napisał : Piotr Wojtkowski
EKWADOR
Otavalo
16.01.2014 - 17.01.2014
Wstajemy raniutko. O siódmej. Tradycyjnie pada deszcz. Łapiemy taksówkę i dojeżdżamy na dworzec autobusowy. W okolicy wszystko jeszcze pozamykane, ale na dworcu czynne są garkuchnie, gdzie pierwsi klienci już zaczynają śniadać. My również przed podróżą jemy. Kurczak, ryż i coś tam... Za 2,5 $ od głowy. Właściciel lokaliku bardzo szczęśliwy, że jesteśmy, szczerzy zęby.
Jeszcze jest wcześnie, więc ludzi niewielu. Bez problemu kupujemy po 5.5 $ (to jest pięć i pół godziny jazdy) bilety do Quito. Autobus już stoi i czeka. Luzy...
Punktualnie o 7.30 ruszamy. Pogoda powoli się poprawia. Deszcz przestał padać, kiedy wyjechaliśmy z Teny, a im dalej i później, tym więcej widać niebieskiego nieba. Będzie dobra widoczność!
Spokojna jazda autobusu działa usypiająco. Budzę się z drzemki, kiedy dojeżdżamy do Baezy. Tutaj tankujemy. Krótka przerwa, którą wykorzystują naręczni sprzedawcy. Zgapiłem się i nie zdążyłem kupić dwóch zestawów owocowych. Pani Ela powiedziała, że było bardzo smaczne. Wierzę na słowo.
Za Baezą zaczyna się podjeżdżanie pod górę. Quito leży na wysokości ponad 2700 m npm, więc trzeba trochę podjechać...
Zrobiło się słonecznie i przejrzyście. Teraz możemy podziwiać widoczną w oddali tzw. aleję wulkanów. Niestety, jest bardzo oddalona od nas. W zamian mamy okazję oglądać kaniony, płynące w nich rzeki i wodospady. Pasiemy oczy...
Koło 13 jesteśmy w Quito. Tutaj również nie ma problemu z biletami. Kupujemy w kasie i pędzimy na stanowisko, z którego mamy odjazd. Minutę za późno. Nasz autobus właśnie odjechał.
Następny autobus odjeżdża za godzinę, więc nudząc się łażę po dworcu i przyglądam się ludziom, psom, okolicy. Psom się przyglądam, bo jest tutaj ich kilka. Złodziejowate i żebrzące. Jeden ukradł plastikową torebkę jakiegoś napoju i teraz kombinuje, jak się dostać do środka. Mądry piesek! Zrobił zębami małą dziurkę i zlizuje wyciekający płyn.
Okolicy również się przyglądam, bo jest czemu. Nad miastem góruje wulkan Cotopaxi, a że zrobiło się słonecznie, to mogę podziwiać GO w pełnej krasie. Trochę żal, że to teraz taka pogoda, a nie wtedy, gdy jechaliśmy do Baños, bo moglibyśmy obejrzeć całą aleję wulkanów...
Przyjeżdża autobus, do którego wsiadamy. Zaraz, jak wyjechaliśmy z dworca, obsługa zaczęła sprawdzać bilety. Okazuje się, że mamy bilety na inną linię. Możemy wysiąść, albo zapłacić drugi raz. Konduktor jest bardzo zmartwiony. Pierwszy raz widzę, jak współczują białasowi! Aż mi go żal i jeszcze trochę, to zacząłbym go pocieszać.
Płacimy drugi raz. Policzył nam o dolara taniej i miał taką minę, jakby robił nam wielką krzywdę.
Z autobusu wysiadamy na skraju miasteczka, które leży w dolinie. No i dobrze, z plecakami lepiej idzie się z górki. Troszkę czujemy się zagubieni, gdyby był dworzec, to byłoby łatwiej znaleźć jakiś nocleg. W pierwszym hoteliku, jaki mijamy nie ma wolnych miejsc. Idziemy dalej.
Idąc przyglądam się mieszkańcom. Niewysocy, ale krępi. Mężczyźni noszą splecione w warkocz włosy. Nawet u policjanta, to zauważam. Albo taka moda, albo zwyczaj tutejszych. Bardzo popularne są kapelusze panama, które noszą zarówno mężczyźni, jak i kobiety.
Po jakiś dziesięciu minutach spaceru ulicami miasteczka, Pani Ela zagaduje miejscowego, pytając o hotel. Tani hotel. Ciężko mu szło dogadywanie się z nami, bo po hiszpańsku, to my „pocito”, a w innym języku, nie ma szans. Zrozumiał, jednak, o co nam chodzi i doprowadził do ulicy, na której było kilka hosteli. Pomachał na pożegnanie i poszedł za swoimi sprawami.
Hostele są. Nawet ładne. Nawet bardzo ładne. Tyle, że raczej, cenowo nie dla nas. Jeżeli są drogie, to muszą być i tanie. Skręcamy w boczną uliczkę i znajdujemy coś na naszą kieszeń. Po 8 $ „por persona”. To tylko na dwie noce, więc nie wybrzydzamy, w dodatku pokój czysty, kibelek na miejscu, prysznic również.
Zostawiamy klamoty i idziemy szukać pralni, bo zaczynamy mieć braki ubraniowe. Jest niedaleko. Mimo, że już szósta po południu, za trzy godziny będzie odbiór. Mamy parę godzin, więc idziemy na zwiedzanie.
Otavalo słynie z sobotnich targów. Jest czwartek, ale na placu są sprzedający. To znaczy w większej części byli, bo pozostało tylko kilkunastu, a i oni się zwijają. Pijąc piwko w knajpce przy targowisku oglądamy, jak transportują wielkie pakunki do schowków położonych wewnątrz kwartałów mieszkalnych. Silni ludzie!
Pochodziliśmy jeszcze trochę po miasteczku, zjadłem nawet coś na patyku grillowane w przewoźnym grillu. Było nawet smaczne. Tyle, że po piwku, to mi wszystko smakuje. Nawet szczur.
Wreszcie odbieramy poprane ubranie i wracamy do naszego hostelu. Tylko troszkę błądząc. Jest cicho i przyjemnie. Poza nami nie ma nikogo.
Przy śniadaniu zastanawiamy się co dzisiaj robić. Szlajać się po uliczkach, nie ma sensu. Trzeba by było gdzieś się ruszyć. Niedaleko od placu targowego widzieliśmy agencję turystyczną. Kiedy podchodzimy, właśnie jednoosobowa agencja otwiera podwoje.
Chyba nie za bardzo miał co robić, bo bardzo się ucieszył, kiedy weszliśmy. Radość zmalała, jak wytłumaczyliśmy o co chodzi. Mówił łamanym angielskim, więc się dogadaliśmy po hiszpańsko-angielsku.
Za 40 $ od głowy obiecał wycieczkę po okolicy. Z obiadem. I przewodnikiem angielskojęzycznym. Cena nie była wygórowana, więc nawet się nie targowałem. Zresztą ile by opuścił? Pięć dolarów? Zaskoczeniem było dla mnie, że płatne z dołu. Po zwiedzaniu. Umawiamy się na jedenastą.
Mamy prawie dwie godziny czasu, więc idziemy na targ obejrzeć, co tam ciekawego. Wczoraj nie udało nam się zobaczyć, bo przyszliśmy za późno i już się zwijali. Dzisiaj, za to w pełnym słońcu, możemy podziwiać miejscowe wyroby.
Poza nami, jeszcze nikogo z kupujących nie ma, więc jesteśmy rozchwytywani i zaczepiani. Nie nachalnie. Grzecznie. Bardziej wizualnie, niż akustycznie. No cóż. Staliśmy się właścicielami dwóch czapek (dla dzieci), sweterka (dla mnie) i dwóch koszulek (dla nas). No i lżejsi o jakieś 200 $. Najważniejsze, jednak, że zarówno sprzedający, jak i my rozstaliśmy się zadowoleni.
Zakupy zanosimy do hostelu, który jest niedaleko. Wracając trafiamy na pocztę, skąd wysyłamy kartki. Ciągle dziwi i zaskakuje mnie zachowanie tutejszych mieszkańców. Ich życzliwość, chęć pomocy, cierpliwość...
Idziemy do agencji, gdzie już na nas czeka nasza przewodniczka – Amber. Mówi po angielsku. Jeszcze kilka wskazówek właściciela biura i jedziemy.
Terenówką wspinamy się na zbocze wyjeżdżając nad Otavalo. Możemy podziwiać, jak pięknie położone jest miasto. Wreszcie dojeżdżamy do celu – małego ogrodu zoologicznego z ptakami. Amber jest tutaj znana i zaraz zostaje „zagospodarowana”. My idziemy do małego amfiteatru, z którego rozciąga się widok na dolinę, w której usadowione jest miasto.
Amfiteatr jest obsiądnięty przez dzieciaki, które w ramach wycieczki szkolnej uczą się o miejscowej faunie. Znajdujemy sobie miejsce i czekamy co będzie dalej.
Dalej było! Mamy przyjemność obejrzeć ptaki drapieżne, które zamieszkują Ekwador. Pokaz organizuje młody mężczyzna, który niestety tłumaczy dzieciarni w ich języku. Troszkę za trudne dla mnie. Łapię pojedyncze słowa i usiłuję sobie jakoś je poskładać, ale niesporo mi to idzie. Trzeba się bardziej przyłożyć do nauki hiszpańskiego...
Pokaz był bardzo widowiskowy. Zaczął się od największych ptaków – orłów amerykańskich, skończył na maleństwach – sówkach. W Peru widziałem szybujące kondory, ale były dosyć daleko, tutaj mogę z bliska obejrzeć majestat orła...
Po pokazach pojechaliśmy obejrzeć okolicę. Zwiedziliśmy pobliskie wzgórza, park, a właściwie mały lasek, gdzie miejscowi organizują swoje uroczystości. Dotarliśmy nad jezioro, które powstało w kraterze wygasłego wulkanu. Widoczek – perełka! Było tak pięknie, że w miejscowej restauracji napiliśmy się miejscowej kawy, co nieco popsuło wrażenie.
Po obiedzie zostajemy dowiezieni do miejscowego producenta ludowych instrumentów muzycznych. Pani Ela zachwycona, kupiła jego płytę z tutejszą muzyką.
Na koniec wycieczki zwiedzamy warsztat produkcji pledów i innych wyrobów z wełny. Właścicielem i zarazem robotnikiem jest dziadek, który ma 85 lat. Pochwalił się, że od 81 lat pracuje w tym zawodzie. Pokazał, jak z wełny powstaje pled. Od czesanie, przez wyrób nici, aż do tkania.
Pani Ela jest zachwycona i pała chęcią zostania właścicielką takiego pledu. Co było robić. Kupujemy. Oczywiście po długich targach, w trakcie których udało mi się zbić cenę do w miarę normalnej (30$).
Wycieczkę kończymy koło 17. Żegnamy się z naszą przewodniczką i idziemy na spacer. Na spacer, to znaczy na piwo. Miejscowe.