napisała : Ela Piskorska
listopad 2013
Barcelona listopad 2013
10 listopada
Jakie to wspaniałe uczucie kiedy wstając z łóżka widzi się jaskrawe słońce i bezchmurne niebo za oknem. A kiedy jeszcze na dzień dobry można wypić mocną i aromatyczną kawę, to znaczy, że kolejny dzień będzie bardzo udany.
Dzisiaj udajemy się nad morze, obejrzeć dzielnicę wybudowaną na olimpiadę w 1992r. Idziemy pieszo i z powodu gorąca jest to raczej uciążliwe. Przechodzimy przez biedniejsze dzielnice, chociaż żadnych slumsów tutaj nie widać.
Dawna wioska olimpijska, to teraz bardzo atrakcyjna dzielnica mieszkaniowa. Zajmuje kilkukilometrowy pas nabrzeża, z bardzo charakterystycznymi dwoma wieżowcami tuż przy plaży. Przyszliśmy rano, wiele osób biega i ćwiczy, dla nich wykonano wzdłuż nabrzeża wygodne ścieżki oraz siłownie pod chmurką. Chociaż od olimpiady minęło ponad 20 lat widać, że wioska olimpijska oraz cała infrastruktura jest w bardzo dobrym stanie. Jestem zdumiona jak dużo jest tutaj zieleni.
Po obejrzeniu obiektów olimpijskich poszliśmy na spacer deptakiem wzdłuż wybrzeża. Z okazji niedzieli na plaże przyszło wielu mieszkańców, niektórzy nawet kąpią się w morzu. Inni bardziej uzdolnieni manualnie pobudowali z piasku misterne zamki a nawet dymiący wulkan. Idąc wzdłuż nabrzeża dochodzimy do przeszklonego biurowca w kształcie żagla usytuowanego na samym cyplu. Aby wrócić do miasta musimy obejść cały port.
Restauracji szukamy w Barcelonecie, wchodzimy w boczną uliczkę i przeglądamy oferty. Wkrótce znajdujemy niewielką restaurację, gdzie je wielu miejscowych, ceny są niskie więc zostajemy. Przypadkiem znaleźliśmy miejsce, gdzie można zjeść pełny obiad z butelką wina (na dwie osoby) za 9 €, a przy tym jedzenie jest smaczne i jest wybór.
Wracając z Barcelonety w kierunku placu Catalunya, idziemy zobaczyć to czego wczoraj nie widzieliśmy w dzielnicy gotyckiej. Tym razem urzeka nas wspaniały gotyk kościoła Santa Maria del Mar i pałac w którym mieści się muzeum Picassa. Przy katedrze robię przerwę na zwiedzanie wnętrza. Nic dziwnego, że Katalończycy są dumni ze swojej katedry, przepych i bogate wnętrze zachwyca a gęsi, które mieszkają w krużgankach katedry śmieszą. Widok z wieży katedry na dachy dzielnicy gotyckiej, dopiero pozwala ocenić jak duża jest to dzielnica.
Doszliśmy do placu Catalunya i zastanawiamy się czy jechać do hostelu metrem, czy iść pieszo, wybraliśmy przejście pieszo. Aleje i ulice jakie przechodziliśmy okazały się bardzo atrakcyjne widokowo, ale po 10 godzinnej wędrówce pieszej tego dnia, nasze nogi były w kiepskim stanie.
Kupiliśmy widokówkę dla naszego lektora języka hiszpańskiego (ma dużo cierpliwości skoro nas uczy) pomyślałam sobie, że byłoby fajnie napisać coś po hiszpańsku. Napisałam i poprosiłam pracowników recepcji hostelu o sprawdzenie. Dyskusja trwała z 5 minut i była bardzo ożywiona, po czym dowiedziałam się, że wszystko jest OK. Na moje szczęście, do hostelu przyszedł starszawy Amerykanin, obejrzał mój tekst, znalazł 2 błędy i nakrzyczał na recepcjonistów, dzięki Bogu, że zrobił to po hiszpańsku i niewiele z tego zrozumiałam!
Wieczorem stać nas było tylko na dojście do pobliskiego baru tapas, gdzie zostaliśmy na dłużej, w drodze powrotnej kupiliśmy wino Rioja, które było równie dobre jak wczorajsze.