napisała : Ela Piskorska
11 stycznia Badami -Hubli
Dziś jedziemy na Goa. Najpierw musimy się stąd wydostać, co nie jest takie proste, tuk-tukiem jedziemy na stację, gdzie kupuję bilety (po 20 rupii czyli około 1,5zł) do Gadag. Potem czekamy na pociąg na peronie.
Jesteśmy na prowincji gdzie nie docierają turyści, więc stanowimy nie lada atrakcję dla miejscowych.
Dodatkowo irytujące są nachalne małpy, które upodobały sobie nasze plecaki i usiłują je otworzyć. Nie bardzo wiemy jak małpy odgonić, a miejscowi bardzo uważnie się nam przyglądają.
Na nasze szczęście jedno z miejscowych dzieci zaczęło jeść ciastka i wszystkie małpy do niego pobiegły.
Pociąg jest przejazdem, więc jak zwykle opóźniony, przez megafony podają jakieś informacje, ale tylko w miejscowym języku, nie mamy pojęcia o co chodzi, miejscowych nie ma co pytać, bo język angielski jest tutaj nieznany.
Wreszcie pociąg przyjeżdża opóźniony godzinę.
Kolejna podróż pociągiem i znowu niezapomniane przeżycia.
Tym razem jedziemy z bardzo biednymi ludźmi, mnóstwo dzieci, które robią co chcą a dorośli nie zwracają na to uwagi. Zamiast wysiąść w Gadag jedziemy pociągiem do Hubli.
Tutaj mamy mieć pociąg na Goa tylko, że o jedenastej wieczorem. W Gadag dosiadają się do nas całkowicie zakryte muzułmanki, nie są przyjazne, ale na szczęście zajmują się sobą i po krótkim czasie przestają na nas zwracać uwagę.
Z Gadag do Hubli jest tylko 60 km ale podróż pociągiem zajmuje trzy godziny. Kiedy wreszcie docieramy do Hubli dowiaduję się ze zdziwieniem, że pociąg przyjechał o właściwym czasie.
Jesteśmy głodni. Bierzemy tuk tuka do miasta i wysiadamy przy poleconym nam barze.
Jak zwykle zamawiam tali warzywne, a Piotruś tym razem decyduje się wziąć tali z kurczakiem.
Pan kelner przynosi nam dania, aby pokazać, że w jednej miseczce jest kurczak, wyjmuje palcami dwa kawałeczki kurczaka z sosu i kładzie obok na blaszanym talerzu. Byliśmy tak głodni, że Piotruś zjadł nawet te odłożone kawałeczki kurczaka.
Na dworcu znajdujemy poczekalnię, która jest klimatyzowana, odczekujemy w niej do przyjazdu pociągu.
Pociąg, którym jedziemy na Goa to kolejny superexpress, trasę z Hubli do Margao (178 km) pokonuje w 6,5 godziny!
Przewidująco kupiłam bilety sypialne, jedyny pożytek z podróży tym pociągiem to fakt, że się wyspaliśmy.
Po tym przejeździe straciłam jednak cierpliwość dla indyjskich kolei, obiecuję sobie, że w dalszej podróży korzystać będziemy tylko z autobusów.
12 stycznia Goa
Wysiadamy o 6 rano w Margao.
Jest ciemno a cały peron zajęty jest przez bezdomnych śpiących wprost na betonie. W kasie dowiaduję się, że do miejscowości Palolem (gdzie chcemy dojechać) można dostać się tylko autobusem, ale dworzec autobusowy jest oddalony około 5 km.
Zabieramy się tuk - tukiem wraz z dwoma miejscowymi nastolatkami. Kiedy dojeżdżamy na dworzec okazuje się, że kierowca nie ma nam wydać reszty. Młody chłopak, który z nami jechał, znając sztuczki miejscowych kierowców, zapłacił za nas 75 rupii.
Udało mi się rozmienić 500 rupii, w podziękowaniu podarowaliśmy mu drobny upominek zabrany z kraju, był bardzo zdziwiony.
Wsiadamy do lokalnego autobusu, który ma nas wysadzić po drodze.
Jedziemy na południe Goa, widoki, które mamy za oknem autobusu nie są optymistyczne. Miasto Margao robi wrażenie zaniedbanego, a dalej wjeżdżamy w dżunglę.
Jedziemy krętą drogą wzdłuż morza, chociaż wody nie widać, droga jest górska, ale gór też nie widać. Wreszcie zostajemy wysadzeni na krzyżówce niedaleko Palolem.
Wioska Palolem jest prześlicznie położona wśród dżungli, plaża jest czysta, rozległa i piaszczysta z charakterystycznymi palmami.
Kiedy dojeżdżamy otaczają nas naganiacze, jeden z nich prowadzi mnie do pensjonatu, dla którego pracuje. Nie podoba mi się, więc postanawiamy, że najpierw napijemy się kawy a potem postanowimy co dalej.
Jest wcześnie rano i tylko jeden bar jest czynny, pijemy kawę i kelner zaczyna z nami rozmowę.
Okazuje się, że bar jest przy pensjonacie i kelner poleca nam ich kwatery. Jesteśmy zdumieni, że są o połowę tańsze niż w pensjonacie który oglądałam, przy znacznie wyższym standardzie. Zgadzamy się i postanawiamy zostać tutaj trzy noce.
Idziemy się wykąpać w morzu, woda wspaniała czysta i płytka, rano praktycznie nie ma fali. Miejscowe kobiety kąpią się, albo raczej tylko zanurzają się w morzu w sari (nie rozbierając się).
Palolem to niewielka wioska, ale jest przystosowana dla turystów. Znajduje się tutaj duża ilość małych sklepików, barów i restauracyjek.
Znajduję nawet kilka małych księgarń. Wieczorem idziemy na daleki spacer po plaży. Wszystkie bary, położone wzdłuż plaży wystawiły stoliki na plażę i są pooświetlane. Fajny jest widok na wystawione stoliki, jeśli siedzą turyści i coś jedzą, obok nich dyżurują miejscowe psy.
Późnym wieczorem zorientowaliśmy się dlaczego nasza kwatera jest tania, to zasługa baru przy pensjonacie, który czynny jest całą noc, a muzyka jaką puszczają jest bardzo głośna.
13 stycznia Palolem
Znajdujemy barek, gdzie serwują smaczne jedzenie. Rano jemy omlety, na obiad bierzemy tali.
Kelner rekomenduje tali rybne, zamawiam je i otrzymuję dwa cienkie placki ze zmielonej ryby w dużej ilości panierki (a cena astronomiczna).
Cały dzień spędzamy na plaży i na spacerach. Pod wieczór idziemy zobaczyć zachód słońca. Po drodze widzę w oddali bawiące się delfiny, fantastyczny widok. Przy brzegu miejscowy rybak łowi na sieć rzucaną z ręki.
Miejsce gdzie znajduje się koniec plaży, zabudowane jest dużym pensjonatem okupowanym przez młodzież.
Większość z nich wygląda na niezbyt przytomnych, no cóż narkotyki tutaj są tanie i ogólnie dostępne.
Siedzimy na kamieniach i oglądamy słońce, które zachodzi nad morzem jako wielka czerwona kula. W drodze powrotnej zaczepia nas młody chłopak w czapce marynarza, proponuje wyprawę łodzią w górę miejscowej rzeki, obiecuje nam, że zobaczymy dużą ilość orłów. Umawiamy się na następny dzień.
14 stycznia Palolem
Kolejna noc dała się nam we znaki. Rano odsypiamy dyskotekę.
Dzisiaj, ostatni dzień pobytu na Goa, chcemy się nacieszyć tym miejscem.
Kąpiemy się w morzu, korzystamy z pięknej plaży, piejemy kawę z lodem, czujemy się, jak dzieci na upragnionych wakacjach.
Po południu idziemy na spotkanie z poznanym wczoraj chłopakiem. Płyniemy jego maleńką pchaną łodzią w górę miejscowej rzeki.
Dopiero teraz widać jak pięknie jest położona wioska w której mieszkamy. Dżungla znajduje się dookoła, a przed nami horyzont zamykają wysokie góry.
Skały widzimy raczej rzadko, stoki górskie pokryte są roślinami, dominuje zieleń oraz biało żółte kolory kwiatów. Rzekę przy ujściu otaczają drzewa mangrowe.
Na skałach i gałęziach drzew widzimy coraz więcej orłów. Jest ich tutaj dwa gatunki, orzeł brązowy i biały.
Im dalej wpływamy tym więcej orłów widzimy dookoła. W jednym miejscu znajduje się szerokie zakole rzeki, tutaj chłopak zaczyna karmić orły.
W ciągu jednej chwili wokół nas zaczyna krążyć koło setka ptaków, porywają rzucane im na wodę kawałki mięsa. Ptaki lądują na wodzie około 1-2 metrów od nas, mamy wielką uciechę oglądając je i filmując.
Niespodziewanie nasz przewodnik zaczyna mówić do nas po polsku, widać, że nasza młodzież nad nim popracowała. Wierszyki, które słyszymy są śmieszne i zabawne w ustach człowieka, który nie bardzo je rozumie. (Iii tam... Jeden wierszyk:dobra, dobra, zupa z bobra, zupa z wieprza będzie lepsza)
Wycieczka łodzią zakończyła nasz pobyt na Goa. Miejsce to będę wspominać jako magiczne i jedno z najpiękniejszych jakie kiedykolwiek oglądałam.