San Agustin
20.01 – 22.01.1014
poniedziałek
Ranek zaczął się pięknie! Zjedliśmy na śniadanie bułeczki, które kupiliśmy wczoraj w piekarni. Bułeczki tutaj są bardzo ciekawie zrobione. Z farszem. Zbyt słabo znamy hiszpański, aby się dogadać co chcemy, więc zawsze jest niespodzianka. Dzisiaj jemy bułeczki z farszem ryżowo-kurczkowo-jakimś tam zrobione na ostro oraz bez farszu. Co kraj, to obyczaj i smak.
Humberto przyniósł kawę, całkiem niezłą, jak na Kolumbię, więc świat pojaśniał. Jesteśmy gotowi na nowy dzień!
Koło dziewiątej zjawił się Diego, który zaprowadził nas do stajni, gdzie każde dostało swojego konika. Klaczkę.
Pani Ela – siwą, Diego – bułanka, a ja – kasztankę. Nie będzie się mylić.
Ostatni raz jechałem na koniu w latach szkolnych, co nie skończyło się dobrze. Głównie dla ówczesnego dyrektora szkoły, który bardzo się zasapał usiłując mnie dogonić. W rezultacie, ja zmieniłem szkołę, a on pozostał dyrektorem (bo mnie nie dogonił – nawet w czasie głębokiej komuny nie wolno było bić wychowanków).
Konna policja na szlaku...
Diego ma zabawę...
Konik Pani Eli jest bardzo spolegliwy, oczywiście pod pewnymi warunkami
Nad Rio Magdalena
Artefakty po cywilizacji, która odeszła ok 500 r ne
Mój konik był grzeczny. Z początku usiłował(a) dyktować, jakim tempem się przemieszczać, ale jakoś doszliśmy do porozumienia. Oboje uznaliśmy, że najlepszym będzie, kiedy ona będzie robiła, to co ja uznam za stosowne, a w zamian, ja nie będę szarpał uzdą, ani kopał piętami.
Klaczka Pani Eli również była grzeczna. Wtedy, kiedy szła na przedzie, takim tempem, jakim chciała i nie przeszkadzano jej podjadać przydrożnej trawy. Bardzo ważne było, aby jej nie przeszkadzano i nie próbowano wyprzedzać. Kiedy zostawała z tyłu, dostawała szwungu i darła do przodu usiłując gryźć tego, kto śmiał znaleźć się na przedzie. Kilka razy wpadała nawet w galop. Pani Ela, mimo moich instrukcji nie potrafiła zapanować nad swoim wierzchowcem. Taka już jest. Pełna zrozumienia i współczucia. Ze mną również.
Diego jechał z tyłu. Zapewne, aby w razie czego nas pozbierać. Miał niezłą zabawę, co było widać i słychać.
Jedziemy polną drogą wśród kwiatów, drzew i krzewów. Czasami otwiera się widok na dolinę i wtedy podziwiamy leżące na stokach pola. Droga wije się i prowadzi raz w górę, raz w dół. Głównie, jednak jedziemy pod górę.
Jest pięknie...
Jest pięknie...
Jest pięknie...
Jest pięknie...
Jest pięknie...
Diego prowadzi nas po stałym szlaku dla turystów. Koniki bardzo dobrze znają drogę i nawet nie trzeba nimi kierować. Dzięki temu możemy z wysokości ponad dwóch metrów podziwiać krajobraz nie zajmując się innymi sprawami.
Zwiedzamy (zostawiając koniki) miejsca, gdzie zapomniany (jak mówi Diego) lud pozostawił swoje artefakty. Niektóre rzeźby znajdują się w pobliżu platformy widokowej usytuowanej nad rzeką Magdalena. Jakieś święte miejsce. Rzeczywiście w pięknej okolicy położone...
Obejrzeliśmy jeszcze stanowisko archeologiczne z odkopanym grobem. Jakoś sprawy pochówku niezbyt mnie interesują...
Wycieczka trwająca około czterech godzin jest ciekawa, głównie dzięki widokom i ciągłej rywalizacji koników o pierwszeństwo w szeregu.
Jest pięknie...
A my doszliśmy do porozumienia...
Grobowiec na wzgórzu
Nad Rio Magdalena
Jest pięknie...
Jest pięknie...
Kiedy wróciliśmy do San Agustin i oddaliśmy konie, Diego zaprosił nas na kawę. Własną. Taką, która wyrosła u niego w ogródku. W rewanżu zapraszam go na wieczór polski. Została jeszcze żubrówka, którą należy zniszczyć, bo nie ma sensu jej wozić ze sobą.
Mamy do wieczora czas, więc idziemy do knajpki na obiad. Sztuka mięsa sauté. I po piwie. Bez piwa, by nie poszło. Co tutaj robią z tym mięsem, że smakuje, jak podeszwa ? To nie był dobry pomysł...
Punktualnie o 19 Diego zjawił się pod naszym hotelem. Żubrówkę degustowaliśmy ze dwie godziny, aż mama Diega zjawiła się pod tarasem i naszego towarzysza wieczoru odwołała. Dawno nie widziałem tak spanikowanego człowieka! Jak rwał!!! Od razu widać, kto rządzi!
wtorek
Noc minęła spokojnie, tyle, że Pani Ela nad ranem utyskiwała, że ziałem zapachem rodem z Puszczy Białowieskiej. Kawę musieliśmy sami sobie zrobić, bo Humberto się obraził, że został pominięty w degustacji.
Kawka, małe śniadanko i czekamy na samochód, który ma nas zabrać na zwiedzanie okolicy troszkę dalszej niż wczoraj. Czuję się dobrze, tyle, że po wczorajszej jeździe muszę ostrożnie siadać.
W terenowej Toyocie jedziemy na zwiedzanie. Skład pasażerów całkiem ciekawy: Szwajcar z Kolumbijką, Francuz, dwójka Kolumbijczyków i dwoje Polaków (czyli - my). No i kierowca, niestety hiszpańskojęzyczny. A może i dobrze, bo podciągniemy się w hiszpańskim.
Nasza grupka z Toyoty
Jest pięknie...
Jest pięknie...
Na terenie wykopalisk
Curva peligrosa...
Najpierw dojeżdżamy do muzeum, gdzie oglądam groby po zaginionej cywilizacji. Za wstęp trzeba zapłacić 2 tysiące peso. Niby niedużo, ale całą wystawę przechodzi się w 15 minut. Gdybym wiedział, to bym sobie darował.
Następny punkt programu, to drugi co do wielkości w Ameryce Południowej wodospad Salto de Bordones.
Dojechaliśmy do punktu widokowego, który znajduje się nieco ponad wodospadem. Piękny widok na okolicę. Sam wodospad niezbyt dobrze widoczny, bo zasłaniają go wzgórza, ale coś tam widać. Usiadłem sobie na skraju kanionu i kontemplowałem widoki...
Pani Ela, natomiast dorwała miejscową dziewczynkę i zrobiła jej sesję fotograficzną. Moja propozycja, abyśmy ją zakupili od opiekunów, została odrzucona.
Zbliżyła się pora obiadowa, więc jedziemy do restauracyjki. Pięknie położona. Nad doliną. Jest taras, na którym stoją stoliki, tak, że jedząc można podziwiać okolicę. Tak się zachwyciliśmy, że zamówiliśmy sobie żeberka. Podano nam od razu polane keczupem. No cóż, co kraj, to obyczaj... Prawdę mówiąc myślałem, że tutaj podadzą dobrze zrobione. Myliłem się. Żeberka były chyba ze świni, której żywot trwał od naturalnego poczęcia do naturalnej śmierci. Bez pomocy ludzkiej...
Jest pięknie...
Jest pięknie...
Jest pięknie...
Jest pięknie...
Można sobie obejrzeć, że cywilizacja w Ameryce nie jest taka młoda
Obiadu nie jadł tylko Francuz. Wziął sobie coś tam do picia i cierpliwie czekał, aż skończymy. Widząc nasze miny, po posiłku pozwolił sobie na odrobinę złośliwości. Spytał się, czy nam smakowało i nie czekając na odpowiedź, oświadczył, że obiadów w tutejszych knajpach nie jada. Sam sobie gotuje. Jak ja go rozumiem...
Obiadowaliśmy na wzgórzu skąd roztaczał się widok na całą dolinę. Wjechaliśmy bez problemów. Również bez problemów zaczęliśmy zjeżdżać. Teraz zobaczyłem wielkie napisy o treści „CURVA PELIGROSA”. Przed prawie każdym zakrętem. Kierowca zna drogę i zakręty, więc jedzie całkiem szybko. W trakcie pokonywanie kolejnego, coś się od Toyotki oderwało i z brzękiem potoczyło najpierw po drodze, a później zniknęło gdzieś w dole.
— Jedna „curva”, druga „curva” i będziemy zbierać samochód – skomentowałem po polsko-hiszpańsku.
Pani Ela wyraziła swą dezaprobatę. Była jedyna, której się mój komentarz nie podobał. Pozostali pasażerowie bardzo się cieszyli, że z ust Polaka słyszą znajome słowo!
Jest pięknie...
Zwężenie Rio Magdalena
Salto de Bordones
Pani Ela zrobiła sesję zdjęciową przy Salto de Bordones
Jest pięknie...
Jest pięknie...
Ostatnim punktem programu jest jeszcze jeden wodospad. Najbardziej podoba mi się kładka widokowa (trudno to to inaczej nazwać), która sterczy nad przepaścią. Jest troszkę zużyta czasem. Pordzewiała, podłoga świeci dziurami. Ponieważ nie ma chętnych, więc ja robię za próbnik. Wlazłem, troszkę potupałem. Nie zawaliło się.
Do miasteczka wracamy koło 17. Zostajemy wysadzeni w środku miasta. Aby godnie zakończyć taki piękny dzień idziemy na kawę ( poza Francuzem, który wrócił do domu, aby sobie coś upichcić). Znajdujemy kawiarnię, gdzie była kawa z expresu i zasiadamy na wieczorne rozmowy...
Ponieważ nasza znajomość hiszpańskiego jest bardzo ograniczona, więc Pani Ela i ja głównie słuchamy.
Całe towarzystwo jest podróżujące, więc jest o czym słuchać...
Francuz nie chciał jeść, ech! żeby tak jeszcze smakowało, jak wyglądało...
Widoki piękne...
Kładka nad przepaścią
Sprzedawca soku z cukrowgo bambusa(?), czy trzciny...
Pani Ela sama weszła
Kolumbijczyk opowiedział, swoje wrażenia z podróży do Indii, jak podróżował i co widział.
Szwajcar w drodze do Kolumbii zawadził o Jamajkę. Opowiedział, jak pomagał koledze budować dom w środku wyspy.
Szwajcar jest jasnym blondynem, taki czysty aryjczyk, typ nordycki. Wraz z kolegą (afrykańczykiem, czy murzynem, jak kto woli) trafili w strony, gdzie nie widziano białego człowieka. Koledze miejsce się spodobało, tyle, że w wiosce wszyscy na ich widok pouciekali, albo się pochowali. Dopiero po dwóch, trzech dniach, zaczęły nieśmiało podchodzić dzieci. Przekupili je cukierkami. Dalej, już poleciało. Ponieważ Biały Duch nie zrobił krzywdy dzieciom, podeszły kobiety, a one już przekonały męską społeczność, że to nie duch, tylko człowiek. Troszkę felerny, ale jednak. Dom wybudowali.
Jak widać XXI wiek, jeszcze nie wszędzie dotarł, ale może, to i dobrze.
Siedzieliśmy gadaliśmy i słuchaliśmy aż nas zimno wygoniło. To był piękny dzień!
środa
Dzisiaj mamy chodzić z Diego po terenie muzealnym, który znajduje się w niedalekiej odległości od San Agustin. Jakieś 3 kilometry od naszego miejsca postoju.
Diego zjawia się punktualnie o 9. Proponuje wziąć taksówkę, ale wolimy się przejść, skoro niedaleko. Po drodze kupujemy wodę, bo niebieskie niebo ostrzega, że będzie ciepło.
Idzie się całkiem nieźle. Jeszcze nie jest upalnie, lekki wiaterek nas chłodzi. Jedyna niedogodność, to to, że pod górkę. Pocieszam się, że z powrotem będzie przyjemniej, bo z górki.
Dochodzimy do wejścia na teren muzealny. Diego pogadał z kasjerem i wszedł jako nasz opiekun. Opiekun, bo nie przewodnik. Przewodnicy czekali w pobliżu i byli niezbyt zadowoleni, że ich się pominęło.
Teren muzealny - grobowce
Teren muzealny
Miejsce sakralne - zagłębienia w skale służące do obmywania
Miejsce sakralne - zagłębienia w skale służące do obmywania
Potok płynący przez teren muzealny
Teren muzealny, to wielki park, który położony jest na kilku wzgórzach porośniętych lasem. Nie musimy się przedzierać z maczetą. Są alejki. Bardzo ładnie utrzymane i nawet dla zmęczonych podróżnych tu i ówdzie soją ławki, aby można było usiąść i odpocząć. Cały teren to wykopaliska pozostałości po cywilizacji, która odeszła w niebyt około 500 roku ne.
Teren spełniał również jakieś funkcje świątynne. W skale, po której kaskadami spływa potok zrobiono płytkie wanny, które zapewne służyły do rytualnego obmywania. Woda równa się życie.
Jest gorąco i duszno. Być może dlatego Pani Ela zaczęła Diega uczyć angielskiego. Grzeczny chłopak, więc się dostosował. Żal mi było patrzeć, jak się męczy, więc ja zacząłem go uczyć polskiego. A on mnie hiszpańskiego. Nauczyliśmy się nawzajem jednego powiedzenia: lo hijo del puta (lo icho del puta) , czyli „ty sk...synu”. Wymiar ich przekleństwa jest jednak o wiele wyższy niż u nas.
Tak sobie gawędziliśmy umilając czas podchodzenia na wzgórze skąd roztacza się piękny widok na dolinę. Na wzgórzu rozłożyliśmy się na odpoczynek (tutaj już trochę wiało) i staraliśmy się dowiedzieć, jak najwięcej o naszym przewodniku.
Znaleziona przez archeologów rzeźba
Pani Ela pogadała sobie z przewodniczką
Uczyłem Diega polskiego
Teren muzealny
Jest pięknie...
Jedna z rzeźb wykopana przez archeologów
Diego studiuje filozofię. Z tego, co mogłem się zorientować, to bardzo mu się podoba marksizm. Che, to jego idol. Tłumaczyłem, że myśmy już to przerabiali, ale, chyba nie uwierzył. Poza tym ma dobrze poukładane w głowie (jak na tutejsze warunki). Tłumaczy nam, że ludzie tutaj są leniwi i pracują tylko wtedy, kiedy są im potrzebne pieniądze. „ Ale ja nie jestem głupi! - mówi – ja chcę do czegoś dojść. Łapię każdą pracę. Zarabiam i odkładam!”
Pochwalił się również, że ma córeczkę. Dwuletnią. I będzie miał jeszcze pięć kobiet (mujer – to po hiszpańsku znaczy zarówno kobieta, jak i żona) i z każdą dziecko. Jakoś nie mogliśmy się dogadać co do kosztów utrzymania tych dzieci. Temat był niezrozumiały dla niego.
W barku, gdzie się nawadniamy sokiem pomarańczowym spotykamy przewodniczkę, która biegle mówi po angielsku. Wreszcie Pani Ela może sobie porozmawiać!
Przewodniczka jest zakręcona na punkcie tutejszych artefaktów. Mówi, że codziennie robi trasę przy odkopanych rzeźbach i za każdym razem znajduje coś ciekawego i nowego. Mówi, że na tutejszą kulturę miała wpływ kultura Olmeków i Majów. Wykład trwał z pół godziny. Rozeszliśmy się wszyscy zadowoleni.
Wracamy do San Agustin. Również piechotą. Teraz z górki, więc łatwiej i szybciej. Niedaleko knajpki, gdzie obiadujemy, żegnamy się z Diego.
Widoki ze wzgórza położonego na terenie muzealnym
Widoki piękne...
Widoki ze wzgórza położonego na terenie muzealnym
Teren muzealny - grobowce
Francuz przeszedł na nadawanie
Jest już po 13, więc czas na obiad. Coś nas podkusiło i zamówiliśmy, to czego nie powinniśmy – wołowinę i schab. Po ciężkiej walce z mięsem, które aby zjeść, to naprawdę trzeba mieć zęby, jak aligator, daję mojej towarzyszce zezwolenie:
— Kochanie! Jak jeszcze raz zamówię coś innego niż „pollo”, to złap kija i gnaj mnie naokoło stolika waląc mocno!
Zgodziła się. Jaką mam spolegliwą żonę! I posłuszną!
Po obiedzie, który zaległ w żołądkach robimy sobie sjestę. Trzeba przeczekać najgorętsze godziny dnia.
Kiedy się ochłodziło, idziemy na kawę do tej samej kawiarni, gdzie gościliśmy wczoraj. Niestety, jest zamknięta. Musimy się ratować w sąsiedniej, gdzie nie ma kawy z expresu i pijemy kolumbijską lurę. Wracamy do domu.
Usiedliśmy sobie na zacienionym tarasie przy naszym pokoju i pijemy piwko. Takie pożegnanie z San Agustin. Zjawiają się nasi znajomi z wczorajszej wycieczki. Para Kolumbijczyków. Dosiadają się i zaczyna się wieczorna rozmowa...
Wkrótce zjawia się Francuz, który mieszka również w tym hostelu, tyle, że na innym piętrze. Zwabiony został naszymi głosami. Zajrzał i już został. I przeszedł na nadawanie. Faktem jest, że miał co opowiadać. I pokazywać – przyniósł laptopa i podziwialiśmy jego fotki. Trzy godziny trwało, aż mu się bateria wyczerpała, a my mogliśmy pójść spać.