25.01 środa
NUWARA ELIYA
Żegnamy się z hotelikiem. Dobrze tutaj było, tyle, że musieliśmy co rano się pakować i bambetle wynosić do recepcji. Hotel rankami służył jako miejsce spotkań. Taki tam półoficjalny burdelik...
Za 150 rupii zostajemy dowiezieni na stację kolejową, gdzie kupujemy bilety za jakąś śmieszną sumę. Pól godziny przed odjazdem wchodzimy na peron. Sporo ludzi. Turystów.
Wreszcie podjeżdża pociąg, do którego bez problemów się załadowujemy. Wygodne miejsca siedzące. Radość była krótka. Pociąg zawozi nas na inną stację w Kandy, gdzie wysiadamy i czekamy na następny. Ten właściwy.
Ludzi się jakoś rozmnożyło, a nasz pociąg zatrzymuje się przejazdem, więc już będzie załadowany. Czarno widzę naszą dalszą podróż. Czekamy jakieś trzy kwadranse. Podjeżdża.
Jak dobrze, że mamy doświadczenie! Rozstawiliśmy się wzdłuż peronu i czekamy, aż pociąg się zatrzyma. Niekoniecznie całkiem. Jeszcze jechał, kiedy zaczął się szturm. Pani Ela i Wienio szturmowali drzwi, ja okno. Udało mi się je z zewnątrz otworzyć i wrzucić plecak na miejsce. Teraz stoję i pilnuję, aby nikt tego plecaka nie ukradł, albo nie zrzucił.
Było to słuszne! Ponieważ plecak leżał na miejscu przy oknie, miejsce było bardzo atrakcyjne. Zaraz zjawił się jakiś drągal, który zaczął protestować. No i sobie pogadaliśmy. On po niemiecku, a ja po polsku. Każdy mówił po swojemu, ale każdy rozumiał, o co drugiemu chodziło. Wygrałem, bo zjawił się Wienio i zajął miejsce. Niemiec był sam.
Spokojnie wszedłem do wagonu, gdzie czekało na mnie miejsce obok Pani Eli. Siedzące. Niemiec coś tam jeszcze szwargotał po swojemu, ale Wienio odwrócił się do okna i go ignorował.
Ruszamy! Do Nuwara Elyja jest raptem 90 kilometrów. To niedaleko. Raptem, jakieś 4 godziny jazdy (teraz jest już koło 10).
Pociąg jest taki sobie, chyba jeszcze pamiętający czasy Anglików, ale dzielnie i pracowicie pnie się pod górę. Wjeżdżamy w tereny górzyste. Sama miejscowość jest 2 tys m npm. Dzięki powolnej jeździe możemy sobie podziwiać krajobraz. Mijamy osady, przejeżdżamy nad jakimiś rzeczkami, wreszcie zaczynają się wzgórza z plantacjami herbaty. Taki dywanik niewysokich krzaczków pokrywający całe połacie obłych górek.
Czasami mam okazję obejrzeć pracujących na tych polach. Kobiety z wielkimi workami na plecach, do których wrzucają zebrane liście.
Kiedy zaczęły się góry i plantacje herbaty, wagon zaczął się robić luźniejszy. Plecakowa brać zaczęła wysiadać w sobie znanych, czy wybranych miejscach. Stacyjki malutkie, kilka domków, ale zapewne jest tam coś ciekawego, co warto obejrzeć, zwiedzić. Niestety my mamy napięty harmonogram, więc musimy jechać do samej Nuwara Ekyji.
Koło drugiej po południu jesteśmy na miejscu. Oświadczam swoim towarzyszom podróży, że niech się pali, wali, czy co chce robi, a ja sobie zapalę i będę palił aż skończę. Taki miły, mały nałóg, którego Jaśnie Pani nie może zwalczyć. Chociaż cały czas próbuje. Z trzech „P” (palenie, picie, przeklinanie) tylko to mi zostało, więc się przynajmniej tego trzymam...
Szczęśliwie, że zastrzegłem, bo jakoś tak bardzo szybko znajduje się busik, którego kierowca za 200 rupii, obiecuje dowieść do samego miasta i w dodatku pod hotel. Tani hotel.
Stacja położona jest spory kawałek drogi poza miastem. Mieliśmy szczęście, że się trafiła podwózka, bo ciężko byłoby dojść. Ciągle z górki, albo pod górkę, droga kręta, wijąca się serpentynami. Widoki za to piękne! Wzgórza pokryte plantacjami herbaty, na których pracują kobiety zbierające liście. Droga bajkowa...
Zostajemy dowiezieni do hotelu Victoria Inn. Jakaż dumna nazwa. Chyba po to, aby nadrobić, to co w środku. Zresztą nie narzekamy, za 2500 rupii niczego lepszego byśmy nie dostali. Zostajemy tutaj na dwa dni, bo chcemy obejrzeć wodospady. Dzisiaj już nie zdążymy, bo już jest trzecia, a że blisko równika, więc dzień i noc sprawiedliwie podzielone są po połowie...
Do nocy, jednak jeszcze troszkę zostało, więc idziemy na spacer po mieście.
Blisko równika, ale wcale, to nie znaczy, że jest gorąco. Miasto położone na wysokości ponad 2 tys metrów, powietrze rześkie. Co tu dużo gadać. Jest mi zimnawo! Ciepłe rzeczy zostawiłem w Colombo, więc pozostaje szczękanie zębami. Szczęśliwie Pani Ela poratowała swojego męża koszulą flanelową, która była tylko jeden dzień noszona, więc jest w miarę czysta.
Idziemy wzdłuż ogrodzenia Ogrodu Botanicznego, w dół ulicy, aż dochodzimy do Dworca Autobusowego. To centrum miasta. W pobliskich uliczkach pełno sklepików z różnościami. Jest nawet mały bazarek, a właściwie dwa małe bazarki. Jeden tekstylny, a drugi żywnościowy.
Ponieważ Jaśnie Pani została pozbawiona koszuli, to doszła do słusznego wniosku, że będzie jej zimno. Potrzebny polar. No i kupiła. Po długich targach. U trzeciego sprzedawcy.
Spacerując po ulicach wypatrzyłem sklep monopolowy. Taka czarna, śmierdząca, okratowana, brudna dziura. Zwrócił moją uwagę właśnie niechlujnym otoczeniem i grupką niezbyt stabilnych w pionie tubylców. Chyba TO bardzo lubią!!! Usiłowałem namówić współtowarzyszy na zakupy, ale jedno pominęło milczeniem moje namowy (Wienio), a drugie coś tam zawarczało, czego niezbyt zrozumiałem, ale o powtórzenie nie prosiłem...
Mieścina jest malutka, więc ją szybko obeszliśmy. Do Ogrodu Botanicznego nie weszliśmy, bo opłaty, jakie są narzucone białasom – zaporowe. Za to zwiedziliśmy pole golfowe położone przy rezydencji premiera. Na teren samej rezydencji nie chciano nas wpuścić, tłumacząc, że są oficjele.
Pole golfowe również było ciekawe. Pusto, cicho, spokojnie... Tylko stado piesków biegało i załatwiało jakieś swoje psie sprawy...
26.01 czwartek
Po porannej kawie jedziemy nad wodospady. To tylko 20 kilometrów, ale że jedzie się serpentynami, a i autobus niezbyt sprawny, więc zajmuje nam to godzinkę. Jedzie się powolutku, co pozwala podziwiać widoki pól herbacianych i tutejszą przyrodę. Jest jeszcze niezbyt gorąco, więc przyjemnie.
Klimat tutaj taki trochę dziwny. W Leh (Ladakhu), chociaż, to dużo bardziej na północ i dużo wyżej, było cieplej wieczorami i nocą.
Wreszcie dojeżdżamy pod sam wodospad. Właściwie, to są dwa wodospady. Poprowadzona droga przecina spływającą kaskadami strugę wody, na dwie części.
Idziemy do tego położonego na górze. Prowadzi do niego ścieżynka biegnąca brzegiem wąwozu, na dnie którego płynie rzeczka, zamieniająca się czasami w małe jeziorka. Wszystko obrośnięte bujną równikową roślinnością. Czasami idziemy, czasami wręcz, przedzieramy się przez zarośla.
Ścieżka jest w niektórych miejscach zabezpieczona poręczami, trafiają się również stopnie ułatwiające wchodzenie. Znaczy – dbają o turystów. Tyle, że tych turystów tutaj niewielu, co widać po stopniu zarośnięcia ścieżki.
Niekiedy słychać, jak coś szurnie w gęstwinie, niedaleko ścieżki.
– Chyba widziałem kobrę – mówię
Nie wiem czy mi wierzą, ale idzie się sprawniej i szybciej...
Jest ciepło. Słoneczko grzeje. Dobrze, że zarośla nas przerastają, więc mamy trochę cienia. Ogólnie jest całkiem nieźle, bo i słońce i szum wodospadu i świergot ptaków... Tyle, że w tym gąszczu brak przewiewu i zaczyna się duchota.
Wreszcie dochodzimy do podestu widokowego, skąd mamy widok na wodospad.
Jest pięknie. Patrząc się na wodospad, dochodzę do wniosku, że niekoniecznie chcę dojść na samą górę. Wystarczy mi to, co do tej pory. Troszkę się spociłem i odwodniłem, więc widok dzieciaków chlapiących się w wodzie na dole bardziej mi się podoba.
Dochodzimy do wspólnego wniosku, że lepiej będzie zejść do tego jeziorka i tam się ochłodzić, niż wspinać się w słońcu na samą górę. No i zeszliśmy...
Aby się dostać do jeziorka, trzeba skręcić w ścieżynkę słabo wydeptaną i marnie widoczną w zaroślach. Szczęśliwie dzieciaki drą się całkiem nieźle, więc kierunek mamy dobry. Wreszcie jesteśmy na skraju dolinki.
Jeszcze tylko trzeba przejść przez śliski i podmywany przez wodę, próg skalny, następnie po kamieniach na brzeg jeziorka i przez to jeziorko na drugą stronę. Woda zimna, ale sięga tylko do połowy uda, więc nie ma problemów. Gorzej, że kamienie, którymi jest usłane dno, są śliskie i trzeba uważać, aby się nie pośliznąć.
Szczęśliwie omijamy wszystkie przeszkody. Dzieciaki pomagają nam, pokazując, gdzie jest płytsza woda i lepsze przejście...
Teraz można usiąść w cieniu i sobie odpocząć i podziwiać...
Posiedziałem i popodziwiałem. Troszkę.
Sceneria taka piękna, że proponuję Wieniowi, aby stanął na półce skalnej, przy samym wodospadzie, a ja mu strzelę piękną fotkę. Nie bardzo rozumie gdzie ma stanąć! Trzeba pokazać!
Idę. Idę powolutku, bo skała śliska. Woda sięga mi do połowy łydki, a że leci z góry, więc jest spieniona, tak że podłoża, po którym stąpam nie widać. Półka skalna jest jednak w miarę równa i można całkiem bezpiecznie dojść do miejsca, które sobie wybrałem.
No, dobra! To nie był dobry pomysł, z tym chodzeniem po skale, kiedy nie widać po czym się idzie... Ale przynajmniej się dowodniłem, kiedy noga po samą pachwinę wpadła mi do dziury, której nie zauważyłem. Właściwie, to tylko prawa nogawka się zamoczyła.
Wyrywam z półki szybko na brzeg jeziorka i jeszcze szybciej, już bezpieczny, wyciągam z mokrej kieszeni papierosy i pieniądze. Wszystko w takim tempie, że woda nie zdąża zamoczyć. Są tylko wilgotne z wierzchu.
Poza mną, wszystkim się humory poprawiają. Nawet dzieciarnia szczerzy zęby.
Mimo namów, Wienio stanowczo odmawia dojścia do wskazanego przeze mnie miejsca, chociaż już wie, gdzie jest dziura. Nieużytek!!!
Zimna woda uspokaja. Więc się uspokajam i siedzę w gaciach na słoneczku i czekam, aż spodnie wyschną.
Prawdę mówiąc, to długo nie czekam, bo słoneczko grzeje coraz mocniej. Po jakimś kwadransie jestem już mobilny.
Ponieważ Wienio nadal odmawia podejścia pod wodospad, zbieramy się i wracamy na szosę.
Zaraz przy drodze, znajdujemy garkuchnię. Właściwie, to trudno byłoby jej nie znaleźć, jest jedyna w okolicy. Poza nią jeszcze jest kilka hotelowych knajpek, ale tam raczej się nie wybieramy. Jedzenie takie same, ale za to dużo droższe...
Tutaj płacimy za wszystko zaledwie 600 rupii. Najedzeni mamy siłę (Pani Ela) i ciekawość (pozostali), aby obejrzeć dalszy ciąg wodospadu. Dojście do niego jest troszkę skomplikowane. Trzeba zejść na dół, przejść przez teren hotelu i jego salę restauracyjną. Po drodze odganiamy się od chętnej nas nakarmić obsługi hotelu.
Zejście jest zrobione dla gości hotelowych, ale tylko do pewnego miejsca. Jakieś 20 metrów musimy iść po kamieniach, ignorując oczywiście tabliczkę zakazującą wstępu. Podobno kamienie są śliskie i w związku z tym jest niebezpiecznie. Nie jesteśmy gośćmi hotelowymi, więc nikt się nami nie interesuje. I bardzo dobrze. Widzę, jak kilka osób, które za nami szły karnie zatrzymały się przed zakazem. Byli z przewodnikiem – zabronił.
Tam na górze, było jednak piękniej!
Jedną z niewygód, jakie trzeba znosić, kiedy się schodzi na dół, jest to, że trzeba wejść do góry. Kiedy wreszcie dochodzimy do drogi, to jesteśmy tak wypluci, że siadamy sobie u wylotu tunelu i czekając na autobus zdajemy się, na pilnujących tutaj porządku, dwóch policjantów. Są bardzo życzliwi. I chętni do rozmowy. Jest tylko jeden problem – mówią po angielsku na moim poziomie.
Policjanci są nam, jednak bardzo pomocni. Zatrzymują nam autobus i mimo że załadowany do granic możliwości wciskają nas do niego. Bez ich pomocy byśmy tam koczowali kilka godzin...
Jedzie się całkiem dobrze. Mamy wygodne miejsca stojące niedaleko drzwi, więc przewiew jest. To bardzo ważne, bo zrobiło się ciepło, a nawet bardzo ciepło! Autobus jedzie, chociaż, kiedy na zakręcie coś spod spodu odpadło i obsługa zaczęła zbierać jakieś części z drogi, to zacząłem mieć wątpliwości, czy dojedziemy. To chyba nie była, jakaś ważna część, bo autobus zaraz ruszył, tyle, że wolniej jechał i wydawał jakieś takie dziwne odgłosy, jakby miał się zaraz rozsypać. Szczęśliwie dojeżdżamy do Nuwara Elija.
Prawdę mówiąc, mam na dzisiaj dosyć. Odmawiam pójścia do Fabryki Herbaty i wracam do hotelu. Sam. Czekam na pozostałych już po prysznicu, siedząc na tarasie i popijając zimną colę.
Kiedy wrócili ze zwiedzania - zdali relację w ten sposób, abym wiedział, co straciłem. Średnio żałuję. Mnie też było dobrze. Cisza, spokój, zimna cola i papieros bez oglądania się, że komuś dym przeszkadza...
tutaj
ma
być
relacja
Pani Eli
z fabryki
herbaty
Jutro jedziemy do Elli, więc dzisiaj jeszcze idziemy na zakupy do dużego sklepu. Kupujemy herbatę i przyprawy. Wracając do hotelu zainteresowałem się stojącymi tuk-tukami. Wienio zaczął kombinować, jak by było dobrze sobie takiego kupić (cena, to ok 4 tys PLN) i organizować wycieczki po Obwodnicy Bieszczadzkiej. Pomysł niezły, tyle że mam wątpliwości, czy by go zarejestrowali, normy europejskie są jednak troszkę wyższe od tutejszych...