Kraj uśmiechniętych ludzi
Tajlandia 2013
napisała : ELA
HUA HIN i CHA AM
(29 -31 stycznia)
Być w Tajlandii i nie widzieć morza to chyba niemożliwe, ale aby uniknąć tłumów wybraliśmy się do mniejszego kurortu nad zatoką, stosunkowo niedaleko od Bangkoku.
Przyjechaliśmy miniwanem z sympatyczną parą Francuzów, tak jak i my podróżujących z plecakami, oraz z dwiema Japonkami, w których bagaż zmieścilibyśmy się we czworo.
Nocleg znalazłam w guest housie położonym na molu na palach, tuż przy hotelu Hilton. W szparach podłogi widzieliśmy wodę morską, ale wieczorem kiedy był odpływ morze uciekało i widać było piasek, a na nim mnóstwo skorupiaków, które poruszały się w kierunku wody. Usytuowanie kwatery na morzu, chociaż głośne od uderzających fal, powodowało przewiew powietrza i nie odczuwaliśmy tak bardzo upału.
(Pani Ela smacznie spała - wyłączając zmysły. Nic nie czuła. Ja czułem. W nocy spuszczali szambo. A może spuszczali cały czas, tyle, że ciekło wszystko do wody i nie waliło tak, jak jak podczas odpływu...)
Wzdłuż wybrzeża jest wiele takich zabudowanych budowli na palach, większość z nich to hotele i restauracje. Znaleźliśmy jedno molo betonowe nie zabudowane, na którym łowią siecią i na wędki. Koło mola miejscowe kobiety oczyszczały złowione przez rybaków owoce morza.
Pierwszy raz odkąd jesteśmy w Tajlandii zaczęło w dzień padać. Poszliśmy na oglądanie miasta, które mimo, że niewielkie było zatłoczone turystami z całego świata. Mnóstwo luksusowych sklepów, wykwintnych restauracji i wszelkiego rodzaju usług dla turystów.
Kiedy się ściemniło poszliśmy obejrzeć targ nocny, z którego słynie Hua Hin. Na początku targu oblężone było stoisko typu miejscowy fast food - oczywiście skorzystaliśmy. Za równowartość 2 zł zjedliśmy danie przygotowane w woku. Był to makaron ryżowy z warzywami i jajkiem, do tego dostaliśmy pęczek trawy cytrynowej, kawałki bambusa i bliżej nieokreślone sosy. Całość wyśmienita, świeża, smaczna i pożywna. Na targu mnóstwo świeżych owoców morza, bardzo ładnie wyeksponowanych przed restauracjami lub wprost na straganach. Jak dla nas wielkie homary i inne duże okazy mają za wysokie ceny, ale chętnych w restauracjach nie brakowało. Zamiast na jedzeniu skupiliśmy się na pamiątkach(jak zawsze w liczbie mnogiej, ja się nie skupiałem), których było zatrzęsienie.
Przed snem postanowiliśmy napić się piwa w którymś z pobliskich barów. Zrobiło się późno więc pobliskie bary oblężone przez cudzoziemców i całe tabuny Tajek do towarzystwa, dla nas to zupełnie nowy widok w Tajlandii. (Jaki tam nowy... Po prostu Pani Ela nie zwróciła na to uwagi. Ja tak. Bardzo mi się podobał, w Kanczanaburi, młody Anglik idący w towarzystwie o połowę niższej od niego Tajki, którą łatwiej byłoby przeskoczyć, niż obejść. Chłopak miał koło 20 lat i był chudy, jak szczapa...)
Przewodnik po Tajlandii, który ze sobą zabrałam rekomendował plażę w CHA AM jako jedną najbardziej atrakcyjnych w okolicy. Pojechaliśmy tam miejscowym autobusem – landarą, którym pan kierowca tak jechał jakby startował w formule 1. Miałam nadzieję, że złom którym jechaliśmy wytrzyma. Dodatkową atrakcją było to, że wszystkie okna i drzwi były otwarte, więc wyjść awaryjnych w razie potrzeby było wiele.
Plaża bardzo malownicza, szeroka i obsadzona wysokimi palmami i piniami, niestety tuż przy plaży biegnie ruchliwa ulica a piasek na plaży brudny. Na plaży w większości miejscowi, turystów niewielu. W morzu nie ma szans na kąpiel, fale są wysokie i silne. Można się tylko pomoczyć i pobawić przeskakując wyższą falę. (Wracając zaszliśmy do garkuchni na jedzonko. Było bardzo przyjemnie. Przyjacielski kot się z nami zapoznał, a mnie dręczyło od tej wizyty, co to jest i jak wygląda "europejska toaleta". Jakoś nie miałem śmiałości zajrzeć i sprawdzić.)
Wieczorem znowu poszliśmy na nocny bazar na jedzonko, potem kupiliśmy piwo i siedzieliśmy na tarasie naszego mola, podziwiając odpływ morza i gapiąc się na polujących na skorupiaki Chińczyków.(wszystko zeżrą...)
Ostatniego dnia pobytu w Hua Hin postanowiliśmy poleniuchować, poszliśmy na miejscową plażę, gdzie przeżyliśmy szok – małe i brudne kawałki piasku w większości zagospodarowane przez miejscowe restauracje – to plaża miejska w Hua Hin. Morze też nie było zachęcające. Wysokie fale zbijały z nóg, o kąpieli nie było co marzyć. Wytrzymaliśmy przez dwie godziny, w tym czasie umiliłam sobie pobyt korzystając z usług masażystki nóg. Babcia chociaż stara, miała niesamowicie mocne ręce.
Z wielką radością zapakowaliśmy plecaki na wyjazd, pobyt nad morzem był najmniej atrakcyjnym punktem naszego pobytu w Tajlandii. (Nie było tak źle... Piwko, wieczorem na tarasie było całkiem niezłe.)