Islandia
Przechodzimy rzeczkę po kamieniach

Islandia
"Pognieciony" płaskowyrz

Islandia
Tutaj lina i łańcuch się przydały

Islandia
Mostek nad rzeczką

Islandia
Krajobraz po wybuchu wulkanu

Landmannalaugar
Nad rzeczką można zdjąć buty i odpocząć chwilę

trkking
Szlak prowadzi po żużlu i popiele wulkanicznym

Islandia
...górki i pagórki są jakieś takie obłe

Islandia
...dziwny gradient szaro-czarno-zielony

Islandia
..."na dziko" poustawiali namioty...

Islandia
...stoi domek któregoś z mieszkańców Islandii

Islandia
Porowate skały...

Islandia
Krajobrazy są piękne...

Islandia
Islandzki krajobraz

Islandia
Islandzki krajobraz

Islandia
...wielki bonus - dropiate ptaszki

Islandia
Widoki są piękne

Islandia
Siedząc w kucki i trzymając karimatę wyglądam chyba ciekawie...

Islandia
... kolorowe trawy ścielące się u podnóża gór

Islandia
Gdzie ten mostek?!

Islandia
Nie ma mostu...

Landmannalaugar
Wchodzimy w islandzka puszczę

Islandia
...barwią żółte i fioletowe kwiatki wystające z zieloności.

Islandia
Islandzka puszcza widziana z góry

Porsmork
Schronisko w Porsmork

napisał : Piotr Wojtkowski
lipiec 2013

4 dzień (23 lipca)


Wstajemy po piątej, aby na siódmą, jak chcieli nasi współtowarzysze, być gotowi. Szybko gotuję wodę na herbatę, korzystając z tego, że namiot jeszcze stoi i nieco zasłania przed wiatrem. Kiedy już wszystko do śniadania gotowe – Pani Ela podaje do stołu, a ja zwijam namiot.

Wszystko po cichutku, bo nasi sąsiedzi ze słonecznej Hiszpanii śpią. Grażynka z Wojtkiem również przygotowują się do odejścia. Składanie namiotu i pakowanie idzie im szybciej, niż zwykle. To jednak oczywista oczywistość  — trening czyni mistrza...

Najpierw trzeba zejść do strumyka, który zasila w wodę schronisko, aby zaraz podejść pod górę. Dzisiaj do podejścia „tylko” 300 metrów. Oczywiście, zasada jest taka sama, jak wczoraj. Odrzucam zasadę i wymyślam sobie, że to tylko 300 metrów, a reszta po płaskim. Odrobinę lżej...

Jakoś się idzie. Zaczynam się przyzwyczajać, a może to po prostu lżejszy plecak? Ostatecznie powoli przejadamy swoje zapasy, tylko musimy ze sobą swoje śmieci nosić. Nigdzie nie wolno ich wyrzucać. W schronisku również. Trzeba je donieść do Porsmork.

Dochodzę na wzniesienie patrzę się co mnie czeka. Właściwie, to przed nami leży płaskowyż, tyle, że usiany jakimiś szczelinami, kanionami, wąwozami... Wygląda, jakby ktoś elegancko wyprasowany kawał materiału pomiętolił i rzucił na ziemię. Przynajmniej, będzie ciekawie...

Długo nie czekamy, aby było ciekawie. Niewielki jar z płynącą rzeczką. Moment i jesteśmy po drugiej stronie. Nawet butów nie trzeba zdejmować.

Strome podejście, ale niewielkie. Oczywiście, to po to, aby się rozgrzać. Stromizna się kończy i kontynuuję upierdliwe podejście po łagodnym stoku. Idzie się i idzie... Pocieszam się, że wszystko wreszcie ma swój koniec.

Wreszcie ma. Teraz zejście do kanionu z rzeką, nad którą przerzucony jest most. Wygląda, jak kładka. Ostatni kawałek do przejścia nad rzekę jest asekurowany liną. Przydaje się, bo zejście strome. Zrzucamy plecaki i czekamy na naszych towarzyszy, aby im pomóc. Przy okazji pomagamy Słowakowi, który idzie z dwojgiem dzieci w wieku około 12 lat. Dzieciaki całkiem dobrze sobie radzą.

Nad kanionem robimy krótką przerwę. Okolica jest taka piękna... Skąpana w słońcu... Szum płynącej dołem rzeki, lekki wiaterek. Wszystko nastraja optymizmem.

Za mostkiem, ostre podejście. Idzie się wąską ścieżką, która jest asekurowana w niebezpiecznych miejscach liną. Teraz jest dobrze, bo sucho, ale gdyby padało, to lina byłaby niezbędna. Jeden niewłaściwy krok i można polecieć do kanionu, na dnie którego płynie rwąca rzeka.

Idziemy wzdłuż tej rzeki, która nieopodal wije się w wąwozie. Przy jednym z jej dopływów robimy sobie postój na przekąskę. Jest woda, można się napić i uzupełnić zapasy.

Znowu – góra i dół, góra i dół... Tyle, że widoki piękne. Zaczynamy się zbliżać do lodowca, którego jęzor lśni w słońcu. Islandia...

Znowu wychodzimy na płaskowyż posypany szarym popiołem wymieszanym z żużlem. Wychodzi kolorystycznie jakiś taki dziwny gradient szaro-czarno-zielony, bo ziemię zaczyna porastać trawa. Już parę lat minęło od pufnięcia wulkanu, więc życie bierze górę...

Wzgórza, wzdłuż, których idziemy, również są porośnięte rachityczną roślinnością, która intensywniej się zieleni na osłonecznionych stokach. Same górki i pagórki są jakieś takie obłe. Miękkie. Rzadko widzę ostre krawędzie. Pewnie wiatr, deszcz i trzęsienia ziemi doprowadziły do erozji skał, które w surowym islandzkim klimacie, łagodzą odczucia tej surowości.

Może, to i dobrze, że są te wąwozy i pagórki, bo droga się nie dłuży. Ciągle coś nowego.

Dochodzimy do następnego wąwozu z rzeczką, przy którym robimy przerwę. Jest słonecznie i ciepło. Robi się naprawdę przyjemnie. Ściągamy buty, aby dać stopom odpocząć i przy okazji uzupełniamy wodę.

Po wczorajszym dniu wprowadziliśmy nowy system zabezpieczenia się przed pragnieniem. Przy każdej rzeczce, czy strumyku uzupełniamy butelki i uzupełniamy wolne miejsce w sobie. Jakoś nie zauważyłem, aby coś przelatywało przez nerki. Wszystko wychodzi przez skórę. Oceniając po zapachu, jaki od nas wali – jesteśmy prawdziwymi podróżnikami!

Wszyscy śmierdzimy mniej więcej jednakowo, ale, że wiaterek troszkę dmucha, to zwiewa zapachy na islandzką pociętą wąwozami równinę.

Idąc, mijamy wąwozy, na dnie których „na dziko” poustawiali namioty wędrowcy, którzy chcą jeszcze bardziej niż my wchłaniać klimat Islandii. Niedaleko kanionu, na dnie którego widać niewielkie kałuże wody (czasami płynie tędy rzeka) stoi domek któregoś z mieszkańców Islandii. Niesamowicie wygląda w tym surowym krajobrazie. Ktoś, kto lubi samotność, ciszę i Islandię...

Szlakiem idą „podróżnicy” i turyści. Ci ostatni bez obciążenia, tylko z małymi plecaczkami, w których mają jakieś napoje i coś do przegryzienia. W różnym wieku. Przed jednym ze stromych podejść, rozłożyła się taka grupka, zbierając siły. Starsi od nas. Widać po sylwetkach, że zaprawieni w trekkingach.

Teraz ja widzę zazdrość w oczach. I szacunek. Cóż, musimy z Panią Elą dosyć ciekawie wyglądać, skoro kłaniają się nam, zdejmując czapki z głów.

Dodaje nam to sił. Na strome zbocze wchodzimy w tempie młodzieży, która za nami się ciągnie. Wyprzedzają nas dopiero na równym terenie, gdzie mogą rozwinąć pełną szybkość. Takie życie. Najpierw szybko, a z biegiem lat coraz wolniej, aż wreszcie „turystycznie”. Tylko, czy nas będzie na taką turystykę stać?

Jeszcze jedno upierdliwe podejście po żużlowym piachu i robimy przerwę. Trzeba trochę odsapnąć przed płaszczyzną. Już widać, że nie będzie zejść i wejść, ale za to słoneczko całkiem nieźle operuje. To co wypiliśmy wychodzi przez skórę...

Lodowiec coraz bliżej. Bardzo nas, to cieszy. Też ciekawe odczucie – póki idę, to czekam, kiedy ta mordęga się wreszcie skończy. Kiedy się kończy czekam, z niecierpliwością, kiedy znowu się zacznie.

Pani Ela chyba inaczej wszystko odbiera, bo zagaduje:

- A kiedy pojedziemy do Ekwadoru, to wejdziemy na Cotopaxi. - jest rozmarzona.

- Nigdzie nie będę właził! - robię się nerwowy – to jest wejście na 5 tysięcy metrów! Mam dosyć!

- Trudno, to sama wejdę... - kiedyś jej się spytałem, tak z czystej ciekawości, po kim jest taka uparta, stwierdziła, że nauczyła się tego ode mnie.

Teraz, kiedy pot płynie mi po plecach i jestem złachany, Jaśnie Pani rzuca taki temat. Oczywiście obraża się i przestaje snuć plany. Przynajmniej na głos. Obydwoje wiemy w cichości serca, że Cotopaxi na nas czeka. Również wiemy, że może nie wejdziemy, ale przynajmniej spróbujemy.

Tymczasem zaczyna robić się coraz zieleniej. Wzgórza są porośnięte nie tylko trawą, ale i krzakami. No i wielki bonus – dropiate ptaszki, które widząc nas, nieśpiesznie się oddalają.

Dochodzimy do szerokiej rzeki, przez którą przerzucony jest mostek. Na drugiej stronie widać polankę, gdzie można zrobić popas. Jest już po południu, więc czas na obiad.

Mamy tutaj wszystko co potrzeba. Tyle, że troszkę wieje, więc z karimaty tworzę płot osłaniający kocher. Siedząc w kucki i trzymając karimatę wyglądam chyba ciekawie, bo Pani Ela łapie aparat, aby mnie uwiecznić.

Mamy liofilizowane dania obiadowe. Dla Pani Eli kurczak z ryżem, dla mnie gulasz z ziemniakami. Wiem, czego nie należy więcej kupować! Moje danie, jest pożywne i kaloryczne. I już. Jedząc, tłumaczę sobie, że to co jem, jest smaczne. Ale jakoś nie przekonuję siebie. Jem, bo wiem, że muszę. I jestem bardzo zadowolony, kiedy posiłek się wreszcie kończy. Jeszcze herbata, krótki odpoczynek po jedzeniu... i w drogę!

Myślałem, że zaraz będzie koniec. Że już zaraz Porsmork. Źle myślałem. Kiedy wchodzimy na skarpę, widzę, że to jeszcze nie koniec i końca nie widać...

Za to, mamy piękne widoki na kolorowe trawy ścielące się u podnóża gór. Barwy są niesamowite! Rekompensują z naddatkiem zmęczenie i trud.

Idziemy, kierując się na lodowiec wzdłuż pasma górskiego, które ciągnie się po drugiej stronie szerokiej rzeki. Zawsze byłem naiwniutki. Tak i teraz z nadzieją rozglądam się za mostkiem, po którym przeszedłbym (oczywiście z Panią Elą) na drugą stronę. To, że widać innych trekkingowców, wpław przechodzących – odrzucam. Szukam mostu. Nie ma.

Rzeka jest szeroka. Dzieli się na kilka strumieni, które w zależności od głębokości mają swoją wartkość. Im głębsza woda, tym szybszy nurt. Nie podoba mi się. Za szybko płynie.

Przechodzę pierwszy. Nogawki od spodni mam podwinięte do połowy uda. Powinno wystarczyć. Buty związane sznurowadłami na szyję, aparat do torby i idę. Woda walnęła o nogi. Zimna woda! Bardzo zimna! Trzeba iść do przodu. Inaczej się nie da, trzeba przejść. Woda po kolana, do połowy uda... Zaczyna chlapać na spodnie. Czuję kamienie pod stopami. Obłe, wyślizgane przez nurt rzeki. I nierówne. Czasami źle postawiona stopa skutkuje utratą równowagi, wtedy przydają się kijki. Jak dobrze, że mamy kijki! Jeszcze kilka kroków i jestem na drugim brzegu. Nogi czerwone, wychłostane przez lodowatą wodę...

Pani Ela również ma nietęgą minę po przejściu. Dobrze, że na słońcu można się trochę rozgrzać. Najlepiej byłoby zaraz pójść i w podejściu się rozgrzać, ale musimy czekać na pozostałą część naszej grupy.

Kiedy się przeprawili weszliśmy w islandzką puszczę.

Nasza trasa prowadzi drogą przecinającą gęsty las. Rzadkość na Islandii, ponieważ przodkowie obecnych mieszkańców póki były drzewa, to je wycinali. Wyspa, podobno cała była zarośnięta lasami. Teraz usiłuje się reaktywować lasy. Okolice Porsmork są pokryte lasami, w których głównie występuje brzoza.

Właściwie, to brzózka w porównaniu do tego, co rośnie u nas.

Mimo wszystko widok jest piękny i jak odmienny od tego co widzieliśmy do tej pory. Idziemy zielonym korytarzem, którego brzegi barwią żółte i fioletowe kwiatki wystające z zieloności. Idzie się dobrze, w zielonym tunelu, dobrze osłonięci od wiatru. Robi się gorąco, jak nie na Islandii.

Wreszcie dochodzimy do rozdroża, gdzie, aby podtrzymać tradycję, mylę szlak. Szczęśliwie, to tylko dziesięć minut i droga się kończy nad przepaścią. Trzeba zawrócić i iść tam, gdzie mi się nie podoba. Szeroką, rozjeżdżoną przez samochody drogą. Za to w dół, więc i wysiłek niewielki.

Po jakiś 30 minutach dochodzimy do schroniska.

Jakaż ulga zwalić plecak. Rozstawić namiot. Wziąć prysznic i pachnieć, jak turysta...

Wszystko, to robię z myślą, że będzie nagroda. Pani Ela postawi piwo. I postawiła.