napisał : Piotr Wojtkowski
EKWADOR
Tena
13.01.2014 - 15.01.2014
Wstajemy o siódmej. Tak wcześnie, bo Pani Ela wyczytała w przewodniku, że niedaleko, w Ambato, jest wielki targ. Trzeba GO obejrzeć. Miasto nie jest daleko położone od Baños, niecała godzina drogi. Zdążymy zobaczyć i wrócić.
Jak rzeba, to trzeba.
Za autobus do Ambato płacimy niecałego dolara za dwie osoby. Wysadzają nas przy ruchliwej drodze na skraju miasta, tłumacząc, że merkado, to tutaj, niedaleko.
Rzeczywiście, był niedaleko. Jakieś 15 minut spacerkiem, skrajem jezdni. Zaraz, zresztą zaczęły się zabudowania i pojawił się chodnik. Targ znajduje się po drugiej stronie drogi, więc podczepiamy się pod miejscową i przechodzimy wtedy, kiedy ona zdecydowała się przejść. Samochody jadą ciągłą strugą, ale dajemy radę i stajemy przed wejściem na teren wielkiego bazaru.
Przy samym wejściu znajdują się garkuchnie z miejscowym jedzeniem. Jest ranek, więc czas na śniadanie. Nam też się przyda...
Przechodzimy trochę dalej, gdzie mniejszy ruch i siadamy przy ladzie oddzielającej kuchnię od chodnika. Za 2 $ zjedliśmy całkiem niezłe śniadanko, składające się z kurczaka, ryżu i jakiegoś naparu, który nazwany został herbatą. Właściciel i kucharz proponował świnkę morską, ale zrezygnowaliśmy. To była świnka hodowana, chyba na sterydach, sądząc po wielkości.
Zaczynamy zwiedzanie. Pani Ela wiele sobie obiecywała po tym targu, bo wyczytała, że jest on największy w okolicy. Fakt. Wielki, to on jest. Towaru również bardzo dużo. Tyle, że wszystko chińszczyzna, typowe tanie rzeczy, które można kupić w każdym zakątku świata. Unifikacja już wszędzie dotarła...
Trochę pochodziliśmy, szukając jakiś tutejszych wyrobów, ale poza jadłodajniami, gdzie królowała świnka morska i pieczony łeb świni, nic żeśmy nie znaleźli. Może źle szukaliśmy?
Wracamy. Z powrotem nie było problemów, bo targowisko jest przy drodze prowadzącej do Baños. Wychodzimy na ulicę i szybko łapiemy autobus. Powrót kosztuje 1,5 $ za dwie osoby. O jakieś 60 centów drożej.
Żegnamy się w hostelu, dziękując za gościnę. Dla szefa zostawiam małą Żubrówkę. Pani Ela podzieliła buteleczki w ten sposób, że sama nosi „Żołądkową gorzką”, a ja „Żubrówkę”. Twierdzi, że przy takim podziale jest większa szansa na przetrwanie suvenirów. Może i ma trochę racji. „Żubrówki” niezbyt lubię...
O 10.30 mamy autobus do Teny. Jedzie się 4,5 godziny. To wielka wygoda dla mnie, że godzina jazdy kosztuje jednego dolara. Mogę sobie poprzeliczać jak długo będziemy jechać.
Przy dworcu autobusowym w Tenie są jadłodajnie, gdzie można tanio i w miarę smacznie zjeść. Oczywiście na miarę ekwadorską.
Po obiadku, z nowymi siłami idziemy szukać noclegu. Dojeżdżając do dworca, już w mieście, widziałem kilka szyldów hosteli i w ich stronę się kierujemy. Po drodze spotykamy jakiegoś starszego białasa w krótkich spodniach, którego Pani Ela zaczepia.
Anglik. Mieszkający na miejscu. Nie zna adresów hosteli, ale dał telefon do znajomego, który organizuje wycieczki. Może się przyda...
Wchodzimy do hostelu położonego przy samym dworcu. Jakiś taki niesympatyczny. I cena... Idziemy dalej. Dalej trafiamy na hostel paskudnawy, ale tani (8$ pokój). Jedną noc jakoś przebidujemy.
Zwalamy plecaki i idziemy szukać agencji turystycznej. Tena, to nieduże miasteczko. Ma jakieś 20 tys mieszkańców, więc i ze znalezieniem agencji nie było większych problemów.
Umawiamy się na dwudniowy wyjazd. Jutro mamy się zjawić w agencji o ósmej rano.
Wstajemy o 6.30. Trzeba się spakować, zjeść coś na mieście, no i dotrzeć do celu, skąd będziemy startować. Wychodzimy z hostelu przed siódmą, żegnani przez dziadka, którego musieliśmy obudzić. Ludzie tutaj wstają troszkę później...
Pada. Czasami nawet leje. Po śniadaniu (kurczak, ryż, sałatka – po 2$) łapiemy taksówkę i jedziemy pod agencję. Jesteśmy przed czasem, więc w kawiarni Tortuga (żółw), czekając, wypijamy kawę. Smaczna.
Wreszcie o 8 zjawiają się szefowie z naszym guido (przewodnikiem). Zostawiamy plecaki w agencji i tylko z podręcznym bagażem dowożą nas na lokalny dworzec autobusowy.
Stanowimy atrakcję turystyczną dla lokalsów. Ciekawość jest obustronna. My również z zainteresowaniem oglądam co się dzieje dookoła nas.
Autobus, którym jedziemy jest wygodny. Przejeżdżamy przez malutkie wioski zabierając po drodze ludzi. Głównie podróżują dzieciaki jadące do szkoły, poubierane w jednakowe stroje. W czasie jazdy rozmawiamy z przewodnikiem. Nasz guido ma na imię David i ma 19 lat. Jest studentem. Dorabia sobie w agencji turystycznej. Zna hiszpański – co i nie dziwne, oraz angielski i kichua (odmiana kechua), który jest jego rodzinnym językiem.
Po trzech kwadransach dojeżdżamy na brzeg rzeki. Zmiana środka transportu. Przesiadamy się na łódź.
Łódka jest dostosowana do ilości osób, które będzie przewoziła. Czyli mała. Oczywiście motorowa i w dodatku z zadaszeniem. Są ławeczki, na których siadamy. Jedno za drugim, bo łódka jest wąska. W miarę wygodnie się siedzi. Szczęśliwie nie będziemy płynąć kilka godzin, więc pewne niedogodności damy radę znieść.
Najpierw płyniemy do muzeum.
Nawet ciekawe. David ciekawie opowiada o zwyczajach miejscowych Indian. Pokazuje owoc (achiote), który zerwał z drzewa rosnącego na dziedzińcu i (oczywiście za zgodą) wymalował moją towarzyszkę. Wymalował, to może i zbyt wiele powiedziane, narysował jej spiralę na czole. Sokiem z owocu. Tłumaczył, że taki jest zwyczaj tutejszych mieszkańców. W ten sposób znaczą gości.
Kiedy już Pani Ela została oznaczona, weszliśmy do chaty, gdzie zgromadzone są artefakty i nie tylko. Najbardziej podobała mi się pasta, która po spożyciu wywołuje różne ciekawe obrazy. Niestety, pilnował, abym nie spróbował, ale powąchać dał. No cóż. W wąchaniu skutek taki sam, jak po maryśce. Gęba zaraz się uśmiecha!
Były tam również, stosowane przez miejscowych pułapki na zwierzęta. Pomysłowe. Przestały mi się podobać, kiedy David wyjaśnił, że stosowane były do unieszkodliwiania dzikich kotów. Jakoś tak lubię koty...
Następnym przystankiem był rezerwat chorych zwierząt. Położony jest na wysokiej skarpie i musimy się wspinać po schodach w zupełnie innym klimacie niż byliśmy nad rzeką. Już nie ma rześkiego wiaterku, który nas owiewa. Jest duchota i wilgoć. Las deszczowy...
Trochę postaliśmy przy sklepie, który tam funkcjonuje, oferując turystom przeróżne durnostojki. Były bardzo kolorowe, więc zwabiły Panią Elę. Tylko patrzyła i podziwiała.
W rezerwacie pracują wolontariusze. Najwięcej Niemców. Nam trafiła się dziewczyna ze Szwajcarii, która pokazała mieszkające tam zwierzaki.
Chyba zwierzęta ją lubią. Kiedy podeszliśmy do sadzawki z aligatorem, pasący się opodal tapir chycnął do wody i podpłynął do niej chrumkając coś po swojemu. Papugi dostawały „małpiego rozumu”, kiedy przechodziliśmy koło ich klatek. Jedna darła się na cały rezerwat „mami!, mami!”.
Wszystkie zwierzaki zostały skrzywdzone przez los, lub człowieka i przebywają tam na leczeniu i rekonwalescencji. Kiedy już dobrze się czują są wypuszczane do dżungli. Czasami wracają.
Najbardziej podobał mi się kotek, luzacko rozłożony w rozwidleniu drzewa. Nic go nie ruszało. Drzemał. Ciężko było go wypatrzeć, bo jego futerko doskonale się zlewało z terenem, ale dzięki naszej przewodniczce wypatrzyłem go.
Moją uwagę przyciągnęły mrówki niosące po kawałku liści. Dowiedziałem się, że żyją one w symbiozie z drzewem, w którym mieszkają. Za to, że drzewo daje im mieszkanie, one oczyszczają inne drzewa z liści, które transportują do swego mrowiska. Naokoło drzewa powstaje pusta przestrzeń, bo bezlistne rośliny umierają.
Bardzo ciekawe również było drzewo, które już widziałem w Wenezueli, ale Carlos (nasz ówczesny guido ) nic nie powiedział, że jest, to „chodzące” drzewo. Potrafi ono w ciągu roku przejść około 3 metrów wypuszczając coraz, to nowsze korzenie.
Na zakończenie Pani Ela dała oprowadzaczce czekoladę. Naszą. Polską. Przyjemnie było patrzeć, jak się cieszyła...
Kiedy zostaliśmy doprowadzeni do punktu wyjścia, to znaczy do sklepu, David już na nas czekał. Uśmiechnął się mile i zaprosił na spacer po dżungli. No, to poszliśmy.
To co nas gania po różnych częściach Świata, to ciekawość. Ciekawość ludzi, miejsc, przyrody. Ciekawość inności. Czasami mówię do siebie, tak po cichutku, aby drugie nie usłyszało „a po cholerę mi, to było?”, ale idę, zlizuję spływający po twarzy pot i mimo wszystko cieszę się. Wspaniały przykład na ambiwalencję uczuć! Tak było i teraz...
Już nie jesteśmy w górach, gdzie rześkie powietrze i lekki wiaterek chłodzi mile w czasie podchodzenia. Jesteśmy na nizinie i w wśród roślinności, gdzie wiaterku nie ma. Jest spokojnie. Cicho. Jesteśmy na równiku. Temperatura stała. Tak w granicach 25 – 30 stopni. I wilgoć. Taka bardzo łagodna łaźnia parowa.
Dżungla jest taka, jak i powietrze. Wilgotna. Podłoże przysypane liśćmi, które są w różnym stadium rozkładu. Drzewa zmieniają liście, tyle, że robią to cały czas, przynajmniej tak myślę. Po tych liściach idziemy. Jest ślisko i trzeba uważać przy zejściach, czy wejściach pod górę.
David prowadzi nas szeroką ścieżką. Po niedługim czasie dochodzimy do płynącego wąwozem potoku. Początek drogi, to mamy jeszcze siły i refleks. Schodzimy prawidłowo. Na nogach. Dnem strumienia idziemy jakieś pół kilometra. Nawet mi się podoba. Przyjemnie chłodzi stopy, nie ma błota, tyle, że trzeba uważać na kamienie, bo śliskie.
Wychodzimy na ścieżkę. Zaczyna się pokazywanie i tłumaczenie białasom co, jak i po co... David doskonale się zna na drzewach, lianach, roślinach. Jest stąd.
Mamy okazję się dowiedzieć, że kurarę wyrabia się z liany, a wielkie drzewo, które podziwialiśmy służyło do porozumiewania się. Z żalem skonstatował, że to już przeszłość, bo mają telefony komórkowe. Przy okazji, bawiąc się, pokazał, jak wytrzymała jest liana.
Ja również się rozglądam i wypatrzyłem motylka. Taki paskudny, że aż piękny w swej brzydocie. Pani Eli, chyba się z czymś skojarzył, bo z wyjątkowym obrzydzeniem stara się na niego nie patrzyć. No, w każdym razie jest oryginalny.
Trasa, którą idziemy, to jest taka ichnia „ścieżka dydaktyczna”, tyle, że zamiast tabliczek z napisami mamy lektora. Nasz lektor jest dumny ze swego kraju i dzieli się z nami swoją wiedzą. Przechodzimy od drzewa, do liany i słuchamy opowieści do czego były wykorzystywane, na co stosowane... W dżungli jest wszystko. Właściwie, to na wszystko. Na przeziębienie, na ból głowy, na rany. Również i na humor. Tyle, że nie chciał powiedzieć, jak się to robi na ten humor...
Trochę sobie pochodziliśmy. Ja to się nawet nieco spociłem... Ale warto było!
Ostatnim punktem dzisiejszego zwiedzania jest mała wioska, gdzie pokazują nam, jak się wyrabia naczynia. Obok jest sklepik z wyrobami, które można sobie kupić. Nawet spodobały mi się dmuchawki, ale wyjaśniono mi, że strzały nie są zatrute kurarą, więc przestałem się interesować.
Płyniemy. Od wody ciągnie przyjemny chłodek, dzięki pędowi łodzi, wiaterek przyjemnie osusza koszulkę. Jest dobrze... Podziwiam zarośnięte brzegi, mijające nas łodzie, ludzi, którzy coś tam robią przy brzegu...
Zaraz, zaraz... Coś mi to przypomina... Tratwa z płuczką. Silnik pyrkocze wyrzucając wodę na pochylnię, gdzie płucze zasysany żwir z dna rzeki. Przecież oni płuczą złoto! Złoto!
Lekko się podnieciłem. Z hiszpańskiego nasunęło mi się tylko jedno słowo:
— Oro! Oro? — mówię do Davida
— Si. Oro. — stwierdza.
Tłumaczy, że w rzece jest złoto i przez miejscowych jest wydobywane. Taką płuczką wyciągają około uncji dziennie. Jak płuczą miskami, to wypłukują gram na dzień. Zajmują się tym całe rodziny, które nie mają innych możliwości zarobku. Praca ciężka i mało dochodowa. Może i tak, ale ja wiem swoje – złoto!
Płynąc po rzece, dostajemy od losu mały bonus. W poprzek nurtu na drugi brzeg, przepływa długi, prawie dwumetrowy wąż. Bardzo ładny. Czarno-żółty. Głowa nie jest trójkątna, więc chyba nie jadowity. Motorista kieruje łódź, tak, abyśmy mogli go z bliska podziwiać. Wąż jest ciekawy, co mu przeszkadza w podróży i łapie nasz zapach wysuwając język. Podziwiamy przez kilka minut jego barwę i płyniemy dalej.
W życiu i przyrodzie musi być równowaga. Jak jest plus, to musi być i minus. No i dostajemy minusa. Płynąca z przeciwka łódź podpływa do naszej i po krótkiej rozmowie z naszym przewodnikiem następuje zmiana. David przesiada się na drugą łódź, która wraca do przystani, a my płyniemy do miejsca noclegu z nowym guido.
Długo nie płyniemy. Jakieś pół godziny i dobijamy do małej przystani. Tutaj żegnamy się z naszym motoristą. Pani Ela daje mu 5 $ za dobrą jazdę. Jest bardzo zaskoczony. Od razu robi mu się banan na twarzy. Chyba się nie spodziewał czegoś takiego, bo jeszcze ze środka rzeki macha do nas na pożegnanie.
Na wysokiej skarpie, ustawione jest kilka domków. Prowadzeni przez naszego nowego przewodnika zatrzymujemy się przy pierwszym, położonym najniżej. Dom stoi na palach. Po schodkach wchodzimy na taras, z którego są wejścia do pokoi. Zostajemy zakwaterowani. Nad łóżkiem wisi moskitiera, co jakoś tak niezbyt mile mi się kojarzy. No cóż zobaczymy...
Kilkadziesiąt schodków wyżej są dwa domki. W jednym kuchnia i stołówka, oraz sklepik dla spragnionych, a drugi służy jako sypialnia, tak jak ten, w którym my mamy nocować.
Poza nami na terenie ośrodka przebywa grupa francuzów. Tak z 6-8 osób. Jakoś się nie pobrataliśmy. Trzymają się razem i razem gadają. Zresztą zaraz się zbierają i idą z przewodnikiem do dżungli.
Jemy obiad i czekamy. Czekamy na dalszy ciąg naszego wycieczkowego programu. Poczekaliśmy trochę, aż tym czekaniem się zmęczyliśmy. Ja, to nawet się wściekłem. Ponieważ nie było do kogo się odezwać (chodzi o obsługę), bo w kuchni zostali sami gotujący, więc poszedłem do pokoju. Podrzemać.
Długo nie drzemałem. Pani Ela wyciągnęła mnie na ryby.
Pamiętając rzeki w Wenezueli i rybki, jakie tam pływały, przed wyjazdem przygotowałem się na taką ewentualność. Przyszykowałem sobie haczyki, spławik i linkę, taką na którą łapie się węgorze. Miałem nadzieję, że się przyda...
Zeszliśmy nad brzeg rzeki. Pani Ela w kuchni wyprosiła trochę mięsa kurczaka, które ma służyć za przynętę. Szybko zrobiłem wędkę. Po prostu do kija dowiązałem linkę, na której końcu zamontowałem haczyk. Wyważyłem spławik, zaczepiłem kawałek mięska i rzuciłem.
Nurt przy naszym brzegu jest bardzo bystry. Tworzą się wiry, płyną jakieś śmieci, które kołując zbliżają się niebezpiecznie do mojego spławika. Trzeba uważać. Nie posiedzi się, bezmyślnie wpatrując w spławik, tylko trzeba biegać za nim.
Biegam. Chodzę. Wreszcie kładę przynętę na dnie i robię sobie przerwę.
— Wiesz, co kochanie? Mam dosyć. — Pani Ela cały czas pilnie obserwowała moje poczynania.
— To daj mnie – no to dałem.
Teraz moja towarzyszka stara się o wynik. Rzuca, przeciąga, zmienia grunt i miejsce, odświeża przynętę... Swoją drogą, to już mi się nie chce, nie to że łapać, bo o łapaniu nie ma mowy, ale rzucać i trzymać kija. Jakoś tak czuję, że z ryb nici. Ponieważ Pani Eli również się znudziło, obrażam się na sprzęt i oddaję go siedzącemu na łódce miejscowemu motoriscie.
— Para mi? — pyta. Jaki jestem mądry! Zrozumiałem!
— Para te. — mówię.
Twarz mu się rozjaśniła, jakby bryłkę złota znalazł. Wytłumaczyłem, że linka wytrzyma ciężar 20-to kilogramowej ryby. Chyba nie uwierzył, bo Pani Ela później powiedziała, że widziała, jak usiłuje ją przerwać. Mam nadzieję, że mocno się nie pokaleczył...
Wchodzimy po schodkach i siadamy na ławeczce stojącej na brzegu skarpy. Ławeczka, to nawet zbyt dużo powiedziane, są to dwa pnie drzewa położone na ziemi, ale siedzi się dobrze. Czekamy na wieczór, na ostatnią rozrywkę dnia dzisiejszego – kolację.
— Kochanie! Czy będziesz w stanie służyć mi za translator? Chciałbym porozmawiać z tymi z agencji. — pytam Pani Eli
— Dobrze.
— Ale nie będziesz się denerwowała? Będziesz tylko tłumaczyła, to co ja będę mówił? Dasz radę? — upewniam się.
— Dam! — bardzo nie lubi, jak się powątpiewa w jej słowa. Jak coś obieca, to przecież dotrzyma!
Nie umiem na tyle po hiszpańsku, aby wyrazić swoje niezadowolenie, więc potrzebuję kogoś, kto biegle włada angielskim, lub hiszpańskim. Pani Ela biegle mówi po angielsku...
Na takich i podobnych gadkach, oraz podziwianiu zachodu słońca i piciu piwa, minęło nam popołudnie i wieczór. Kiedy słońce zaszło poszliśmy do swojego pokoju, pod moskitierę.
Noc upłynęła całkiem przyjemnie. Dzięki moskitierze wszystkie fruwające i chcące się przytulić maleństwa nie miały do nas dostępu. Właściwie, to nawet dziwne. Nawet w lesie, kiedy się spociłem, to i owszem, coś tam się do mnie kleiło, ale nie gryzło. Zupełnie inaczej niż w Wenezueli, gdzie bez Muggi trudno było przetrwać.
Kiedy zjedliśmy śniadanie, tak po ósmej, zjawił się David. No cóż, on jest wyrobnikiem, trudno mieć do niego pretensję, że było, jak było. Pomijamy milczeniem wczorajsze popołudnie i idziemy tam, gdzie nas prowadzi. Do LASU DESZCZOWEGO. Co prawda wczoraj już troszkę sobie pochodziliśmy, ale dzisiaj będzie poprawka.
Idziemy! Już na samym początku zwrócił nam uwagę na piękne karminowe kwiatki rosnące na krzewie. Kwiatek wyglądał trochę, jak nasza lwia paszczka. Zerwał jeden i włożył do ust przytrzymując wargami. Wyjaśnił, że dziewczyny idące na zabawę w ten sposób się upiększały. Zapewne, dopóki nie mówiły, to zdawało rezultat, ale znając życie, długo upiększone nie były...
W lesie jest bardzo dużo różnych zwierzątek. Niestety, my mamy okazję obejrzeć tylko żabkę, o której David mówi, że jadowita i patyczaki. Jeden – brunatny na liściu, a drugi – zielony na mnie. Spadł z drzewa i wylądował na moim karku. Trochę dziwne uczucie, kiedy czuje się, że coś łazi po szyi, wtedy kiedy jest się w obcym lesie i nie zna tutejszych zagrożeń. Szczęśliwie patyczaki nie są groźne dla ludzi, więc skończyło się na szybszym biciu serca i napływie sił, co też jest dobre w tym klimacie.
Mamy okazję obejrzeć drzewo oplecione przez liany. David tłumaczy, że liany, kiedy już oplotą drzewo, to ono umiera. Zostają same liany, które zostają oplecione przez następne liany i tak w kółko.
Nasz guido pokazuje nam jak miejscowy myśliwy robi z liści zasłonę, aby nie być widocznym. Przy okazji uplótł dla mnie koronę, ale że debilowato wyglądałem, więc długo jej nie nosiłem...
Pokazuje nam mrówki żyjące na drzewie. Właściwie, to w drzewie. Odłamuje gałązkę i widać jak sobie chodzą w tunelu zrobionym przez siebie. David mówi, że są bardzo smaczne i częstuje mnie, abym spróbował. Odmawiam, bo jakoś nie lubię, jak mi coś biega po zębach usiłując uniknąć zmiażdżenia. Wolę jeść, to, co już się nie rusza. Ja nie chciałem, to on zjadł. Miał troszkę dziwną minę. Taką zadowolono-zawstydzoną. Zupełnie niepotrzebnie.
Wreszcie, po półtorej godzinie spacerku, wychodzimy na teren naszej bazy. Zrobiliśmy spore kółko. Jesteśmy troszkę spoceni, ale wszystko było tak ciekawe i obce dla nas, tak że wychodzi na plus.
Zabieramy swoje rzeczy z pokoju, w którym spaliśmy i ładujemy się do łódki. Motoristą jest nasz wczorajszy znajomy od ryb. Płyniemy na drugą stronę rzeki, gdzie mamy obejrzeć miejscowe gospodarstwo.
Brzeg, do którego dobiliśmy jest stromy, ale nie tak wysoki, jak po drugiej stronie. Widać po śladach, że rzeka czasami jest niebezpieczna. Do wysokości około dwóch metrów brzeg pokryty jest naniesionymi przez nurt kamieniami i żwirem.
Pokonujemy skarpę i wychodzimy na płaski teren. Inny świat. Jesteśmy w sadzie. Rosną kakaowce, bananowce i inne drzewka z owocami, których nazwy nie znam. Po jakiś stu metrach dochodzimy do domu. Bardzo ciekawego domu. Tutejszego domu. Z zainteresowaniem oglądam konstrukcję.
Dom jest piętrowy. Jednopiętrowy. Właściwie, to jest tylko piętro, na które wchodzi się po drabinie. Znajduje się tam sypialnia oraz garderoba (hmmm...). Na parterze, pod piętrem, jest kuchnia, salon, jadalnia, miejsce do wypoczynku (bo przecież nie pokój). Dom stoi na sześciu palach, na których umocowana jest konstrukcja piętra. Dach stanowią posplatane liście palm, które chronią od deszczu, czy słońca. Myślę, że zdaje egzamin w tutejszych warunkach pogodowych.
Mieszkańcami jest dwoje starszych ludzi. Przyjmuje nas pani. David w kichua krótko z nią porozmawiał, udzielał instrukcji. Pani kiwnęła głową, coś tam powiedziała i się zaczęła demonstracja.
Pani miała uprzednio wykopane bulwy juki (albo manioku, jak kto woli), które zaczęła obdzierać z łupiny. Dołączyliśmy się do tych prac kuchennych z przyjemnością. Kiedy już poobdzieraliśmy i zostały gołe, białe bulwy, powędrowały one do gara. Garnek postawiony został na kuchni, za którą robiło ognisko. Pani podłożyła więcej drzewa aby się zagotowało, a my poszliśmy na pole.
Pole nie jest daleko. Kilkanaście metrów od domu (?). Tutaj oglądamy, jak kopie się jukę. David służy za tłumacza i komentatora. Juka jest byliną i w tutejszym klimacie ma bardzo dobre warunki do rozwoju. Zużywa się całą roślinę. Bulwy do jedzenia i na przetwory (piwo), pozostałe, po wysuszeniu, do palenia. Po ścięciu rośliny i wyciągnięciu z ziemi części jadalnej, odcina się badyl, który zostaje przycięty się do długości około 30-40 centymetrów. Ten badyl wsadzany jest w ziemię, na miejsce usuniętej rośliny. Podlewaniem zajmuje się natura. Za kilka miesięcy wyrośnie nowa bylina...
Pani Ela wykopała i zasadziła. Ja asystowałem. Mężczyźni w polu nie pracują, to sprawa kobiet...
Kiedy wracamy do domu, juka już jest ugotowana. Bulwy zostają wyłożone na drewnianą misę i roztarte na miazgę. Próbuję trochę. W smaku, podobne do naszych nieposolonych ziemniaków. Jakby posolić, to dałoby się zjeść, zresztą wszystko zależy od tego, jak długo się nie jadło...
Teraz, kiedy już maniok (juka) została roztarta, pani dolewa do niej jakiegoś fioletowego płynu. David tłumaczy, że dawniej, jukę kobiety żuły i wypluwały, aby doprowadzić do fermentacji, teraz robi się to higieniczniej. Kobiety już nie żują, tylko dolewają specjalnego płynu, który powoduje, że miazga, po kilku dniach zaczyna fermentować. Tak robi się piwo.
Niestety, piwa nie dane było nam spróbować, bo zostało wypite wcześniej...
W pobliżu chatki, w słońcu, na czarnej folii suszą się jakieś ziarenka. Są wielkości naszego bobu. To kakao. Te, które się suszą, są jeszcze niedobre, zbyt wilgotne. Aby ziarno kakaowe nadawało się do przetwarzania, musi nabrać ciemnobrązowej barwy. Prawie czarnej. Takie ziarenka czekają na nas.
W normalnym młynku, ale ze specjalną nakładką, ziarna kakaowca zostają zmielone na miazgę. Nawet sporo tego wyszło.
Teraz do miazgi pani dosypuje cukier i stawia na ogniu. Cały czas miesza, a kiedy cukier zaczął się karmelizować, dolewa wody. Teraz trzeba szybko mieszać. Miesza David, mieszam ja, miesza Pani Ela, aż wreszcie domieszaliśmy... Jest czekolada !
Czekolada na gorąco. Przed początkiem procesu robienia czekolady, pani położyła na brzegu paleniska kilka bananów. Teraz te banany obrała ze skórki i pokroiła na części. Za widelce służą nam patyczki. Nadziewam kawałek banana na patyczek i maczam go w czekoladzie. Czekolada gorzkawa, banan słodkawy. Wyśmienitość! Niebo w gębie!
Pani Ela uwielbia czekoladę i z błogim wyrazem na twarzy zajada się bananowo-czekoladowym frykasem. David jej dzielnie towarzyszy. Mąż naszej gospodyni, tylko z uśmiechem się popatrzył. Nawet do czekolady się nie zbliżył. Zjadł same banany.
Pani Ela rozanielona po przekąsce odwdzięczyła się suvenirem. Buteleczką „żołądkowej gorzkiej”. Wytłumaczyła co to jest i jak działa. Pani schowała do kieszonki, mimo że jej mąż sam chciał ją zagospodarować.
Myślałem, że to już koniec, ale nie. Idziemy nad rzekę. Ciekawe, co będziemy robić? Ryby łapać? Chyba na sieć, bo wędek nie widzę. Pani niesie w ręku płaską michę, może mule? A, zaraz się zobaczy...
Na brzegu, nad samą wodą, David wyjaśnia o co chodzi i co teraz będzie się działo. Będzie płukanie złota. Złoto! Tutaj! Widziałem, co prawda płuczki, ale jakoś tak nie dotarło do mnie, że jeżeli wydobywają z dna rzeki, to można również i z brzegu. Tam, gdzie nurt sięga.
Pani odgarnia większe otoczaki na bok i dobiera się do żwiru. Nakłada na misę czubatą porcję ziemi. Niesie do rzeki i powoli, wykonując okrężne ruchy misą usuwa nadmiar. Trwa, to jakieś 5-8 minut. Kiedy na dnie misy pozostaje już tylko drobny piach, ruchy stają się powolniejsze i ostrożniejsze. Powoli pozbywa się piachu, aż wreszcie na dnie, widać coś żółtego. Drobinki złota.
Malutko tego jest, ale jest. Szlam z okruszkami złota zostaje zsunięty do słoiczka, gdzie już trochę jest. Jak będzie więcej, to sprzedadzą. W ten sposób zbierają pieniądze. Nie mają żadnych dochodów, a działka daje im pożywienie. Na ubranie i inne niezbędne w naszym cywilizowanym świecie rzeczy, muszą w ten sposób sobie uzbierać.
Odpływamy żegnani przez gospodarzy.
Za zakolem przesiadamy się do czółna, aby zaznać przyjemności płynięcia w ciszy. David od czasu do czasu rusza wiosłem, aby wyprostować bieg łódki. Łódź jest chybotliwa, ale nadspodziewanie mało wywrotna. Dobrze trzyma się na wodzie. Tak dopływamy do przystani, gdzie mamy mieć autobus do Teny. Oczekiwanie na autobus Pani Ela umila sobie oglądając krzewy obsypane różowatymi kwiatkami. Jest kwiatolubna...
Wczesnym popołudniem jesteśmy w Tenie. Na dworcu autobusowym David łapie taksówkę i dojeżdżamy do agencji turystycznej, gdzie zostawiliśmy plecaki. Jest już za późno aby jechać dalej, bo chcemy dotrzeć do Otavalo, które leży na północ od Quito.
Noc spędziliśmy w pensjonacie położonym obok agencji. Byliśmy jedynymi gośćmi, więc mogliśmy dobrze wypocząć przed następną podróżą autobusem.