napisała : Ela Piskorska
Maduraj
26 stycznia
Świątynia Minakszi w Maduraj jest jednym z najbardziej znanych zabytków w południowych Indiach, poszliśmy rano aby ją zobaczyć.
Z zewnątrz ogromne gopury, które służą jako bramy wejściowe. Zadziwiająca jest ich forma zewnętrzna, w tym tysiące kolorowych rzeźb umieszczonych na ścianach. Poza gigantycznymi gopurami, cały teren świątyni otoczony jest wysokim murem.
Aby wejść do środka, należy przejść przez wykrywacz metali a potem szczegółową rewizję osobistą, lotniskowe kontrole to przy tym przedszkole. Zabronione jest wnoszenie czegokolwiek do środka.
Piotruś zrezygnował, ja wytrwałam i weszłam do środka, nie był to koniec, w środku zostałam doprowadzona do kolejnego punktu kontrolnego, gdzie ponownie mnie obszukano (chociaż nic nie miałam ze sobą).
Świątynia Minakszi uważana jest za miejsce święte i „miejsce mocy” dla wyznawców. Wewnątrz świątyni wrażenia są jeszcze większe niż na zewnątrz.
Właściwie jest to zespół wielu świątyń, przy bliższym przyjrzeniu się styl drawidyjski w jakim zbudowana jest świątynia, jest niezwykle dekoracyjny.
Wewnątrz dominują bardzo intensywne kolory, szczególnie widoczna jest ciemna zieleń połączona ze złotem. Do wielu miejsc ustawiają się długie kolejki wyznawców, są to miejsca objawień nazywane tutaj „darsham”, dostępne tylko dla wyznawców.
Po wyjściu postanowiliśmy obejść świątynię i szczegółowo obejrzeć wszystkie gopury.
Zaczepił nas właściciel sklepu z pamiątkami, poszliśmy obejrzeć jego sklep, a pan zrobił nam niespodziankę i powiedział kilka słów po polsku. Następny handlarz oferował uszycie na wymiar koszuli męskiej lub bluzki damskiej w ciągu jednej godziny.
Piotruś skorzystał, ja w tym czasie obejrzałam świątynię w której pracują krawcy, jest ogromna i wciąż czynna. Z z dawnego monumentalizmu pozostało niewiele, większość zasłonięta kramami z tkaninami, ale wielometrowe posągi bóstw i kilkunastometrowej wysokości kolumnada wciąż robią wielkie wrażenie.
Trichy
27 stycznia
Następnym punktem na naszej trasie ma być Trichy lub Pondicherry. Najpierw pojechaliśmy do Trichy, po drodze w autobusie, pokaz tutejszych obyczajów.
Już wcześniej zauważyliśmy, że miejscowi są dla siebie bardzo życzliwi, w drodze do Trichy autobus zatrzymał się aby zabrać pasażerów autobusu, który się zepsuł.
Kierowca i konduktor zrobili małą przerwę aby pousadzać kobiety i osoby starsze. Chociaż autobus był już zatłoczony, zrobili wszystko aby podróż była jak najmniej uciążliwa.
Jak w większości autobusów stanowimy atrakcję przez pierwszych kilka minut, niektórzy usiłują nawet z nami porozmawiać, ale znajomość angielskiego jest tutaj bardzo słaba. Powszechne jest natomiast obdarowywanie nas uśmiechami i robienie nam zdjęć.
Trichy nie jest miejscowością popularną wśród turystów, odczuwamy to natychmiast po niewielkich cenach zarówno w hotelu jak i w jadłodajni. Pojechaliśmy tuk-tukiem zobaczyć świątynię w forcie.
Wspięliśmy się po przeszło 400 stopniach na Fort Rock Temple, ale warto było. Z góry widok na miasto oszałamia, cała świątynia wykuta w gigantycznej wielkości skałach, część skał zachowana, w części poprowadzone chodniki i wykute nisze na kaplice.
Przy zejściu oglądaliśmy długą kolejkę starszych ludzi siedzących na schodkach i czekających na otwarcie punktu z darmowym posiłkiem, ochroniarze ze świątyni dopuścili do kolejki tylko niewielką część potrzebujących, smutne ale bieda w Indiach jest ciągle widoczna.
Pozostałe dwa kompleksy świątynne w Trichy nie robią tak wielkiego wrażenia.