27.01 piątek
ELLA
O siódmej robię pobudkę, oczywiście robiąc kawę. Szybko pijemy i idziemy na dworzec autobusowy. To niedaleko, jak wszędzie tutaj.
Szczęśliwie załapujemy się na miejsca siedzące. I bardzo dobrze, bo autobus przed samym odjazdem całkiem szczelnie się zapełnia. Jedziemy!
Ze znalezieniem miejsca, a właściwie, to z zajęciem miejsca nie ma problemu kapłan buddyjski. Dla duchownych są wyznaczone miejsca w autobusach, pociągach, a nawet na lotniskach. Usiłowałem się dowiedzieć, czy to dotyczy tylko duchownych buddyjskich, czy i innych, ale Pani Ela odmówiła konwersacji na ten temat z miejscowymi.
Chciałem, aby Wienio, który jest w pewnym stopniu duchownym, usiadł na takim miejscu, ale na moją sugestię, tylko się jakoś tak dziwnie popatrzył. Nie drążyłem tematu...
Ludek tutaj bardzo religijny. Widywałem, jak pomocnik kierowcy (konduktor), korzystając z wolnej jazdy autobusu, wyskakiwał i w przydrożnej kapliczce składał jakieś dary. Chociaż, raczej powinni to robić pasażerowie, bo większość kierowców jeździła bardzo ostro (trafiało się, że starsi pasażerowie spadali z siedzeń na zakrętach).
Kierowcy cały czas żuli betel, więc byli na dopalaczu, co pomagało im przezwyciężyć zmęczenie. Nauczyłem się szybko, że okienko (o ile siedzi się w 2-4 rzędzie za kierowcą) powinno być zasunięte. Kierowca żując betel, odpluwał czerwoną ślinę na zewnątrz, a ta leciała najczęściej na ziemię, chociaż nie zawsze. Bardzo szybko się nauczyłem...
Jedziemy dwie godziny niekończącą się serpentyną drogi. W górę i w dół. Mijamy wzgórza herbaciane, miasteczka i wioski. Osady, właściwie ciągną się przez całą drogę do Elli. Taka bardzo długa „ulicówka”.
Wreszcie dojeżdżamy. Ze znalezieniem hostelu, nie ma problemów. Wchodzimy do pierwszego z brzegu i miejsce jest. Trzy łóżka! Nie muszę spać w środku...
Szybko się rozkładamy ( czym celuje Wienio, który rozłożył się na wszystkich wolnych płaszczyznach poza podłogą) i idziemy zobaczyć gdzie przyjechaliśmy.
Malutka mieścina. Pełno hotelików, hostelików , kawiarenek, restauracyjek...
Pierwsze co robi Pani Ela, to kotwiczy w kawiarni, gdzie dają kawę.
Po kawie świat jest piękniejszy, życzliwszy... Jest energia do zwiedzania.
Kiedy zapoznaliśmy się z odległościami do ciekawych miejsc, usiłowaliśmy załatwić tuk-tuka. Jednak ceny, które nam proponowano, były powalające. Jaśnie Pani troszkę się zdenerwowała. Jak się kobieta zdenerwuje, to nic dobrego z tego nie wychodzi. No i wyszło. Idziemy do jaskini piechotką. To tylko 4 kilometry, więc za godzinkę będziemy. Może nawet szybciej, bo z górki.
Trochę się martwię, jak to będzie z drogą powrotną, bo pod górkę... No cóż, jakoś to będzie...
Taki spacerek ma swoje plusy. Można oglądać widoki. Kiedy zeszliśmy trochę niżej i odsłonił się widok na dolinę, wypatrzyłem wodospad, do którego mamy później iść. Był bardzo daleko i bardzo nisko... Pocieszam się, że jak Pani Eli kawka wyparuje, to jej energia się skończy, a tutaj raczej szans nie ma na uzupełnienie.
Dochodzimy do miejsca, gdzie od asfaltówki odchodzi dróżka wiodąca w górę do jaskini. Jest tablica, na której dużymi literami i wyraźnie jest napisane cóż to za ciekawostka. Nie będę się rozpisywał, co za jaskinia, każdy może sobie, tak jak i my przeczytać... (jeżeli mało informacji, to kliknij: TUTAJ )
Przy tablicy, na ławeczce siedziało dwóch młodych mnichów. Właściwie, to praktykantów na mnicha, sądząc po wieku. Pokazali którą ścieżynką mamy iść.
Jak przyjemnie wejść w cień. Słoneczko grzeje całkiem ostro i tylko czasami chmury dają wytchnienie od skwaru. Jest gorąco i duszno. Dobrze, że droga ocieniona jest rosnącymi drzewami.
To co zeszliśmy, teraz musimy nadrobić. Mijamy pracującego przy budowie Lankijczyka. Bardzo zadowolony jest, że nas widzi. Od razu proponuje podwózkę. Na razie rezygnujemy. Jaskinia już nie jest daleko, więc sami dojdziemy.
Dokleił się do nas, jednak Lankijczyk, który mimo naszych protestów zaparł się, że pokaże nam drogę. Pokazał. Musielibyśmy wykazać sporo inwencji, aby zejść ze szlaku, bo ścieżynka jest gęsto obrośnięta krzaczorami.
Wreszcie dochodzimy do ścieżki prowadzącej wśród zarośli do jaskini. Ponieważ cały czas się wspinamy, to i widoki coraz piękniejsze, co rekompensuje zmęczenie. Właściwie, to mam dosyć. Znowu się odwodniłem i ledwo idę. Przed samą jaskinią znajduję strumyki wody spływające ze skał. Jak dobrze zmoczyć głowę! I nie tylko!
Jaskinia, jak jaskinia. Dobra jest, bo można w niej sobie odpocząć od gorąca, schłodzić się. Siedzę sobie i dumam – po cholerę ja tutaj wlazłem? Nie ma odpowiedzi... Ten typ tak ma, jak stwierdził kolega, kiedy samochód mu nie chciał odpalić...
Posiedziałem sobie przy wyjściu, a Pani Ela z Wieniem obejrzeli wnętrze. Nic nie znaleźli poza napisami na ścianach. I tak dobrze, bo jak sobie pomyślę, co mogliby znaleźć w jaskini w Tatrach...
Kiedy zeszliśmy na dół, delegacja poszła obejrzeć świątynię, która znajdowała się trochę dalej i niżej. Podobno bardzo piękna. Darowałem sobie woląc posiedzieć w cieniu i posłuchać ptaków. Też było pięknie.
Tuk-tukarz, którego mijaliśmy wchodząc na górę, już czeka i proponuje swoje usługi. Po krótkich targach godzimy się na 700 rupii za podwózkę pod wodospad i powrót do Elli. Wszyscy zadowoleni!
Wodospad położony jest koło kilometra dalej od tego miejsca, w którym czekali młodzi mnisi. Całkiem dobrze się jedzie. Jest ciepło, wiaterek owiewa, czapeczka jeszcze wilgotna i co najważniejsze, w perspektywie dużo wody!
Wodospad jest, chyba jakimś świętym miejscem, bo sporo ludzi się tam myje. Każde zagłębienie, gdzie zbiera się ściekająca z góry woda, jest wykorzystywane jako basen. Kobiety włażą do wody w ubraniach, mężczyźni różnie – im młodszy, tym ma mniej na sobie...
Zimna woda! Jak przyjemnie się zmoczyć. Obmyć. Z tym swoim ogolonym łbem mam fory, dają mi miejsce na dokonanie ablucji. Nie wiedzą jak traktować. Białas, ale może swój? (Łysych widziałem tylko kapłanów)
Kiedy mamy już dosyć moczenia się w zimnej wodzie wracamy do Elli. Tuk-tukiem, który czeka karnie przy moście.
Teraz jedziemy pod górę. Lankijczyk bardzo się stara, abyśmy dojechali. Co prawda nic się odrywa, ale pojazd wydaje takie dźwięki, jakby miał się zaraz rozsypać. Ledwo ciągnie. Mnie to nie przeszkadza. Siedzę w cieniu, lekki wiaterek powiewa, bo jednak jedziemy, widoki piękne, a że wszyscy nas mijają...
Szczęśliwie dojeżdżamy do Elli. Pan wysadza nas przy hostelu, w którym mieszkamy. Znowu się udało!
Po tych spacerach i widokach czas na maleńkie co-nieco. Jest dużo lokali, w których turysta może się posilić. Posilić, bo ceny takie, że smaku się nie czuje. Za trzy osoby płacimy 1 tys. rupii.
Z pełnymi brzuszkami idziemy na zwiedzanie miasta(?). To ulicówka. Bardziej wieś (na nasze warunki) lub osada. Wzdłuż szosy stoją sklepiki z pamiątkami, bary, hoteliki... Nieliczne boczne uliczki szybko się kończą, tak, że nawet nie ma co włazić. Dopiero, kiedy dochodzimy do skraju Elli, widzimy drogę wiodącą w prawo. Widać, że często używana, więc musi gdzieś prowadzić. Niech prowadzi...
Tuż za zakrętem odkrywamy garkuchnię, a właściwie miejscowy sklepik, w którym można i usiąść i zjeść. Siadamy i pijemy colę, przy okazji umawiamy się na jutro, na obiad. Ceny tutaj są o połowę mniejsze niż 200 metrów dalej – przy głównej ulicy.
Droga, którą idziemy prowadzi do stacji kolejowej. Bardzo dobrze, bo wiadomość, jak znalazł na jutro.
Ta boczna uliczka okazała się obwodnicą Elli. Prowadzi wśród pól herbacianych i samotnie stojących na wzgórzach domków Lankijczyków. Mamy okazję wejść na takie pole i dokładnie sobie obejrzeć krzew herbaty. Pani Ela nawet spróbowała.
Wieczór spędzamy na tarasie naszego hostelu, skąd rozciąga się piękny widok na Pik Adama. Jest ciepło i przyjemnie. Siedzimy i wraz z Wieniem zbawiamy Świat...
28. 01 sobota
To już tradycja. Robię kawkę, budząc przy tym śpiochów, a sam szybciutko idę na taras, aby w spokoju wypalić porannego papierosa.
Rześkie jeszcze powietrze i piękny widok z tarasu. Czego jeszcze chcieć?
Siedzę sobie zadowolony i przy okazji, obserwuję co się dzieje na ulicy biegnącej dołem. A dzieje się. Postawiono stolik, podjechał samochód wojskowy, wysiadło kilku żołnierzy. Na stoliku ustawiają kubeczki, a obok stawiają wielkie termosy z czymś tam.
Długo nie czekałem, a przyszła i duża grupa (mniej-więcej pluton) wojska. W szyku. W szyku doszła dopóki nie zobaczyli picia. Wyglądali na zmachanych, pewnie po nocnym marszu. Przy stoliczku zrobił się tłok...
Jeden z żołnierzy zapewne wypił zbyt wiele. Kara była natychmiastowa. Dostał w twarz, aż się zatoczył. Nie mam zbyt dobrych wspomnień z wojska. Trepy są wszędzie tacy sami...
Posiedziałem jeszcze troszkę, aż Jaśnie Pani zawiadomiła, że podano do stołu.
Po śniadaniu zbieramy się szybko, póki jeszcze chłodek i idziemy na Mały Pik Adama.
Droga prowadzi najpierw szosą, z której skręca się w prawo w polną dróżkę. Szczęśliwie jest całkiem dobrze wszystko oznakowane, więc nie błądzimy. Dróżka prowadzi wśród pól herbacianych, na których pracują miejscowi. Czasami na poboczu drogi stoi Lankijka z dzieckiem i namawia, do fotografowania. Oczywiście za niewielką opłatą. Jakiś wysyp tych kobiet z dzieciakami...
Szczęśliwie omijamy wszystkie tego typu przeszkody, a może, po prostu nie wyglądamy na takich co mają kasę, bo upierdliwe nie są. W stosunku do nas.
Przed samym wejściem na ścieżkę prowadzącą na sam szczyt stoi kilka tuk-tuków. Przyjechali nimi ci, którzy oszczędzają nogi. I dobrze, że stoją, bo kierowcy, już z daleka pokazują, gdzie musimy skręcić. Ścieżka jest niewielka i zapewne byśmy ją minęli.
Zaczyna się właściwe podejście. Nie jest źle. Droga wygodna i niezbyt stroma. Podczas podejścia poznajemy Polkę, która pracuje w Chinach i przyjechała na Sri Lankę na urlop. Podróżuje sama, więc z radością się do nas przyłącza. Dokleja się do Wienia. No i bardzo dobrze. Wienio ma z kim pogadać. Z nas nie ma żadnego pożytku, bowiem wyznajemy zasadę, że każda religia jest dobra, tylko ludzie paskudni.
Wreszcie dochodzimy na samą górę. Ścieżka prowadzi na następną górę, ale Pani Ela i ja odmawiamy dalszego spaceru. Idzie delegacja. Wienio i Kasia.
No i dobrze. Niech się przegonią. My siadamy na trawie i podziwiamy widoki.
Z zejściem były małe problemy, bo na dół prowadzi inna droga niż do góry. Jestem troszkę (Jaśnie Pani mówi, że nie troszkę, ale to pomówienie, jak wiele innych) uparty, więc pobiegałem po okolicy, aż znalazłem!
Zejście jest bardziej strome. Za to po schodkach. Prowadzi wśród krzewów herbacianych i Kasia, jako znająca się, pokazuje jakie listki są zbierane. Każe nawet jeść, twierdząc, że dają energię. Napaśliśmy się i z energią, która została nam dana poszliśmy dalej.
Na dole pożegnaliśmy się. Kasia poszła do „miasta”, a my nad wodospady.
Do wodospadów, albo lepiej – wodospadu, idzie się wzdłuż linii kolejowej. Po torach. Pociągi jeżdżą rzadko i powoli, więc nie ma niebezpieczeństwa, że któryś nas rozjedzie. Droga cudna. Kolorowa. Z widokami na dolinę. Jedyna niedogodność, to to, że słoneczko wspięło się do góry i grzeje. Czasami jesteśmy, jak na patelni, ale czasami wchodzimy w cień, który dają rosnące drzewa.
Pociągi rzadko jeżdżą, ale jeżdżą. Schodzimy wtedy z torów w chaszcze. Mijamy stojące przy torach na skarpie domki, z których wyglądają mieszkańcy. Oni też mają rozrywkę, oglądając białasów idących w taki skwar gdzieś, po coś...
Za rozwalającym się mostem kolejowym (trzeba było skakać, bo niektóre podkłady były jakieś takie niepewne) znajdujemy ścieżynkę prowadzącą w dół. Słychać już szum wodospadu, więc wnioskujemy, że to dobra ścieżynka. Prowadzi ona rzeczywiście do wodospadu, tyle, że musimy przejść przez miejscowe domostwo. Nikogo, jednak nie ma i nikt nas nie pogonił.
Wreszcie można się schłodzić! Wodospad niezbyt duży, ale za to widok na okolicę!
Postanawiam, że już nigdzie nie idę. Posiedzę sobie tutaj i poczekam na pozostałych, którzy wybierają się na szczyt góry, która co prawda nie wiadomo jaką ma nazwę, ale wznosi się nad okolicą. Jest dobrze. Szum wody, cień, chłód. Czego mi jeszcze potrzeba?
Po jakiś dwóch – trzech kwadransach Pani Ela i Wienio się materializują. Dowiaduję się, że podeszli kawałek, a nawet znalazł się miejscowy przewodnik, który wylazł nie wiadomo skąd i chciał poprowadzić, ale droga prowadziła przez takie zarośla, że zrezygnowali. Ku zmartwieniu „przewodnika”, który nic nie dostał.
Wracamy do Elli, na umówiony obiad, a po obiedzie siedzimy na tarasie i żegnamy się z widokiem Piku Małego Adama.
Jutro z samego rana jedziemy w okolice Yala Park. Na safari...