku, gdzie zamawiamy różne miejscowe specjały. Piotruś postanowił spróbować zachwalane miejscowe danie i otrzymał duży talerz rozgotowanej kukurydzy, próbowaliśmy tego wszyscy i nie daliśmy rady. Wybrałam stek, który okazał się doskonale zrobiony i byłam jedyną osobą zadowoloną z kolacji.
(02 lutego)
Całe przedpołudnie spędzamy na oglądaniu miasteczka. Rano jest bardzo spokojnie i raczej sennie, miasteczko jest bardzo kolorowe, mnóstwo sklepów i sklepików na każdą kieszeń. Naszym ulubionym sklepem, staje się duży magazyn prowadzony przez dwóch dziadków, w którym można kupić absolutnie wszystko.
Wprawdzie u nas w kraju sklep ten natychmiast zostałby zamknięty, z powodu brudu, ale tutaj nikomu to nie przeszkadza, szczególnie wałęsającym się po sklepie kotom.
W kawiarni na rynku, zamawiamy miejscowy przysmak - lody robione z wina, są wyjątkowo smaczne i niezwykle orzeźwiające w czasie upału.
Po południu dołączamy do grupy, która wyjeżdża na oglądanie parku narodowego Quebrada de los Conchas. Kierowcą małego busa i zarazem przewodnikiem jest młody chłopak, chociaż cała grupa to cudzoziemcy, przewodnik mówi tylko po hiszpańsku.
Park narodowy Quebrada de los Conchas to jedno z najniezwyklejszych miejsc jakie widziałam. Łańcuchy górskie są tutaj głównie w kolorze czerwonym, natomiast skały mienią się wszystkimi możliwymi kolorami. Najbardziej niezwykłe są zielono-żółto-filoletowe poprzeczne wtrącenia skalne. W czasie oglądania bardzo żałuję, że nie ma tu mojego kolegi Jacka, który rozkochany w geologii, miałby o czym opowiadać.
Poza niezwykłymi kolorami okoliczne formacje skalne mają nieprawdopodobne formy, mijamy skałę nazwaną „żaba”, następna formacja nazwana została „zamki” i rzeczywiście, w widoku z przodu przypomina średniowieczne fortyfikacje obronne.
Najciekawsze jednak są dwie formacje nazywane „amfiteatr” oraz „gardziel diabła”.
Amfiteatr to niewielkie miejsce otoczone zewsząd wysokim skałami i zamknięte na górze ścianami skalnymi. W środku doświadcza się dziwnych uczuć, wokół kolorowe strzeliste skały, które tworzą fantastyczną akustykę. Ktoś ciągle na czymś gra, aby pokazać jak niezwykłe, jest to miejsce. Najpierw słuchamy tanga, a potem ludowej melodii na własnoręcznie wykonanych instrumentach. Stoimy i chłoniemy atmosferę, nie ma możliwości aby zwykłym obiektywem zrobić zdjęcia otaczających skał.
W czasie oglądania parku przeczekujemy niewielki deszcz, który nadszedł od strony Cafayate, w drodze powrotnej widzimy, że nad miasteczkiem przeszła duża ulewa.
Wieczorem chodzimy po okolicznych restauracjach i pytamy o parillę, okazuje się, że robi ją tylko jedna restauracja. Zamawiamy dwie porcje dla dwóch osób każda i otrzymujemy grillowane różne rodzaje mięsa, z dodatkiem kiełbasy wołowej i czegoś co przypomina naszą kaszankę.
(03 lutego)
Dziś rano wybraliśmy się w trójkę na obejrzenie wodospadów na rzece Rio Colorado.
Pojechaliśmy taksówką do wejścia do wąwozu. Dalsze wejście samodzielnie okazało się niemożliwe z powodu wczorajszej ulewy, która tutaj miała przebieg bardzo gwałtowny. Roślinność w przewężeniach wąwozu rzeki została zniszczona, oglądamy duże ilości świeżo naniesionego błota i mułu.
Decydujemy się wziąć miejscowego przewodnika. Sebastian od samego początku proponuje nam trasę alternatywną ale piękną. Zgadzamy się i już za chwilę zaczynamy się wspinać.
Najpierw na skalisty wysoki brzeg rzeki - do wejścia tylko około 10 metrów w pionie. Problemy się wkrótce zaczynają, bo brak jest ścieżki, a przynajmniej stopni do wchodzenia.
Nasz przewodnik z dumą stwierdza, że tą drogą prowadzi tylko wybranych turystów. Pomaga nam odnajdywać zagłębienia w skale, gdzie można postawić nogi oraz wskazuje chwyty na ręce. Wkrótce wychodzimy na kawałek łatwego terenu, aby przejść po prawie płaskiej ścieżce około 500 metrów. Znajdujemy się na górze i Rio Colorado oglądamy z góry.
Z drugiej strony dochodzi do nas inna grupa turystów ze swoim przewodnikiem, są bardzo młodzi i nie bardzo przygotowani na taki teren, z sześciu osób w grupie tylko jedna ma górskie buty. Przez następne kilkaset metrów będziemy się wspinać wspólnie.
Oglądamy pierwsze wodospady, robi się gorąco więc się nie spieszymy. Wąwóz rzeki, którym idziemy staje się coraz bardziej wąski. Mamy do wyboru dwie drogi, jedna wzdłuż rzeki, druga w prawo ostro w górę.
Sebastian zachwala drogę wspinaczkową stwierdzając, że zobaczymy z bliska najładniejszy wodospad. Wybieramy wejście na skały. Gdybyśmy wcześniej wiedzieli co nas czeka, pewnie nie wybralibyśmy tej drogi, ale nieświadomość ma też swoje zalety. Druga grupa idzie wzdłuż rzeki i wkrótce oglądamy ich z góry. Przechodzimy po mocno nachylonych skałach, gdzie brak jest naturalnych wgłębień.
Widać, że Sebastian wiele razy tutaj był, zna każdą skałkę i dokładnie wie gdzie należy postawić nogi. Wchodzimy coraz wyżej a trudności są coraz większe, brak jest możliwości skorzystania z jakiejkolwiek asekuracji, w dół lepiej nie spoglądać. Kluczowym miejscem jest nachylona ścianka, którą trzeba przetrawersować na długości około 5 metrów, korzystając jedynie z siły tarcia naszych butów o skałę.
Idę jako ostatnia i widzę, że przechodzący przede mną koledzy starali się ją prawie przebiec. Sebastian wspiera mnie duchowo, udzielając rad jak mam stawiać nogi.
No cóż, po przejściu przysiadamy wszyscy na pobliskich skałkach aby ochłonąć. Jeszcze niewielkie, już nietrudne podejście i dochodzimy do dużego wodospadu, który jest obiecaną nagrodą.
Robimy dłuższy wypoczynek i zdjęcia, nie mamy pojęcia, że największa atrakcja dopiero przed nami. Z miejsca gdzie jesteśmy nie widać żadnej drogi, wkrótce okazuje się, że dalsza droga prowadzi ukrytym kominem za wodospadem.
Aby w niego wejść należy się wspiąć kilka metrów, gdzie znajduje się nisza prowadząca do niewielkiego komina. Kłopot polega na tym, że nie ma jak wspiąć się te pierwsze kilka metrów. Skała jest gładka i prawie pionowa, jest tylko wygodny chwyt na prawą rękę ale nie ma na czym postawić nóg.
Sebastian pomaga, zapierając się o skałę i robiąc pierwszy stopień ze swoich splecionych rąk. Kiedy udaje mi się wreszcie wyjść ponad komin, nachylam się aby zobaczyć w jaki sposób przewodnik, który nam pomagał, ma zamiar do nas dojść. Na wejściu, wykonał podciągnięcie się na jednej ręce, korzystając z jedynego chwytu jaki znajdował się na dole. Dalsze przejście zrobił tak szybko, że nie zobaczyłam szczegółów.
Kiedy jesteśmy ponad wodospadem okazuje się, że na dół prowadzi nietrudna ścieżka. Po tym co wcześniej przeszliśmy to już przysłowiowa bułka z masłem. Odprężenie robi swoje, potykam się i upadam na prostej drodze, za chwilę to samo spotyka Wienia.
Śmiejemy się ze swoich przygód, jest piękna pogoda a my przeszliśmy trudną drogę, zadowolenie i satysfakcja tak nas rozpierają, że kiedy Sebastian żąda za usługę trzy razy więcej niż się umawiał, płacimy bez słowa, było warto.
W zejściu czekamy godzinę na zamówioną rano taksówkę, kiedy nie przyjeżdża, zaczynamy iść pieszo w kierunku miasta. Wkrótce trafia się podwózka i jesteśmy dowiezieni do miasteczka.
Cafayate
Kiedy ostatniego dnia pobytu w tej uroczej miejscowości zaproponowałam wizytę w winnicy połączoną z degustacją wina, panowie którzy mi towarzyszyli, przystali na moją propozycję z wielką chęcią. Perspektywa wielce kusząca, gdyż od początku naszego pobytu w Cafayate nie tylko pijemy różne miejscowe wina i dużo o nich dyskutujemy, ale również jemy lody albo raczej sorbety wykonane z wina i serwowane w miejscowych kawiarniach.
Carlos, sympatyczny gospodarz hostelu w którym nocujemy, poleca winnicę Piatelli jako najbardziej atrakcyjną w okolicy. Poza winem poleca również miejscową restaurację i zachwala piękne położenie winnicy. Pojechaliśmy taksówką pomimo, że jest to zaledwie 5 km od miasta, nie mieliśmy ochoty na pieszą wędrówkę, jest gorąco i parno.
Już pierwszy widok budynków: restauracji oraz przetwórni robi duże wrażenie. Widać pieniądze, duże pieniądze, wszystko jest nowe zaplanowane i zbudowane z rozmachem. Wokół budynków i na dojeździe do Bodegi Piatelli rozciągają się winnice. Wykupujemy sobie wycieczkę z degustacją i z przewodnikiem w języku angielskim, musimy na nią poczekać 30 minut, więc zwiedzamy piękny taras należący do restauracji, w którym najbardziej atrakcyjny jest widok na pasma górskie otaczające Cafayate. Restauracja ma wzięcie, większość stolików jest już zarezerwowana, a jest dopiero przedpołudnie.
Wreszcie przychodzi nasza przewodniczka, przedstawiamy się i pani nas oprowadzająca z dumą stwierdza, że jej dziadek był naszym krajanem. Dowiadujemy się, że właścicielem winnicy od kilku lat jest pan John Molinsky przedsiębiorca budowlany z Minnesoty, który kupił starą winnicę i ją modernizuje. Przewodniczka prowadzi nas do winorośli, gdzie pokazuje nam szczepy, objaśnia ich nawadnianie oraz dużo mówi o ekologii. Miejscowe warunki, tj. ciągłe wiatry wiejące w dolinie powodują, że uprawy winorośli nie są atakowane przez grzyby, więc wytworzone wina nie są skażone herbicydami i metalami ciężkimi. Dodatkowymi atutami w uprawie winorośli są warunki klimatyczne, ciepłe dni i chłodne noce.
Rozglądając się wokół, nie sposób nie docenić piękna doliny oraz otaczających ją na zboczach winnic. Większość winnic otaczających Bodegę piatelli to młode winorośle, prowadzone wzdłuż drutów, brak jest natomiast upraw prowadzonych na pergolach.
Akurat zaczęło się winobranie, oglądamy pierwsze zbiory oraz ich przetwarzanie. Pracuje tylko jedno urządzenie oddzielające grona od gałązek i liści oraz wyciskające sok. Przewodniczka pokazuje nam następnie wielkie kadzie i informuje o produkcji wina. Cała wytwórnia, jest raczej niewielka a wszystkie urządzenia do wytwarzania wina oraz beczki z winem lśnią nowością.
Degustacja wina odbywa się w bardzo ładnie urządzonej do tego celu części budynku restauracji.
Dostajemy do spróbowania kilka rodzajów wina Malbec produkowanego na miejscu, są to wina butelkowane i próbki beczkowe, o zawartości alkoholu od 14 do 15 %. Niestety najstarsze z win ma tylko 4 lata a wszystkie wina jakie dostajemy do spróbowania są bardzo wytrawne.
Na moje pytanie czy wina są dodatkowo dokwaszane, pani zaprzecza, jednocześnie wyjaśnia nam, że winiarnia nie zatrudnia kipera, a za jakość wina odpowiada technolog. Faktem jest, że nikt z nas nie jest znawcą ani enologiem, jednakże stwierdziliśmy wspólnie, że kwasowość win, które dostaliśmy do spróbowania, nie była zrównoważona. Jako porównanie dostajemy do spróbowania wino z Mendozy, które ma zupełnie odmienny smak, nie jest tak kwaśne, pachnie owocami i bardzo przypada mi do gustu. Dwoje starszych Brytyjczyków, którzy są z nami w grupie, ma dziwne miny w trakcie degustacji, rezygnują w połowie.
Okazało się, że wybór winnicy znanej z nowych inwestycji nie był dobrym pomysłem, powinniśmy raczej pojechać do winnicy gdzie wytwarza się wino według starych receptur i gdzie możliwe byłoby skosztowanie starszych roczników wina (myślę, że byłoby tak samo. Wino, które piłem na mieście, nie smakowało mi – zbyt kwaśne. Ten typ tak ma).
Wracamy do Cafayate, dzisiejszy dzień to pożegnanie z tym pięknym miasteczkiem. Jutro jedziemy do Salty a dalej do Buenos Aires.