Kraj uśmiechniętych ludzi
Tajlandia 2013
napisała : ELA
PHETCHABURI
miasto małp - 01 lutego
Przewodnik po Tajlandii uprzedzał, że w Phetchaburi jest kłopot z małpami, ale tego co zobaczyliśmy nie dało się przewidzieć. Przyjechaliśmy miejscowym autobusem za równowartość 3 zł, nocleg znalazłam w centrum miasteczka w hotelu Khao Wang, za 250 batów dostaliśmy duży pokój z łazienką.(Z łazienką... Zrozumiałem, czym sie różni "europejska toaleta" od miejscowej. Miejscowa jest "kucana".) W hotelu nie dość, że w oknach kraty to jeszcze siatka przeciwko małpom.
Poszliśmy zobaczyć polecaną jaskinię Khao Luang. (Miała być blisko, jakieś pół kilometra - z hakiem. Hak miał koło 4 kilometrów, a droga słabo ocieniona. Idąc w stronę wzgórz, gdzie słusznie spodziewaliśmy się znaleść jaskinię, doszliśmy wreszcie do podnóża góry, gdzie zaczynały się zarośla. Tutaj spotkaliśmy grupkę małp, które zaczęły nas oglądać. Z bliska. Z bardzo bliska. Przestały, kiedy podniosłem kamyk z pobocza. Straciły zainteresowanie...)
W rzeczywistości nie jest to jedna jaskinia ale zespół komór położonych na różnych poziomach i połączonych ze sobą w jeden ciąg. Wielkie nacieki skalne i różnorodne kolory skał powodują, że jaskinia wydaje się ogromna. Przy jaskrawym słońcu padającym przez prześwity z góry, jaskinia robi niesamowite wrażenie, byliśmy nią oczarowani.
Przy wyjściu z jaskini, aby się pozbyć natrętnych małp, których było tam mrowie nazbierałam małych kamieni. Kiedy usiedliśmy na ławce przy miejscowym barku obok nas natychmiast pojawiło się całe stado małp. (Takie tam i stado... A że jedna usiadła z nami przy stoliku... Ucywilizowana...) Przejście przez drogę, którą okupowało kilkadziesiąt małp nie należało do przyjemnych, jakoś daliśmy radę i żadna nas nie zaatakowała.(Pewno, że nie zaatakowała. Małpy nie są głupie i potrafią wyciągać wnioski. W jednej ręce każde z nas miało kilka kamyczków, które nieśliśmy, tak, aby widziały, a w drugiej gruby kij.)
Tuż nad naszym hotelem, na wzgórzu znajdował się pałac królewski. Poszliśmy obejrzeć nie tyle sam pałac ale jego otoczenie, przede wszystkim piękny ogród widoczny z dołu. Wnętrza pałacu i różnych przyległych pawilonów, raczej biedne i siermiężne, ale otaczający go ogród bardzo ładny. Duża ilość kwitnących storczyków, pnących róż, clematisów i kaktusów powoduje, że miejsce to staje się magiczne.(Zakaz palenia pod karą 2 tys batów - chodzi o pieniądze) Niestety nie spodobałam się jednej z małp, która postanowiła odebrać mi plecak,( nie chciała odebrać, ale zajrzeć...) tylko dzięki szybkiej interwencji strażnika uniknęłam pogryzienia i podrapania.
Zmęczeni chodzeniem, przysiedliśmy na krzesełkach przy składanych stolikach. Miejscowa straganiarka oferowała przyrządzane przez siebie potrawy, porcja kosztowała zaledwie 25 batów, ale jedzenie było niezwykle smaczne. Oprócz nas siedziała grupka miejscowej młodzieży a wiele osób brało dania na wynos.
Wieczorem w łazience znalazłam karalucha giganta miał tak na oko 4 do 5 cm długości, był wypasiony i widać było, że dobrze mu się wiedzie.
Tak koszmarnej nocy jaką spędziliśmy w tym hotelu nie przeżyliśmy jeszcze w Tajlandii.(Ja się znieczuliłem i spałem dobrze...) Do północy głośno bawili się niektórzy goście hotelowi, a kiedy wreszcie przestali, za oknami zaczęły tłuc się małpy usiłując wejść do pokoju.