Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Rogatka - zaraz zacznie się przeszukanie


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


Otavalo
Widoki w drodze z Otavalo do San Agustin


napisał : Piotr Wojtkowski

EKWADOR i KOLUMBIA

Jedziemy do San Agustin

18.01.2014 - 19.01.2014


Mamy kawał drogi dzisiaj do zrobienia. Chcemy dojechać jak najdalej w stronę San Agustin w Kolumbii. To jest małe miasteczko niedaleko Pitalito.

Wstajemy raniutko, koło szóstej. Wczoraj wieczorem wszystko zostało spakowane, więc dzisiaj, tylko plecaki na “garba” i idziemy.

Na ulicach zaczyna się ruch. Dzisiaj jest dzień targowy, więc okoliczni mieszkańcy tłumnie przybywają do Otavalo, aby sprzedać turystom swoje wyroby. Mimo wczesnej godziny, już zaczynają rozkładać towary na chodnikach. Ciężko się przebić, ale jakoś docieramy do ulicy, gdzie ruch kołowy normalnie funkcjonuje. Tutaj łapiemy taksówkę i prosimy, aby zawiózł nas do autobusu jadącego do Tulcan. Niedługo potem stoimy na przystanku, na którym dwa dni temu wysiadaliśmy.

Długo nie czekamy. O 7.10 podjeżdża autobus, do którego się ładujemy. Poza nami jest tylko kilku pasażerów. Większość powysiadała w Otavalo. Trzy godziny jazdy (po 3$ od głowy) i jesteśmy w Tulcan. Niestety nie przy granicy, a na dworcu autobusowym. Ludek, jednak tutaj zapobiegliwy (jak w Zakopanem) i nie ma problemów z dostaniem się busem do przejścia z Kolumbią.

Na przejściu czekamy w długaśnej kolejce do odprawy paszportowej. Dosyć szybko idzie i po pól godzinie możemy stanąć w następnej kolejce, tym razem już w Kolumbii. Ponownie pół godziny czekania. Czas jednak szybko nam leci, bo jednemu z przekraczających zachciało się z nami porozmawiać.

Bardzo wysilałem swoją un injerto de células (tak mówi Pani Ela o zawartości mojej czaszki, co jak zwykle, jest pomówieniem) aby jakoś się dogadać. On chwalił Brazylię (stamtąd był), a ja Polskę. On mówił łamanym portugalsko-hiszpańskim, a ja polsko-hiszpańskim, jednak kiedy dwoje ludzi chce, to się zawsze dogada. Rozeszliśmy się zadowoleni z siebie.

Po jedenastej jesteśmy już legalnie w Kolumbii. Busikiem jedziemy do Ipiales, a stamtąd łapiemy autobus do Pasto.

Jak dobrze, że już trochę znamy dworzec autobusowy w Pasto. Wiemy, jak się ruszyć, gdzie patrzeć, czego szukać. Usiłowano nam sprzedać za jakąś bajońską sumę bilety do Popayan ale kiedy zmieniliśmy firmę, okazało się, że są po przystępnej cenie. Za przejazd nie płaci się, jak w Ekwadorze – z kilometra, ale od trasy. Ceny są różne, w zależności od firmy i komfortu autobusu. Godzinę czekamy na odjazd, aż wreszcie o 14.30 odjeżdżamy...

W Popayan jesteśmy o 20.45. Już ciemno. Nie ma szans na zwiedzanie miasta, które podobno jest bardzo piękne. Zwiedzamy okolicę dworca szukając kwatery. Idziemy w stronę niedużych domków, gdzie są pootwierane sklepiki. Dobrze trafiamy. Są kwatery. Niedrogie. Płacimy 22 tysiące peso za nocleg.

Kwatera, taka, jak zapłata za nią. Paskudnawa. Jedną noc się przetrzyma.


No i przetrzymaliśmy. Pani Ela troszkę kaszlała, ale na słońcu, tak myślę, się rozgrzeje i będzie dobrze. Tyle, że słoneczka jakoś nie widać. Pochmurno.

Idziemy na dworzec, gdzie kupujemy bilety do Pitalito. Po 25 tys peso. Wyjazd o ósmej, więc mamy trochę czasu aby coś zjeść. Przegryzamy w dworcowej garkuchni, jako pierwsi klienci. Dopiero wszystko się otwiera. Tutaj ludzie później zaczynają dzień.

Do Pitalito jest około 150 kilometrów. Z uciechą dowiaduję się, że jazda będzie trwała około pięciu godzin. Będzie naprawdę ciekawie! Byle słońce wyszło, wtedy będziemy mogli pooglądać okolicę.

Wyjeżdżamy punktualnie.

Autobus zapchany do ostatniego miejsca, ale nikt nie stoi. Miejsc stojących brak. To znaczy są, ale niepozajmowane. Wolno jechać tylko na siedząco.

Kiedy wyjechaliśmy z miasta, to zrozumiałem dlaczego. Droga jest częściowo asfaltowa. Częściowo, bo asfalt pojawia się i znika. Jedziemy całkiem wygodnie. Powolutku, ponieważ są pewne problemy z mijaniem samochodów jadących z przeciwka. Droga jest wąska. Czasami autobus przytula się do skarpy, a czasami jedziemy skrajem drogi, mogąc obejrzeć dolinę leżącą pod nami. Pada deszcz, więc widoki nie są zbyt oszałamiające, co może i jest na plus, bo mniejsza obawa, przed zsunięciem się autobusu, kiedy nie widać dna.

Cóż, mogłem się czegoś takiego spodziewać, przecież średnia szybkość wychodziła 30 km/godzinę. Jazda jest urozmaicona przez posterunki żołnierzy, którzy trzykrotnie nas zatrzymują. Za każdym razem sprawdzają dokumenty i piesek obwąchuje bagaże i ludzi. Miejscowych ludzi. Białasów nie. Niech sobie przewożą co chcą, narkotyzują się, to nie ich sprawa. Tak przynajmniej myślę.

Przy kontroli autobusu jesteśmy pomijani, jako turyści. Inni pasażerowie są dosyć dokładnie sprawdzani. Po kolei mundurowy podchodzi do każdego mężczyzny i go obmacuje. Dokładnie. Sprawdza wszystko. Pstryknąłem kilka fotek, bo bardzo mi się to spodobało. Niestety, żołnierz zauważył.

Był bardzo grzeczny. Kazał wszystko wykasować. Stał przy mnie i sprawdzał, czy rzeczywiście zdjęcia są usuwane. Uratowało się tylko jedno zdjęcie, które zrobiłem na samym początku, kiedy zaczynał przeszukanie.

Ładujemy się do autobusu i jedziemy dalej. Mijamy stojące na poboczu trzy lekkie czołgi, rogatkę zbudowaną z worków z piaskiem, przejeżdżamy jeszcze jakieś dwa, trzy kilometry i zatrzymujemy się na odpoczynek w przydrożnej garkuchni.

Traktuję, to jako przerwę na papierosa, bo nie chce mi się nic przegryzać. Siąpi. Stoję i palę. Podszedł do mnie dwudziestokilkuletni mężczyzna i zagadał. Przedstawił się, jako student, który jedzie na wakacje do San Agustin. Zaczął wypytywać, gdzie jedziemy. Kiedy usłyszał, że do Pitalito, to zaczął namawiać, abyśmy wysiedli wcześniej i pojechali do San Agustin. Był tak przekonywający, że się zgadzamy.

Przy okazji dowiedziałem się, że wojsko szukało guerrilleros (geridzieros) - ludzi wojny, którzy zajmują się głównie wyrobem i dystrybucją narkotyków. Oczywiście dorabiają do tego swoistą ideologię, w której Che Guevara odgrywa rolę wiodącą.

Wysiadamy na rozdrożu. Nasz nowy znajomy – Diego, pomaga nam w przenoszeniu plecaków pod daszek, bo pogoda się ustaliła i nadal kapie. Czeka na niego jego ojciec, który zaraz zorganizował nasz dalszy transport do miasteczka. Organizacja polegała na tym, że bez żadnych skrupułów zatrzymał pierwszą taksówkę, która podjechała i ją sobie i dla nas zaanektował, nie zważając na protesty innych oczekujących.

Do San Agustin jest jakieś pięć kilometrów. Jeszcze nie zdążyliśmy dojechać, a już zaczyna wychodzić słońce. Pogoda się poprawia. W samym miasteczku nie ma nawet śladu po deszczu. Zostajemy dowiezieni do hostelu prowadzonego przez Humberto. Po krótkim targu, a i tak czuję, że zostaliśmy orżnięci, zgadzamy się na cenę – 40 tys peso za noc.

Umawiamy się z Diego na następny dzień, na dziewiątą. Będziemy zwiedzać okolicę na konikach.