Kraj uśmiechniętych ludzi
Tajlandia 2013
napisała : ELA
KANCHANABURI
(26 -28 stycznia)
Z Ayuthaia do Kanchanaburi pojechaliśmy busem (po 350 batów) z pominięciem Bangkoku. Noclegi znaleźliśmy w guesthousie Jolly Frog Backpakers.
Sama kwatera dosyć mizerna (szczególnie łazienka), ale położenie – w środku pięknego ogrodu, tuż nad rzeką Kwai, rekompensuje wszelkie niedogodności.
Na samej rzece znajduje się część kwater mieszkalnych położonych na zacumowanych tratwach, nie jest to jednak dobry pomysł na spanie, bo po rzece pływają restauracje - dyskoteki z wyjącą muzyką.
Idziemy poznać miasto, znajdujemy doskonałą garkuchnię dla miejscowych, potem odwiedzamy cmentarz wojskowy z czasów 2 wojny światowej. Miejscowe władze utrzymują go w doskonałym stanie. Jesteśmy w miejscu szczególnym, znanym wśród miejscowych jako „droga śmierci” i rozsławionym przez film „Most na rzece Kwai”.
Przy cmentarzu wojskowym znajdują się: pomnik poświęcony cywilnym ofiarom wojny (których jak głosi napis było ponad 1 000 000), muzeum oraz kościół katolicki. Wśród odwiedzających znajdowali się również Japończycy, (z dwiema Japonkami jechaliśmy później busem) i miejsce to nie zrobiło na nich większego wrażenia.
Wieczorem poszliśmy na tratwę na rzece i paśliśmy oczy pięknem okolicy. Z jednej strony rzeki niewysokie góry obrośnięte drzewami i krzakami, z drugiej strony zielona i ciągnąca się bez końca dżungla, na niewysokich wzgórzach. Sama rzeka równie piękna - szeroka i wijąca się, tworząca zakola i pełna kwitnących kaktusów przy brzegach. Byłoby cudnie gdyby nie było tak gorąco i parno.
Po powrocie do kwatery okazało się, że naszymi sąsiadami z jednej strony są Chińczycy, z drugiej natomiast sympatyczna para Kanadyjczyk i Tajka. Chińczycy do późna w nocy ucztowali, potem słyszeliśmy jak chorują.
Rano poszliśmy na stację kolejową aby pojechać do miejscowości Namtok. Dla turystów obowiązuje specjalna cena za bilet (100 batów w jedną stronę), przy czym nie można kupić biletu powrotnego. Dla miejscowych ten sam bilet kosztuje 8 batów.
Oprócz nas zebrała się spora grupa cudzoziemców czekających na pociąg, który opóźnił się ponad godzinę.
Przejazd do stacji Namtok trwał 2,5 godziny i nie był tak atrakcyjny jak zachwala to przewodnik po Tajlandii.
Największą atrakcją był most na rzece Kwai, który stoi w miejscu słynnego mostu z czasów wojny oraz piękne widoki na rzekę. Jaskinia z posągiem Buddy przy której przejeżdża pociąg tylko nam mignęła w przelocie.
Namtok - znaczy wodospad, który znajduje się na ostatniej stacji pociągu. Niestety nie było szans na jego obejrzenie, bo nie było pociągu powrotnego. Musieliśmy natychmiast wracać tym samym pociągiem. Okazuje się , że nonsensy na kolei to nie tylko nasza domena.
Wieczorem poszliśmy na dłuższy spacer po mieście. Piotruś kupił sobie ze straganu kiełbaski z rożna, jedną z nich dałam żebrzącemu psu, który po powąchaniu natychmiast odszedł (Zjadłbym, ale piesek z takim wyrzutem spojrzał się na mnie, że nabrałem niejasnych podejrzeń, z czego ta kiełbaska jest). Piotruś resztę „kiełbasek” wyrzucił z niesmakiem.
Ostatniego dnia pobytu w Kanchanburi pojechaliśmy zobaczyć wodospady w Parku Narodowym Erawan.
Z dworca autobusowego pojechaliśmy miejscowym autobusem (1,5 godz) do wejścia do parku. W górnej części droga niezwykle malownicza.
Na wejściu skasowali nas po 200 batów za wstęp na teren parku. Wodospadów jest w sumie 7, do najwyższego dojście trwa około 1 godziny z postojami na podziwianie. Droga niezwykle piękna, lekko do góry, cały czas przez dżunglę, wśród bambusów lian i baraszkujących małp.
Przy pierwszym wodospadzie umieszczono napisy zabraniające karmić ryby. Nie rozumiałam ich sensu, dopiero przy najwyższym wodospadzie dotarło do mnie, że ryby, które tam pływają w każdym zagłębieniu z wodą, w rzeczywistości żywią się turystami.
Zabraliśmy ze sobą kostiumy kąpielowe, ale kiedy weszłam do jeziorka i przypłynęły ryby, które zaczęły mi robić pilling (niektóre około 40 cm długości) szybko zrezygnowałam z kąpieli. Piotruś i owszem, jako nałogowy oportunista, popłynął w stronę małej jaskini bardzo intensywnie kopiąc nogami i machając rękami, usiłując odpędzić całą ławicę ryb podążających za nim. (Nie po to wlokłem się pod górę w parówce, aby nie móc się opłukać. I popływałem. Młoda Niemka też chciała. Wlazła po kolana w wodę i zaczęła się drzeć. To było pięciosekundowe głośne „A!”, nie przerywane. Kiedy załapała, że się drze, zaczęła się śmiać. My również.)
W zejściu spotkaliśmy dwóch Chińczyków, którzy mieli kłopot ze znalezieniem szlaku, pokazałam im gdzie jest ścieżka, ale dodałam aby nie przechodzili przez potok, bo jest tam bardzo ślisko. Akurat zza skałki, na potoku wyszedł Piotruś, który tam się przebierał. Efekt był całkowicie nieoczekiwany, prawie pobiegli przez potok w miejsce skąd wyszedł Piotruś i jeden z nich natychmiast się wywrócił. (Patrzył się na nas, tak, jakbyśmy MY go przewrócili. Im więcej przedstawicieli Chin spotykałem w czasie podróży, tym trudniej było mi patrzeć się na nich z sympatią.)
Po przyjedzie na dworzec autobusowy, kupiłam bilety na miniwan na dzień następny do Hua Hin.