napisała : Ela Piskorska
KERALA
21 stycznia
Alleppey
Całą noc jechaliśmy autobusem na trasie Mysore-Kochin. Obudziłam się w nocy, bo wydawało mi się, że jedziemy drogą górską.
Miałam rację, drogą była pełna serpentyn i wiodła ostro w dół, natomiast kierowca jechał jak szalony ścinając zakręty. Autobus podskakiwał na wybojach, droga była wąska i miała betonowe barierki na które zarzucało nasz pojazd, na dodatek kierowca ciągle wyprzedzał inne pojazdy. Szczęśliwie udało nam się dojechać bez wypadku.
Do Kochin dojechaliśmy przed świtem, godzinę przed planowanym przyjazdem.
Nie zatrzymaliśmy się aby zobaczyć miasto, w powietrzu czuło się dziwną zawiesinę smogu miejskiego i gorącej wilgoci. Zdecydowaliśmy się pojechać od razu do Alleppey.
W miasteczku znaleźliśmy kwaterę, czystą ale biedną u prywatnych ludzi. Przespaliśmy się godzinę po nocy spędzonej w autobusie, w tym czasie bezpański pies pogryzł jeden z moich sandałów, przysparzając kłopotów właścicielowi. Gospodarze okazali się niezwykle mili i gościnni.
Alleppey słynne jest ze swoich kanałów i rozlewisk, to taki wodny świat południowych Indii.
Poszliśmy nad kanał i wynajęliśmy łódź wiosłową na 4 godziny. Dziadek, który nam pokazywał okolicę, zabrał nas nad małe kanały, gdzie toczyło się codzienne życie mieszkańców.
Widoki cudne, drzewa i krzewy zwieszające się nad wodę.
Woda z kanałów służy miejscowym zarówno do picia, mycia garnków jak i do prania. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że kanały w miasteczku służą za wysypiska śmieci. Przy wysiadaniu z łodzi praktycznie nie widać wody, wokół łodzi szczelna warstwa pływających opakowań plastikowych i resztki rozkładającej się żywności.
Na miejscowych nie robi to wrażenia, stwierdzają, że jak nastanie pora deszczowa to śmieci same spłyną do morza. Kiedy wróciliśmy na kwaterę nie było prądu, codzienne wyłączanie prądu to tutaj norma. Poszliśmy na spacer główną ulicą handlową, wrażenia nieprzyjemne, na wszystkich straganach zalew chińskiej tandety, zamiast lokalnych wyrobów indyjskich. Mieliśmy zostać tu dłużej ale zdecydowaliśmy się pojechać dalej.
22 stycznia
Kumily
W nocy padało, rano kiedy wychodziliśmy z kwatery, jeszcze trochę mżyło, ale już zaczynała się duchota.
Poszliśmy na przystań wodną. Dzisiejsza droga stanowi kombinację prom – autobus.
Droga promem upłynęła bardzo przyjemnie, szerokie rozlewiska i maleńkie przystanki promu, usytuowane przy grupkach domów na nabrzeżu.
Oprócz nas na promie grupka starszych Francuzów, jeden Chińczyk i wiele miejscowych dzieci w drodze do szkoły. Koniec drogi promem znajdował się w prawdziwym śmietniku unoszącym się na wodzie.
Czekała tu na nas niespodzianka, okazało się, że do dworca autobusowego jeszcze 9 km.
Bierzemy tuk – tuka, a na dworcu autobusowym kolejna niespodzianka, wszystkie autobusy oznaczone jedynie w miejscowym języku.
Na szczęście miejscowi są bardzo życzliwi, pokazują nam właściwy autobus, który zabierze nas do Kumily.
Autobus wygląda jak kupa poskładanego złomu, pada kolejny rekord prędkości, 108 km pokonujemy w 5 godzin.
Jako rekompensatę mamy piękne widoki oraz zatrzęsienie czerwonych flag, na wielu jest sierp i młot. Widać, że w Kerali niedługo zaczną się wybory, a partia komunistyczna rządzi tutaj od lat.
Stopniowo wjeżdżaliśmy w góry i za oknem zaczęły się plantacje herbaty. Góry nazywają się Misty Mountains, nazwa jak najbardziej uzasadniona, mgła ciągle spowijała góry.
Bliżej Kumily jechaliśmy cały czas serpentynami wokół pól herbacianych, okolice wyglądały niezwykle malowniczo i kusiły widokami.
Kumily to duże miasto, po przyjeździe znależliśmy wygodny hotel, trochę na uboczu. Kiedy powiedziałam właścicielowi, że chcemy się wybrać na safari do pobliskiego parku narodowego, za 10 min był u nas chłopak z propozycjami.
Wybraliśmy całodzienne safari za 5500 R na następny dzień a potem poszliśmy pooglądać miasto.
Jak większość miast, które widzieliśmy w Indiach robi raczej nieprzyjemne wrażenie, jazgot i smród na ulicach, brak chodników oraz tysiące malutkich stoisk z najprzeróżniejszym badziewiem. Na obiad poszliśmy do Krisznowców.
Kluski lub ryż z warzywami, to najlepsza opcja żywieniowa w południowych Indiach. Codziennie kupowaliśmy świeże owoce takie jak: banany, mandrynki lub anannasy. W czasie całego pobytu nie mieliśmy żadnych zatruć żywnością, chociaż często jedliśmy jedzenie w tanich garkuchniach.
23 stycznia
Kumily
Wyjazd na safari mieliśmy o 5,30 rano, a do bram parku dojechaliśmy już o 6 i musieliśmy troszkę poczekać, aż się urzędnicy wezmą do pracy.
Za wejście na teren parku wstęp wynosił 600R/osobę.
Droga w parku wiodła zboczem porośniętym wysokimi drzewami, kierowca zatrzymał się w drodze aby pokazać nam dwie bijące się ze sobą małpy.
Nie wiedzieliśmy wtedy, że będą to jedyne zwierzęta jakie uda nam się obejrzeć tego dnia.
W siedzibie parku dowieziono nas do ładnie utrzymanego (i czystego) budynku na śniadanie. Potem przydzielono nam przewodnika, który zabrał nas na krótką wycieczkę na pobliskie wzgórze.
Na punkcie widokowym jedynymi zwierzętami były pasące się krowy. Następnie oglądaliśmy plantację kardamonu i popłynęliśmy na krótki rejs łodzią po jeziorze.
Pożegnalny lunch około południa i to był koniec zwiedzania parku narodowego. Całość była dla nas wielkim rozczarowaniem.
Po wizycie w Yala Park na Sri Lance, gdzie przez cały dzień oglądaliśmy zwierzęta, liczyliśmy na znacznie więcej. Straciliśmy tylko dzień czasu i sporo pieniędzy.