Kanchanaburi
Pływający bazar...

Kanchanaburi
Pływający bazar...

Kanchanaburi
Pływający bazar...

Kanchanaburi
Pływający bazar...

Kanchanaburi
Pływający bazar...

Kanchanaburi
Pływający bazar...

Kanchanaburi
Wat Arun (świątynia brzasku)

Kanchanaburi
Wat Arun (świątynia brzasku)

Kanchanaburi
Wat Arun (świątynia brzasku)

Kanchanaburi
Ceremonia "darowania życia"

Kanchanaburi
Stragan ze stworzonkami do ceremoni "darowania życia"

Kanchanaburi
Muzeum barek paradnych

Kanchanaburi
Muzeum barek paradnych

Kanchanaburi
Oceanarium

Kanchanaburi
Oceanarium

Kanchanaburi
Wielopoziomowe skrzyżowanie w centrum

Kanchanaburi
świątynia Wat Benchamabopit

Kanchanaburi
...i my w Świątyni...

Kanchanaburi
Budynek rządu - bardzo pilnowany...

Kanchanaburi
Złota Góra

Kanchanaburi
Złota Góra

Kanchanaburi
Wypróbowałem gong - był bardzo głośny

Kraj uśmiechniętych ludzi

Tajlandia 2013
napisała : ELA

 

DAMNOEN SADUAK – BANGKOK 02 lutego


Jeżeli podróżuje się solo, nie jest łatwo dojechać do rejonu kanałów gdzie można zobaczyć pływające targi. Najpierw pojechaliśmy tuk - tukiem do miejscowości Samut Songkhram, kierowca wysadził nas pod mostem na autostradzie. Szczęśliwie złapaliśmy podwózkę i tym razem kierowca dowiózł nas na miejsce, gdzie kupiliśmy rejs łodzią po kanałach (za 800 batów). Przez następne 1,5 godziny mieliśmy możliwość oglądać fantastyczną scenerię sztucznie przekopanych kanałów, na których miejscowi urządzili sobie targowisko. Z pływających łodzi sprzedawane były głównie owoce i warzywa ale, idąc z duchem czasu, miejscowi oferowali także ogromne ilości pamiątek.


Na poboczach kanałów usadowiło się mnóstwo sklepów, głównie z pamiątkami i różnym badziewiem. Najbardziej interesującymi byli sami sprzedawcy w łodziach. Głównie były to kobiety w wielkich kapeluszach, niektóre również w kolorowych strojach regionalnych. Wszyscy głośno krzycząc zachwalali swoje towary, dodatkowego hałasu dostarczały silniki łodzi z turystami. Gwar i rejwach!, ale wrażenia niesamowite i jedyne w swoim rodzaju.


Krótki rejs po kanałach zakończyliśmy na nabrzeżu w pobliżu przystanku autobusowego, gdzie załapaliśmy się na autobus do Bangkoku. Wysiedliśmy gdzieś w śródmieściu, do FF Guesthouse wzięliśmy taksówkę z klimatyzacją. Po przyjechaniu na miejsce okazało się, że w Bangkoku taksówki z klimatyzacją są najtańszym środkiem transportu.


Właścicielka guesthousu dała nam ten sam pokój co poprzednio, w międzyczasie powiększyła się liczba kotów, co niestety można było poczuć.


Poszliśmy pochodzić po Chinatown ale wkrótce zmógł nas upał i wysoka wilgotność powietrza.


BANGKOK – 03 lutego


Dziś niedziela i wiele sklepów jest pozamykanych. Z samego rana poszliśmy napić się kawy na dworzec, gdzie spotkaliśmy młodą dziewczynę z Australii mającą matkę z Polski, trochę nam zeszło na pogawędce, ale takie spotkania zawsze są przyjemne.


Wzięliśmy tuk tuka i pojechaliśmy zobaczyć świątynię Wat Arun (świątynia brzasku). Z poprzedniego swojego pobytu pamiętałam, że była to świątynia, która wywarła na mnie największe wrażenie. Ale przy ponownym oglądaniu wydała mi się jeszcze piękniejsza. Świątynia jest równie piękna oglądana w całości jak i jej poszczególne detale. Oboje uznaliśmy, że była to najpiękniejsza świątynia jaką widzieliśmy w Tajlandii.

Na terenie świątyni (przy toaletach) znaleźliśmy duży zespół sklepów z suwenirami, gdzie można było kupić dobrej jakości rzeczy, kupiliśmy T - shirty oraz trochę drobiazgów.


Następnym naszym punktem do zwiedzania było Muzeum Barek Królewskich. Poszliśmy wzdłuż wybrzeża. Przechodząc koło niewielkiej świątyni znajdującej się nad rzeką, znaleźliśmy stragan z narybkiem oraz z małymi żółwiami. Miejscowi kupowali je w wiadrze a następnie szli nad rzekę, gdzie po krótkiej modlitwie wypuszczali narybek i żółwie do wody. W przewodniku, który miałam ze sobą opisywali tę ceremonię jako „darowanie życia”.


Samo muzeum barek schowane jest za dzielnicą slumsów i nie jest łatwo go znaleźć. Łodzie jakie tam się znajdują używane były w celach reprezentacyjnych więc są bardzo ładnie udekorowane, ale jest ich niewiele.


Po wyjściu z muzeum zabłądziliśmy w dzielnicy slumsów, widzieliśmy tym razem inny Bangkok, zbudowany z materiałów uzyskanych na śmietniku oraz z mnóstwem dzieci bawiących się wśród śmieci. To był Bangkok którego nędza bardziej przypominała slumsy indyjskie niż bajkową Tajlandię.


Obiad zjedliśmy w ulicznej knajpce, gdzie oprócz tradycyjnej mieszanki warzywno mięsnej z woka, dostaliśmy wielką misę świeżych warzyw spośród których znałam tylko ogórek, faktem jest, że wszystko było bardzo smaczne i tanie.


BANGKOK 04 lutego


Rano pojechaliśmy zobaczyć Siam Ocean World. Wzięliśmy tuk tuka, kierowca zawiózł nas najpierw do informacji turystycznej, gdzie kupiłam vouchery za 800 batów, jako bilety wstępu. Przy kasie oceanarium takie same bilety były po 900 batów.


Samo oceanarium znajduje się w ogromnym centrum handlowym Siam, przyjechaliśmy za wcześnie co dało nam okazję rozejrzeć się po okolicy. Całe otoczenie to gigantyczne domy towarowe i trzypoziomowa autostrada. Jako dodatkowe atrakcje służą podwieszana kolej nazywana tutaj Sky train oraz drgający chodnik po którym się chodzi, bo pod nim znajduje się kilkupoziomowe metro. Hałas i smród spalin dominują nad wszystkim. Próbowaliśmy temu zaradzić i weszliśmy do środka jednego z domów towarowych, w nadziei na czyste powietrze i ciszę. Niestety jazgot puszczanej tam muzyki był nieprawdopodobny, uciekliśmy czym prędzej.


Centrum Siam było niezwykłe, ogromne kilkupiętrowe akwarium mieściło nie tylko ryby i różne wodne żyjątka ale też kawałki rafy koralowej i wspaniałe okazy roślin. Mnóstwo innych atrakcji z których największe to żywe zwierzęta morskie. Spędziliśmy tam dwie wspaniałe godziny bawiąc się jak dzieci.


Do gesthousu wracaliśmy pieszo, oglądając niewidziane uprzednio dzielnice Bangkoku. Najbardziej zadziwiające w tym mieście jest dla mnie sąsiedztwo bogatych rezydencji i slumsów.


BANGKOK 05 lutego


To nasz ostatni dzień w Tajlandii, postanowiliśmy wykorzystać go aby obejrzeć rzeczy których uprzednio nie widzieliśmy.


Z samego rana poszliśmy do hotelu obok, który świadczył usługi internetowe aby zabukować sobie on-line miejsca w samolocie. O ile samo bukowanie poszło szybko i sprawnie, to przy wydrukowaniu biletu zaczęły się prawdziwe schody. Pan w recepcji hotelu czterogwiazdkowego nie umiał wydrukować nam biletów na swojej drukarce. Kiedy recepcjonista walczył z komputerem i drukarką, miałam okazję oglądać jak wielki okaz karalucha wyszedł z dziury i udał się na znajdującą się w pobliżu salę śniadaniową w poszukiwaniu pokarmu.


Kiedy wreszcie udało się nam uzyskać wydruki biletów, pojechaliśmy zobaczyć świątynię marmurową Wat Benchamabopit. Świątynia robi mniejsze wrażenie niż się tego spodziewałam. Postanowiliśmy, że ze świątyni pójdziemy pieszo na Złotą Górę. Chociaż mieliśmy plan miasta, nie byliśmy w stanie wybrać właściwej trasy, najpierw doszliśmy do pomnika króla Ramy V, potem poszliśmy w przeciwnym kierunku i znowu musieliśmy zawrócić. Właściwa droga to była w rzeczywistości niewielka ścieżka wiodąca przy kanale. Doszliśmy nią do zachwycającego budynku rządowego, wspaniały przykład architektury secesyjnej, ale strażnicy nie pozwolili blisko podejść.


Kiedy w końcu dotarliśmy do Złotej Góry byliśmy ledwie żywi z upału i zmęczenia, a tutaj na miejscu wspaniały bonus, dużo zieleni cienia i wody. Miejsce wspaniałe nie tylko ze względu na widoki roztaczające się ze szczytu ale z niezwykle uduchowionej atmosfery, ciszy i spokoju. Na szczycie góry świątynia, niżej sztuczne strumienie i stopnie wodne oraz mnóstwo zieleni i ptaków. Aż się wierzyć nie chce, że to wszystko w środku wielkiego miasta. Spędziliśmy tam trochę czasu aż żal było odchodzić. Do guesthousu poszliśmy pieszo przez całą chińską dzielnicę oglądając ją pewnie po raz ostatni.


Żegnamy się z właścicielką guesthousu, która była dla nas bardzo gościnna i przyjacielska oraz z niezliczoną ilością kotów mieszkających z nami. Piotruś jest zachwycony tym, że wracamy do domu gdzie nie ma upałów i wysokiej wilgotności powietrza. Ja osobiście czuję niedosyt z chęcią pojechałabym na dalekie południe Tajlandii i obejrzała więcej tego kolorowego i przyjaznego kraju.